Biżuteria Handmade

Here's not here - intro

 

Tak jak można było się tego spodziewać. Epizod poświęcony Morganowi opisać można jako prawie, że typową nowelkę z gatunku „mistrz i uczeń”. Zobaczyliśmy nawet fragmenty treningu aikido z rzeczką w tle.

Choć Here’s Not Here nie stanowił może zbyt ciekawego doświadczenia ani nie wniósł też jakichś odkrywczych, świeżych przesłań, to zostawia widza z odpowiedziami, których potrzebował (plus małą krztyną motywacji, jaką dają zwykle pouczającego historyjki tego typu). Dlaczego Morgan zachowywał się jak zachowywał, czemuż to postanowił dołączyć z powrotem do drużyny Ricka i co stało się z Wilkiem, z którym walczył w końcówce epizodu „JSS”?

Niestety odpowiedzi na te pytania jak i ogólny zarys odcinka były jednak trochę nijakie. Tak jak się spodziewaliśmy, Gimple wysmażył dla nas historię „mistrza i ucznia”, Morgan został zresocjalizowany przez namiastkę „buddyjskiego mnicha”, postanowił powrócić do grupy ponieważ „bez ludzi nie ma życia”, a złapany przez niego w trakcie ataku na Alexandrię „Wilk” ostatecznie nie trafił do krainy wiecznych łowów (jeszcze, bo zombiacze ugryzienie na jego boku powinno zrobić robotę za Morgana). Oryginalność przedstawionej w Here’s Not Here opowieści rodzi się jednak w niuansach, drobnych momentach.

W scenariuszach pióra Scotta M. Gimpla oryginalność i polot gryzie się z utartymi schematami, motywami wyjętymi z co drugiego tekstu kultury. Jego odcinki zasadzają się zwykle na jednym pomyśle. W Here’s not Here jest nim postać Eastmana oraz rozmyślenia na temat wartości ludzkiego życia, które ukierunkowały Morgana Jonesa, na drogę pacyfisty, którą to stąpa przez ostatnie odcinki The Walking Dead.

Z początku Eastman to bohater wyjęty ze starego porządku świata. Wygląda jak postać z sitcomu, co więcej – nie zabija, mimo że chcą go zabić – wydaje się skrajnie dobry. Z pozoru to żywy dowód na to, że dzięki trzymaniu się twardych zasad, niezmiennych wartości i dbaniu o własną duchowość nawet w skrajnych warunkach można zachować człowieczeństwo.

Twd_604_gp_0730_0226Mistrz okazuje się jednak postacią nie bez skazy (która to skaza swoją drogą nie została wykonana siekierą – zarysowano ją subtelnie i w sposób interesujący). Pomijając już sam motyw przeszłości Eastmana i niechlubny czyn jakiego w ostateczności się dopuścił (opowieść o psychopacie i cały związany z tym wątek to chyba najlepsza rzecz w odcinku), w paru momentach na jego twarzy widać było zwykłe chwile zwątpienia, w głosie słyszeliśmy irytację, niepokój: „czy wypuszczony na wolność Morgan odejdzie, zostanie w chatce czy też zaatakuje”. Eastman mimo pacyfistyczno-buddystycznych zapędów nie był jakąś wariacją na temat prawiącego mądrości mistrza Yody. Opiera się na własnych doświadczeniach – zemście jakiej dokonał na mordercy swojej rodziny – która to zemsta wcale nie przyniosła mu ukojenia (wręcz przeciwnie doprowadziła do wniosku, że nigdy nie warto zabijać).

Niespodzianką była też puentą odcinka – rozmowa Morgana z wilkiem – stanowiąca konfrontację zasłyszanych w trakcie trwania epizodu mądrości w stylu „nadstawiaj drugi policzek”, „zło dobrem zwyciężaj”, „każde życie jest cenne”, z mroczną rzeczywistością, w której typ, któremu przed chwilą darowałeś życie, grozi ci wyrżnięciem w pień wszystkich ludzi, których znasz i kochasz.

Oczywiście – przeszłość i postawa Eastmana dostarcza nam argumentów: „zemsta/zadanie śmierci nie przyniesie ukojenia ani spokoju, a każde życie jest cenne”. Z drugiej strony nikt nie próbuje wcisnąć nam kitu, że posiada monopol na życiowe mądrości. Mówi nam o tym niepewna, zatrwożona groźbami schwytanego Wilka mina samego Morgana… Bo w końcu jak tu stosować zasadę poszanowania życia w stosunku do osoby, która żadnych zasad nie posiada, lub jeśli posiada to opierają się one na jednej regule: zabij wszystko co się rusza? Wilki reprezentują tu prawdziwy rodzaj zła, podobnie jak psychopatyczny morderca rodziny Eastmana.

Z resztą – dzięki Morganowi – dane nam było spojrzeć na świat z takiej zamazanej (podkreślono to nawet filtrem obrazu) perspektywy „złego człowieka”. Morgan z początku odcinka był właściwie Wilkiem. Może nie „rzeczywiście”, ale niewiele brakowało mu do przedstawicieli tej grupy. Skupił się na samotnym „oczyszczaniu” świata z wszelkiego życia, zaatakował Eastmana w jego własnym domu.

AMC_604_Morgan_Choking_Eastman

Agresywne zachowanie Morgana podparto natomiast słowami psychiatry (Eastmana), przekonanego że tylko psychopata może przejść przez piekło bez uszczerbku na psychice. Mając w pamięci te słowa mieliśmy zapewne zrozumieć dlaczego Jones wariuje po stracie żony i syna, rzuca się na swego dobroczyńcę, próbuje go udusić… Przykro mi, ale te akcje, same zwierzęce ryki Morgana, napisy na kamieniach, monologi itd. niezbyt udolnie poradziły sobie z zadaniem przedstawienia traumy bohatera (powiedziałbym, że wyszło to trochę kiczowato szczególnie jeśli przypomnimy sobie rażącą nachalną symboliką – „świat się nie skończył” – śliczną, polną łączkę), dlatego i jego dzikie zachowanie częściowo wydawało mi się sztuczne (podobały mi się natomiast scen prezentujących „sztukę przetrwania”).

AMC_604_Morgan_Eastman_Fighting

Mimo całkowitej przewidywalności, Here’s not here było odcinkiem potrzebnym. Chociażby po to, by postać Morgana, jego motywacje były dla nas całkowicie jasne, a działania jakie podejmuje obecnie nie irytowały. W sumie nie sądziłem, że argumentacja, którą zastosowano w epizodzie zdoła mnie przekonać (chyba wszyscy spodziewaliśmy się tego, że Morgan spotkał kogoś kto był dla niego dobry, nauczył jak szanować życie i stąd wzięło się jego miłosierdzie wobec Wilków z epizodu „JSS”), tymczasem, po dostrzeżeniu analogii – pomiędzy Morganem a Wilkami czuję, że być może osądziłem Jonesa zbyt pochopnie (w końcu i na jego twarzy pojawia się niepewność, nie jest aż tak bardzo zacietrzewiony w swoich poglądach, ma jednak w pamięci, że jeszcze niedawno to on mordował ludzi i próbował splądrować chatkę Eastmana tak jak Wilki Alexandrię).

Dzięki finałowym scenom (chodzi mi o wspomnianą już rozmowę ze schwytanym Wilkiem), Here’s not here fajnie zazębiło się z resztą historii szóstego sezonu, nie stanowiąc jedynie kolejnej, odrębnej historii o przemianie/genezie bohatera. W epizodzie udało się także uciec od jakiegoś takiego śliskiego patosu, powagi. Czułem, że to prawie że zwykła, całkiem motywująca nowelka na temat dobra i zła, osadzona w świecie The Walking Dead, która nie próbuje na siłę przekonywać widza jaka to ona mądra.

Lennie James jak zawsze dobrze wczuł się w swoją postać – po prostu był zwariowanym Morganem. Chyba jeszcze lepiej poradził sobie John Carroll Lynch w roli Eastmana (choć z początku kojarzył mi się raczej z postacią wyjętą z sitcomu, już później skojarzyłem go z Zodiakiem Davida Finchera). To on nadał postaci Eastmana odpowiedniej dozy subtelności, drobnymi grymasami twarzy, zmianom barwy głosu. Mimo, że jego obecność na ekranie trwała jedynie około 50 minut, poczułem że to człowiek z krwi i kości a i w dodatku taki ze słabościami, którego można polubić (i hodował kozę! biedna Tabitha!).

6 sezon outro - szablon

Zdjęcia: www.walkingdead.wikia.com

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts