Biżuteria Handmade

twd-32ep

W dzisiejszej paczce znajdziecie krótkie przeglądy epizodów: 7×14 (The Other Side), 7×15 (Someting They Need) i finału 7×16 (The First Day of the Rest of Your Life). Zapraszam do czytania.

7×14 The Other Side

the-walking-dead-episode-714-maggie-cohan-935

W The Other Side twórcy TWD po raz kolejny postawili na wyraźny kontrast między „świętą” Maggie i przeżywającym kryzys przywódczy Gregorym. Popełniają przy tym te same błędy co zawsze, przez co na myśl przychodzą mi trzy słowa określające cały epizod: nuda i brak polotu.

Nie wiem też jak w waszym przypadku, ale nawet niezapowiedziana wizyta Zbawców na Wzgórzu ani trochę nie podniosła mi tętna. Te emocjonalne braki, przynajmniej na początku, próbował nadrabiać Simon, który zawsze wywołuje we mnie pewien rodzaj niepokoju. Jak się okazuje – zupełnie niepotrzebnie. Ludzie Negana znów okazali się zaskakująco wyrozumiali i mało podejrzliwi. Wciąż brak tu pewnego balansu między ludzką a potworną stroną gangsterów (jakby serial kierowany był do… dzieci).

Potencjał wizyty Zbawców został zaprzepaszczony również jeśli chodzi o ukrywających się w piwnicy Maggie i Daryla. Kiedy emocje zaczęły rosnąć, scenka przeniosła się w inne miejsce, ucinając napięcie, by wrócić do sytuacji zagrożenia parę chwil później. Przynajmniej wreszcie poruszono temat odpowiedzialności Dixona za śmierć Glenna, choć wspólne płakanie nad losem Rhee było w jakiś sposób żenujące. Na pochwałę zasługuje jako taka konsekwencja w łączeniu wątków (skoro w Sanktuarium zabrakło doktora Zbawcy zjawiają się na Wzgórzu po nowego).

W każdym odcinku obiecuje się nam jednak coś wielkiego, krok milowy w dziejach The Walking Dead. To niestety tylko technika kija i marchewki. Przykładowo według planu, w The Other Side mieliśmy dostać zamach na Negana. Po drodze musieliśmy przebrnąć przez nudnawe, obowiązkowe gadanie Sashy, Rosity i poszukiwania samochodu. Dopiero rozmowa bohaterek przy punkcie strzeleckim, miała w sobie coś w miarę autentycznego, dzięki czemu można było chociaż trochę wczuć się w ich sytuację. Zabawne jednak, że wszystkie te smutne gadki, podglądanie i podsłuchiwanie Eugene’a (którego wątek ciekawi mnie chyba najbardziej), okazały się bardziej emocjonujące niż wcześniejsze „brawurowe” akcje ze zdobyciem auta. Oczywiście na skubnięcie przysłowiowej marchewki, w postaci (prawdopodobnie) samobójczego ataku na Sanktuarium, zostało przeznaczone ostatnie 3 minuty odcinka. Bieda!

Ocena: 4/10


7×15 Someting They Need

the-walking-dead-episode-715-rick-lincoln-4-935

Aż ciężko uwierzyć, że Something They Need to odcinek przedfinałowy, choć niby dostajemy w nim praktycznie wszystko co potrzebne: zbierające się do ataku Wzgórze i broń z Oceanside. Ostatecznie całość wypada jednak bardzo blado.

Nawet budująca swoją polityczną pozycję Maggie, „święta córka farmera” okazała się zaskakująco nudna. Tak nudna, że powoli tracę dla niej sympatię. Ciekawszą postacią wydawał się już Gregory, którego charakter próbowano przynajmniej w jakiś sposób zniuansować. Facet chciałby utrzymać w końcu władzę w rękach, a do tego celu mogą prowadzić go różne środki. Droga tchórza i kolaboranta lub droga odwagi i przyzwoitości. Oczywiście te rozgrywające się w tle dylematy, prezentowane były tak topornie, jak to tylko możliwe, poprzez wyraźny kontrast decyzji: zabić ciężarną Maggie, albo obronić damę przed zombiakiem i pokazać, że jest się godnym miana lidera. Naprawdę ciężko słuchało się też tych wszystkich miernych dialogów prowadzonych przez mieszkańców Wzgórza (np. na temat pielenia grządek).

Kolejnym gwoździem do trumny było całkowite pominięcie ataku Sashy na Sanktuarium. Czyżby twórcom zaczynało brakować pieniążków? Prawdziwe zażenowanie wywoływała jednak scena z gwałcicielem. Oczywiście posłużył on tylko temu, by po raz kolejny pokazać jak okrutny, ale i sprawiedliwy potrafi być Negan. Położenie więzionej Sashy wydaje się przy tym podobne do sytuacji Andrei przetrzymywanej przez Gubernatora w 3 sezonie The Walking Dead. Tyle, że w tym przypadku mamy do czynienia z przypominającym nazistę, racjonalnym gangsterem z kijem bejsbolowym, nie złym do szpiku kości psychopatą. Z drugiej strony, rzeczony gangster, niezbyt kontroluje sytuację, skoro Alexandryjczycy biegają w międzyczasie po całych Stanach, budując swoją małą rebelie. Teksty i przemowy Negana wciąż dawały jednak radę, jak chyba w każdym odcinku.

Obok całkiem interesującego wątku Sashy, na ogromny plus ponownie zaliczam także spójne przedstawienie Eugena. Mimo, że należy on do bardziej komiksowych bohaterów The Walking Dead, w pełni kupuję jego przemianę, a raczej wyraźnie zaakcentowany brak przemiany. Eugene nie miał szans na to, by stać się w bohaterem, a przynajmniej nie na dłużej niż 37 minut, w trakcie których zwodził Zbawców prowadząc kampera. Pewnych barier charakteru nie da się po prostu przekroczyć . Generalnie, umieszczenie Eugena i Sashy w rękach Zbawców było jednym z niewielu, dobrych posunięć scenarzystów, rodzących wiele ciekawych konsekwencji.

Atak na Oceanside chciałbym pominąć milczeniem. Jedynie starcie między Tarą, Natanią i Rickiem zasługiwało tam na uwagę. Reszta była tylko pretekstem dla paru wybuchów i niezbyt udanych sekwencji ze szwendaczami. A ten wątek posiadał przecież spory potencjał, który zmarnowano brakiem subtelności i teatralną inscenizacją.

5/10


7×16 The First Day of the Rest of Your Life

the-walking-dead-episode-716-eugene-mcdermitt-935

Finał 7 sezonu to szereg dobrych pomysłów położonych fatalną inscenizacją. Weźmy chociażby pożegnanie z Sashą. Rozgrywający się wewnątrz trumny dramat bohaterki, miałby jak najbardziej sens, gdyby nie zmarnowano go ckliwymi retrospekcjami i nieuporządkowaną narracją. 

Sama „wojna” rozegrała się oczywiście na pół gwizdka. Twist ze złomiarzami (mogliby zniknąć i już nie wracać, proszę) nie był może przewidywalny, ale i tak wniósł niewiele do całej sprawy. Nawet „tania” scena, w której Negan zamierzał się już z kijem na Carla, nie robiła dużego wrażenia (z wyjątkiem mięsistej przemowy niezłomnego Ricka, przywołującej na myśl pierwszy odcinek sezonu 7). Strzelanina przynajmniej początkowo, wyglądała całkiem miodnie, choć już chwilę później rozczarowywała marnym ukazaniem akcji (czyżby z oszczędności – tu z kolei przypomniał mi się rozczarowujący dla wielu finał 3 sezonu). Prawdopodobnie, jednym z głównych punktów całej jatki, miało być postrzelenie Ricka, które pozostało oczywiście bez żadnych konsekwencji. Dobrze prezentowała się jedynie sama scena przy bramie – w tym przemowa Eugena i Negana.

Również pomysł z zombie Sashą mógł okazać się ciekawą wariacją na temat komiksowej wersji tej sceny. Mimo starań scenarzystów, dramat bohaterki nie zdążył jednak wybrzmieć, a napięcie w momencie otwarcia trumny zniszczono całkowicie retrospektywnym fragmentem z Abrahamem. Ponownie nasuwało mi się tu skojarzenie ze szkolnym teatrzykiem. Oczywiście w ostatnim momencie na jego deski, w zabawny sposób wkroczyła garstka rycerzy z Królestwa i Maggie z posiłkami. W bardzo wygodnym momencie. Z zażenowaniem oglądałem też kolejne tanie zagrywki, pokroju pozorowanej śmierci Michonne. Sami Zbawcy najwyraźniej wpasowali się w konwencję Gwiezdnych Wojen i jako szturmowcy złego Imperium zaczęli padać jak muchy pod ostrzałem dzielnych rebeliantów ze Wzgórza, Królewstwa i Aleksandrii.

Z kolei udział Dwighta w całym finale ograniczył się do absurdalnej sceny, w której zwykle wesoła Tara, w niezbyt przekonujący sposób, namawiała Daryla do zabicia swojego dawnego oprawcy. Dziwną strukturę odcinka podkręcały też wspomniane już, niezrozumiałe z początku sceny z Sashą oraz ckliwe retrospekcje, w których nie pomógł nawet powrót Michaela Cudlitza.

Negan wreszcie zorientował się jak bardzo wszyscy dookoła robili go „w bambuko”, ale oczywiście puścił Eugenowi płazem otrucie Sashy, zamiast postraszyć go żelazkiem. Wyczuwam tu pewien brak konsekwencji. Dodatkowo, w końcówce musieliśmy zostać uraczeni porcją mdłych scen. Tak płytkich „refleksji filozoficznych” nie słyszałem już dawno w żadnym telewizyjnym show, a przynajmniej nie takim, biorącym się na poważnie. Swoją drogą, AMC powinno zmienić już całkowicie to niepokojące intro do serialu, bo nijak pasuje ono do reszty zawartości. Równie dobrze w ten sposób mogłoby otwierać się polskie Belle Epoque. Oba seriale mają aktualnie tyle samo wspólnego z dawnym The Walking Dead.

Ocena: 5/10


Podsumowanie

Naprawdę, wystarczyłoby skrócić tą siódmą serię do 10 odcinków. Być może wtedy udałoby się poświęcić odpowiednio dużo czasu na dopracowanie i przedstawienie historii. A tak, mierny to był sezon, a bieda – zarówno w warstwie scenariusza, narracji, inscenizacji i efektów specjalnych, po prostu biła z ekranu.

Negan wciąż bawił, ale tak naprawdę, ostatnie odcinki The Walking Dead, trzymał na swoich barkach bohater, którego kompletnie nie spodziewałem się na tym miejscu – Eugene. Powtórzę to po raz kolejny, ale jego wątek to najlepsza rzecz, która przydarzyła się temu serialowi w ciągu ostatnich 6 epizodów. Przy całym arsenale cliffhangerów, przesłodzonych retrospekcji, słabych, infantylnych scenek, które w 7 sezonie przygotowali nam producenci TWD.

Gdyby nie Eugene, Ezekiel i Negan, ten sezon byłby nudną katastrofą. Na szczęście mimo powtarzalności, Jeffrey Dean Morgan, jego niezłe monologi i doza nieprzewidywalności sprawdziły się na ekranie. Postacie z krwi i kości zestawione z komiksowymi sprawiają jednak, że ostatecznie cała historia średnio trzyma się kupy. Możemy śmiać się kiedy Eugene gada jak naukowiec (choć stał się ostatnio bardziej ludzki), Ezekiel jak król, a Negan jak Negan. To rzeczywiście działa (choć nie w przypadku cholernie dziwnych śmieciarzy, których składnia chyba zardzewiała). Nie zmienia to jednak faktu, że w wyniku tego mieszania tropów komiksowych i realistycznych, powstaje pewien problem tożsamości The Walking Dead. Nie wiadomo do kogo kierowany jest ten serial? Fanów komiksu? Realnego przedstawienia apokalipsy? Fanów brutalności i gore? A może wielbicieli hiszpańskich telenoweli? Wygląda na to, że twórcy celują tutaj w typową masówkę, robioną po linii najmniejszego oporu.

Ocena Sezonu Siódmego: 5/10

Fotosy: www.amc.com

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts