Biżuteria Handmade

First Time Again - Intro

Po pięciu sezonach The Walking Dead wciąż cieszy się ogromną popularnością. Tylko poza granicami USA premierowy odcinek 6 serii w telewizji FOX oglądnęło ponad 4 miliony widzów. Szkoda tylko, że wraz narastającą widownią nie udaje się utrzymać poziomu jakości samego show. Wszyscy pamiętamy emocjonujące otwarcie piątej serii, akcję w Terminus wywołującą dreszcz eskcytacji i wrażenie obcowania z intensywnym, dobrze przygotowanym materiałem. Co prawda już później okazało się że odcinek „No Sanctuary” był jedynie pokazówką, kryjącą pod sobą niedostatki miernego sezonu piątego (Boże, chroń nas od Slabtown). W przypadku „First Time Again” owa emocjonująca „pokazówka” trwała jedynie przez pierwsze 3 minuty odcinka (no i może końcówkę). Dalej czekał na nas, przynajmniej w mojej opinii, dosyć nudny wątek „pędzenia hordy” sprawiający wrażenie pisanego na kolanie oraz „czarno białe” retrospekcje o zmarnowanym potencjale.

Pod względem dopieszczenia emocjonalnych i estetycznych walorów, początek odcinka stanowił naprawdę łakomy kąsek dla widza (a raczej przynętę, by oglądać dalej). Nie wiem jak na was, ale na mnie wyraźne przypomnienie sceny egzekucji Pete’a, zakrwawiona twarz Ricka, głos Morgana w tle zrobiły duże wrażenie. Podobnie jak świetna, pełna emocji przemowa Grimesa do Alexandryjczyków. To była prawdziwa adrenalinowa petarda, która niestety – przez dalszą część odcinka – okazała się niewypałem.

Część retrospekcji dotyczyła wątków niezakończonych w poprzednim sezonie. Najłagodniej mówiąc – zwieńczenie większości z nich było bardzo przewidywalne. I nawet by mi to nie przeszkadzało. Największy problem leżał jednak w realizacji tych scen, która… miejscami wołała o pomstę do nieba. Pomijam już czarno-biały filtr (chyba najbardziej toporny sposób na przedstawienie retrospekcji), ale użyta w trakcie większości fragmentów ckliwa muzyka przelała czarę melodramatu. Naprawdę nie wiem kto wpadł na podobny pomysł, ale wraz z nim skończyło się poważne traktowanie tego epizodu. „Eugene widzi wybudzoną ze śpiączki Tarę?” Dlaczego nie puścimy w tym momencie jakiejś ładnej muzyczki, która jeszcze bardziej podkreśli hipersłodkość tej sceny? I tak w każdym, możliwym momencie…

daryl motor

Niestety The Walking Dead nie ma się zbyt dobrze pod artystycznym kierownictwem Scotta M.Gimple’a i Grega Nicotero. Wygląda nieatrakcyjnie, brakuje w nim realizacyjnego rozmachu – nawet horda zombie nie robiła takiego wrażenia jak powinna (może w początkowych scenach, choć efekt popsuł nieco brzydki CGI spadającej z klifu ciężarówki).

Retrospekcje poświęcone przygotowaniom Alexandryjczyków do przepędzenia hordy prezentowały się już zdecydowanie lepiej. Mimo pewnej kiczowatości i komiksowej umowności, która miejscami wprost wylewała się z ekranu (szczególnie za sprawą Eugena,  ot tak wpuszczającego do obozu „nowych” bohaterów czy przewracającego się w najbardziej kluczowym momencie) scena Carter vs Rick zrobiła na mnie duże wrażenie.

Warto przejść tu do postaci samego Ricka Grimesa, która to podtrzymywała na swoich barkach większość wartych uwagi scen w First time again. Grimes krzyczący do Alexandryjczyków na początku epizodu to zupełnie inny człowiek niż ten, którego spotkaliśmy wraz z Morganem Jonesem w pilotażowym epizodzie The Walking Dead. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie Szeryf sprawuje teraz władzę w Alexandrii. Bardzo wyraźnie udało się przedstawić to scenarzystom w toku całego odcinka, kiedy to kolejne decyzje podejmowane były tak na prawdę przez Grimesa, a nie wstrząśniętą po ostatnich wydarzeniach Deannę.

morgan rick

Podoba mi się ta przemiana Szeryfa. Przede wszystkim dlatego, że wydaje się po prostu wiarygodna (w przeciwieństwie do tej jaką zaserwowano Carol Peletier). W pewnych  przypadkach nieprzewidywalność Grimesa była naprawdę ciekawa (np. kiedy rozstrzygał o losach Cartera czy z obsesją w oczach rozmawiał z Jessie), jednak niektóre sceny z udziałem Ricka i „poznającego” go od nowa Morgana wydały mi się nieco zbyt groteskowe; szczególnie kiedy porównamy ze sobą te dwie postaci – moralnego, spokojnego Morgana z trochę zwariowanym, pragmatycznym Rickiem.

Gubernatorowo-podobne zachowanie i sposób myślenia Szeryfa, często stanowiły niestety   smutną, ale prawdziwą obserwacje rzeczywistości (patrz: świetna, mroczna scena, w której Rick, siedząc na werandzie, tłumaczy Morganowi dlaczego nie pozbawił Cartera życia). Boję się tylko o to czy Andrew Lincoln oraz scenarzyści nie przesadzą i nie przerysują tej postaci. Zamiast Ricka dostalibyśmy wtedy kolejnego  Gubernatora.

Nie mogę nie wspomnieć tu o konflikcie wokół pochówku Pete’a, rodem z greckiej tragedii. Rick miał okazję wykazać się tu swoim twardym podejściem do rzeczywistości, dać wyraz sprzeciwu (oczywiście takich okazji było w tym odcinku o wiele więcej) wobec dawnych, nieaktualnych już norm, które mieszkańcy Alexandrii wciąż starają się stosować. Znów pozwoliło to na zasadzie kontrastu przedstawić Ricka  i Morgana, a także wyciągnąć z magicznego kapelusza syna Pete’a (może, się czepiam, ale kompletnie nie pamiętałem tej postaci).

daryl

Gdzieś tam, na uboczu, budowano także mini-konflikt między Rickiem a Darylem, dotyczący rekrutowania nowych mieszkańców. Zarysowane zostało to jednak tak niemrawo, że zaczynam już sądzić, że Daryl rzeczywiście kompletnie zagubił gdzieś swój dawny charakter, zostając z kuszą i zachrypniętym głosem.

Z resztą, problem z nadawaniem postaci wyrazistego charakteru w naturalny sposób, objawił się w innym momentach odcinka. Przykładowo kiedy Morgan skomplementował Carol jaka to z niej „cicha woda”, zawsze przygotowana itd… Szczerze mówiąc nie wiem na jakiej podstawie pozwolił sobie na takie stwierdzenie, bo pomijając naprawdę brawurowe akcje jakie Peletier zdarzało się ostatnio przypuszczać (choćby na terminusowcach), zachowuje się ona raczej jak psychopatka (albo bardzo przerysowana postać), a nie zaprawiona w survivalu „cicha woda”. Pochwała Morgana była właściwie dosyć żałosną próbą nadbudowy, bardzo dziwnie zarysowanego charakteru Peletier w myśl zasady, że czego nie umiemy przedstawić to musimy powiedzieć ustami bohaterów.

O wiele lepiej w kategorii wiarygodności wypada Glenn. TO jest postać z charakterem, który poznajemy nie dzięki opisom, ale realnym działaniom. Glenn nie zabija Nicholasa, w dodatku dzieli się swoją tajemnicą z żoną, której ufa. Wnioski na jego temat możemy wyciągnąć sami. Akurat aspekt odcinka związany z Nicholasem (jego udział w całej akcji), jak i zachowanie Rhee baaardzo mi się podobało – szczególnie, że zamiast eliminować kolejnego z żywych, prawdopodobnie zyskał sobie wiernego, lojalnego kompana.

glenn zombiaki

Wracając do technicznych zgrzytów epizodu – niezbyt rozumiem dlaczego konkretne sceny podzielono w taki a nie inny sposób. Montaż powinien nadawać odcinkowi dynamizmu – tymczasem zarówno czarnobiałe „retrospekcje” jak i kolorowa „teraźniejszość” zostały nam podane w sposób niezbyt interesujący. Podczas oglądania ani razu nie czekałem aż narracja wróci z powrotem do którejś z linii czasowych – po prostu ucinano ją w momentach nie wywołujących w widzu zainteresowania i pytań „co będzie dalej?”.

Nowi lub bardziej wyeksponowani bohaterowie również dosyć słabo zaznaczyli swoją obecność na ekranie. Co prawda Carter w roli „sceptycznego wobec Ricka typa, który musiał skończyć jako potrawka dla zombie” (czasami zastanawiam się czy ci ludzie specjalnie rzucają się w objęcia zombiaków), sprawdził się świetnie do przedstawienia widzom przemiany jaka zaszła w Grimesie, jednak całkiem nowe postacie takie jak Heath, pamiętam tylko na potrzeby recenzji (no dobra,  akurat jego wygląd był całkiem charakterystyczny).

First time again zawodzi jako odcinek pilotażowy. To trwające 60 minut, zakończone mało zaskakującym Cliffhangerem, pomieszanie melodramatycznych retrospekcji z niezbyt emocjonującą akcją. Co najgorsze, w żadnym z przypadków twórcom nie udało się zbudować odpowiedniej atmosfery, emocji – a przynajmniej nie na trwałe. Poznawanie Ricka na nowo, z perspektywy widza, będzie z pewnością ciekawym doświadczeniem. Jedynym słabym ogniwem w tym układzie jest.. Morgan – jak dla mnie to postać wypalona i niezbyt ciekawa (wymachiwanie kijem i stoicki spokój na twarzy nie wystarczą by zainteresować widza), chociaż jego dialog z Michonne o proteinowym batoniku naprawdę mnie urzekł.

Szczerze mówiąc trochę się wynudziłem i mam nadzieję, że cały wątek „pędzenia hordy”, był jedynie zaczątkiem NAPRAWDĘ ciekawej historii (obym się nie mylił, bo powtórki z Grady Memorial Hospital po prostu nie zdzierżę).

First Time Again - outro

P.S wybaczcie opóźnienia, ale październik nie jest zbyt dogodnym okresem do publikacji.

P.S 2 ktoś chętny na piątkowe spaghetti?

Zdjęcia:
www.walkingdead.wikia.com

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts