Biżuteria Handmade

forget - intro

Część bohaterów powoli puszcza w niepamięć dawne smutki i po prostu zaczyna „składać się do kupy” korzystając z (iluzji?) bezpiecznego schronienia. Niektórzy jednak wciąż pozostają czujni, nieufni (jak np. Sasha mocno poirytowana tym, że w Alexandrii problemem jest niesmaczny obiad podczas gdy za murami miasta rozgrywają się ludzkie dramaty). Nie będę ukrywał, że epizod oglądało się przyjemnie, ale bez większego szału. Z resztą, chętnych zapraszam do zapoznania się z moją pełną opinią na temat odcinka Forget.

 

Znów czekał nas epizod bardziej obyczajowy, ze spokojnym tempem i napięciem narastającym głównie dzięki postawom i decyzjom bohaterów (Sasha, Rickowcy wykradający broń). Drugi plan znowu ledwie zaznaczył swoją obecność, ale niepokojem napełnia przede wszystkim całkowita już w tym odcinku nieobecność Ojca Gabriela (może leży gdzieś krzyżem w ramach pokuty) i Eugena.

gliny

Czakał nas za to całkiem intrygujący początek – Sonequa Martin-Green (Sasha) od początku dawała znać, że coś złego dzieje się z jej bohaterką (choć znów „gdzieś już to widziałem”). W Forget rodził się coraz większy niepokój i dalsze pytania – czy Sasha popadła już w odmęty szaleństwa?. Rozwój bohaterki, który obserwujemy już od śmierci Boba prowadzony jest konsekwentnie – przez żal, złość, a teraz irytację tym, że wszyscy zaczynają udawać, że „nic się nie stało”. Trochę to egoistyczne i głupie, ale nie sposób oceniać osoby, którą życie tak strasznie  sponiewierało (a nie zrobiła jeszcze czegoś przesadnie złego… bez powodu).

Większe emocje niż można by się spodziewać obudziła sprawa zrabowanego pistoletu. Przynajmniej dano nam do zrozumienia, że podział na przyjezdnych i stałych mieszkańców Alexandrii nie zniknie chyba nigdy, co widać we wciąż kontynuowanej przez Ricka ostrożności i nieufność wobec gospodarzy. Szeryf wciąż węszy spiski i analizuje możliwe niebezpieczeństwa. Bardziej niż spoczywający na nim ciężar odpowiedzialności (jako Ricka policjanta) czuć z pewnością męczącą go paranoję (ostrożność nie zaszkodzi, ale przesadna wpłynie zapewne na kondycje psychiczną Grimesa, Mich i Carol). Sama nieufność wobec Deanny nie wiąże się pewnie jedynie z jej przeszłym zawodem. Dla bohaterów osoba proponująca współpracę na godnych warunkach z góry musi wydawać się podejrzana (zgodnie z zasadą „zbyt piękne by było prawdziwe). W przeciwieństwie do Aarona zarzucającemu Rickowi problem w odróżnianiu dobra od zła (wiemy już po co przedstawiono tak Grimesa w odcinku The Distance), nie będę tak krytyczny wobec Szeryfa. Świat apokalipsy, w którym więcej jest szarości moralnej niż bieli i czerni, nie daje komfortu by ufać temu co wydaje się pozornie bezpieczne (nawet jeśli takie jest w istocie), a Rick i tak już po części zaczyna przekonywać się do Alexandrii.

Muszę jednak przyznać, że wykradanie broni z arsenału to jak proszenie się o kłopoty, nawet w imię bezpieczeństwa. Znalazło się też dzięki temu miejsce na małą głupotę (dziecko śledzące Carol). Czekałem tylko aż Peletier powie coś w stylu „poczekaj na ciastka” i zlikwiduje świadka. Nawet to nie zmroziłoby mnie tak jak groźby, które chwilę później wypełzły z ust Peletierki. Może obrała skuteczny kurs by mały dochował tajemnicy, ale od strony scenariuszowej… znowu przychodzi mi na myśl słowo „groteska” (kura domowa Carol obiecuje nastolatkowi że zombiaki rozerrrrwą go na strzępy). No oczywiście jest to powrót Peletier do wersji: zabiłam Karen, rozwaliłam Terminus.  Nie będę się jednak dłużej czepiał, bo scena nie robi ani jakiegoś złego czy przesadnie dobrego wrażenia. Przypomina tylko, że Carol efektywnie przybrała maskę, dobrej pani domu, ale kiedy ją zdejmuje pokazuje się nam prawdziwy koszmar. Fajnie przynajmniej, że na zasadzie wyboru: biorę nie biorę broni pokazano nam kto i jak bardzo przekonuje się do Alexandrii (Daryl broni nie bierze, Michonne odkłada miecz, Rick waha się ale spluwę zabiera. Tylko Carol nie miała wątpliwości).

 

mam ciastka

 

Deanna, jak to polityk, snuje oczywiście swoje może nawet nie takie utopijne wizje rozwoju społeczności. Słowa głoszone w słoneczny poranek, przy stole brzmią może fajnie, ale przyszłość prawie nigdy nie idzie według planów (szczególnie w TWD). Wydaje mi się, że tylko Maggie szczerze zaczęła wierzyć w słowa szefowej (możliwe, że jeszcze w tym sezonie twórcy trochę ją z tej wiary otrząsną), a Rick&Mich przytaknęli tylko Deannie dla świętego spokoju (czuć u nich dystans do wszystkiego). Patrząc jednak na naiwność kongresmen (wypływającą głównie z braku doświadczenia za murami Alexandrii) to rzeczywiście nie pokładałbym sporych nadziei w jej wizjach i zdolnościach przywódczych (po prostu ma raczej ogromne szczęście, że nikt jeszcze się do Alexandrii nie zakradł, lub to ukrywa) – o ile zabieranie broni (jak to z Dalem było) można jeszcze zrozumieć (w tych czasach łatwiej się pozabijać o byle co) to brak straży na murach to jakieś nieporozumienie. Pani polityk mówi przynajmniej prosto z mostu o co jej chodzi, ale jej wymagania w stosunku do przybyłych nie okazują się tak znaczne jak powinny (a przez to można nabrać podejrzeń). Deana stara się zachować złoty środek, oczywiście nie ufa w całości Rickowcom – nie daje Sashy posadki kiedy tylko o nią prosi – ale z drugiej strony warunkiem przyjęcia jej na stanowisko strażnika okazuje się wizyta na imprezie/wpasowanie w społeczność (studenci byliby wniebowzięci za taką formę zaliczenia).

Przyjęcie, będące tylko iluzją dawnego życia było czymś nowym, całkowicie oderwanym od tego z czym mieliśmy czynienia do tej pory. Uśmiechnąłem się z ironią kiedy Deanna postawiła znak równości między pracą na rzecz ratowania ludzkich istnień wykonaną przez Ricka i jej męża Rega, budowniczego muru Alexandrii (doceńmy w końcu Ricka). Impreza była też okazją by pokazać jak trzyma się nasza główna drużyna. Ekipa podzieliła się na mniejsze grupki, jakby bohaterowie trzymali się razem, ale jeszcze gdzieś po drodze rozbito ich solidarność (Abraham i Rosita, GlennMaggie i Noah).

 

ręce do góry

 

A w „sekcji komediowej” znowu się działo. Carol dała nawet radę jako niewidzialny super szpieg i popisała się przebiegłością. Możliwe, że Carol za swoje szpiegowskie postępy powinna zyskać nasz respekt, ale przez wcześniejszy brak subtelności w prezentowaniu jej wojowniczych zdolności (choćby obalenie Terminus) jej „powrót” do wizerunku szarej myszki jest szalenie groteskowy. Znów (w pozytywnym sensie) rozbawiła mnie sytuacja związana z Darylem – mianowicie spotkanie z zachwyconym jego umiejętnościami łowieckimi Aaronem. „Grumpy Daryl” zestawiony z grającym głupiego „wcale cię nie szpieguje kolego”Aaronem zrobili dobre wrażenie. Całkiem skutecznie ciągnięty jest także wątek inności i problemów z dopasowaniem się Daryla do cywilizacji (nie odkrywcze, ale coś robią). Oczywiście podpięcie do tego postaci Aarona nie było przypadkowe i naprowadziło dialog na temat związanego z innością poczucia alienacji. Szczerze mówiąc, oglądało się to ciekawie – szczególnie, że temat podszyto jeszcze akcją z Buttonsem (wiecie – cała ta symbolika, dziki rumak uciekający przed cywilizacją w końcu upada, później przed imprezą – cienie na oknach i stojący przed domem Daryl, Daryl niekulturalnie jedzący spaghetti). Z kolei kiedy pokazali nam garaż Aarona od razu pomyślałem – aha, więc tu chcą wrzucić Daryla na kolejne parę odcinków, żeby poskładał siebie oraz motocykl do kupy. Zatrudnienie Dixona na rekrutera, mimo jego dosyć niestabilnego charakteru całkiem mi tu pasuje (choć należy pamiętać, że nasz łowca potrafi odróżnić dobrego od złego głównie w opinii Aarona, bo sam nie byłbym już tego taki pewien).

Symboliczne złożenie broni przez Michonne (bohaterowie robili to już w „więzieniu”) pokazuje jak wśród części ocalałych odradza się namiastka zaufania i prawdopodobnie złudny powrót wiary w bezpieczne schronienie. O ile w odcinku wcześniejszym, większość bohaterów pamiętała jeszcze o okrutnej przeszłości, w Forget niektórzy zdołali już o niej częściowo zapomnieć/pogodzić się z tym co minęło (z wyjątkiem zmaltretowanej, nie godzącej się na iluzję normalności Sashy). Nie powiem, że nie podobała mi się końcówka, bo ciężko źle ocenić pociesznie zmontowany kawałek obrazu i dźwięku. Miło było zobaczyć jak Rick wczuwa się w rolę strażnika i jednak gdzieś przemaga się, zwraca ku Alexandrii (chyba głównie za sprawą Jessie). Martwi mnie jednak, że nowy zły Rick może próbować czegoś, czego próbował jego dawny przyjaciel. Shane też dobierał się do Grimesowej żony, co szeryfowi chyba niezbyt się podobało. Obawiam się, że by odbić blondynkę Rick może posunąć się do o wiele bardziej amoralnych zachowań, a to kompletnie rozwiało by już pozory „stróża prawa”.

To był kolejny, dobry odcinek, który dało się obejrzeć bez zażenowania. Ale czy tego właśnie nie powinniśmy oczekiwać od The Walking Dead?. Narastającym problemem jest rezygnacja z pokazania co dzieje się u reszty postaci. Widać tu problem jakim jest ściśle wymierzony czas odcinków (możliwe, że twórcy po prostu wycięli sceny z Gabrielem, Eugenem i resztą by zmieścić się w 43 minutowych klamrach epizodu). Tempo, jak to w małym miasteczku płynęło spokojnie, ale Forget zbytnio nie przynudzało. Rozwinęło także parę kwestii w rozwoju bohaterów (Sasha, Daryl, Carol, Rick). Tym razem w scenach akcji (poszukiwania Buttonsa) udało się nie tylko zawrzeć więcej szczerych emocji, ale także przemycić parę mniej lub bardziej oczywistych prawd na temat inności bohaterów. W kwestiach aktorskich również było naprawdę zadowalająco – Sonequa Martin-Green kontynuuje rozkład swojej bohaterki, Mellisa McBride łączy w sobie demonizm z poczciwą kobieciną (lepiej niż w ostatnim odcinku), a Norman Reedus fajnie dogadywał się z Rossem Marquandem (Aaronem). Dialogi również robiły swoje, potrafiły nawet rozbawić (Daryl chcący odpłacić Aaronowi zającami za ofertę pracy), były konkretne i nie zapychały jedynie czasu antenowego. Trzymam kciuku by twórcy albo utrzymali ten poziom, a najlepiej powrócili w chwale w 3 ostatnich odcinkach tego sezonu (a zważając na to, że bohaterowie wreszcie zauważyli oznaczone zombiaki – może dziać się wiele).

 

forget outro

 

PS. Motyw spaghetti jest w tym sezonie silny (myślę, że wątek maszynki do makaronu też mógłby stać się internetowym memem). 

 

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts