Biżuteria Handmade

JSS - intro

Czasem zastanawia mnie jak to możliwe, że niektóre odcinki The Walking Dead tak bardzo różnią się od siebie poziomem realizacji. I nie, nie chodzi mi tu o scenariusz, historię czy bohaterów – bo od tej strony wizja twórców wydaje się jako tako spójna (co nie znaczy, że zadowalająca). Odcinek JSS jest przykładem tego, że czasem serialowi wystarczy dobrze zrealizowana narracja, wizualnie angażujące przedstawienie historii, której brakowało mi w pierwszym odcinku 6 sezonu.

Tym razem zamiast głównego charakteryzatora serialu i twórcy Webisodes Grega Nicotero, na stołku reżysera JSS zasiadła córka Davida Lyncha – Jennifer. Z tego co się orientuję, pieczę nad artystyczną i fabularną stroną serialu sprawuje showrunner, którym w przypadku TWD jest obecnie Scott M.Gimple. Albo więc oddaje on swoim reżyserom całkowicie wolną rękę w reżyserowaniu/montowaniu odcinka, opiekując się jedynie spójnością historii, albo też po prostu nie umie zapanować nad spójną wizją artystyczną (widać, że poszczególne epizody odstają od siebie jakością reżyserii – np. JSS jest pod tym względem zdecydowanie lepsze niż First Time Againg).

AMC_602_Holly_Wounded

I w tym odcinku pojawiają się postacie, które skrytykowałem nieco w ostatnim przeglądzie – Morgan i Carol. Jak dużo zyskali oni jednak dzięki atrakcyjnej wizualnie narracji JSS. I nie chodzi mi tu nawet o emocje związane ze scenami akcji, ale prowadzenie całej historii, ogólne doświadczenie z perspektywy widza. Oglądanie JSS było po prostu przyjemne. Między innymi dzięki ciekawym ujęciom, płynnym ruchom kamery. Historia pozostała przy tym przejrzysta, a pani Lynch udowodniła, że czasami obraz może przekazać więcej niż słowo (wystarczy wspomnieć sceny ukazujące wręcz wnętrze bohaterów – najazdy kamery na twarz Deanny, Spencera, Morgan,a Denise czy Jessie). Kamera „płynąca” za Aaronem i Rositą to jeden z najfajniejszych, pod względem zobrazowania gęstej atmosfery, momentów odcinka.

Ostatnim razem kontrastowe zestawienie Morgana z Rickiem wypadło jak na mój gust trochę zbyt prostacko (wręcz: czarno-biało, heh). Do wzbudzenia emocji nie wystarczyły ckliwa melodia i czarno biały obraz. Tymczasem JSS pokazuje jak wiele osiągnąć można dzięki dobrze prowadzonej narracji.

Przecież konflikt postaw Carol i Morgana, na których zasadza się jeden z wątków najnowszego epizodu, na papierze razi oczywistością, groteskowym wręcz kontrastem między wyrachowaną, do bólu racjonalną Carol a trzymającym się zasad moralnych niezależnie od okoliczności Morganem. To postawy o wiele bardziej skrajne niż te które porównywaliśmy w ostatnim odcinku (Rick vs Morgan), ale mimo to przedstawienie tego konfliktu nie kuło w oczy (pomiędzy Carol a Rickiem możemy znaleźć co prawda parę punktów wspólnych, jednak to Peletier pełni ostatnio rolę miejscowego superbohatera).

AMC_602_Carol_Armory

Odnosząc się do sympatii jaką wielu z widzów darzy Carol*. Umówmy się, nie ma powodu żeby jej nie lubić jako osoby (choć przyznajcie, jest specyficzna) – oddaje się sprawie, poświęca dla kompanów, ratuje z opresji. Mam jednak pretensje do sposobu w jaki przedstawiono przemianę tej postaci. Kibicowałem jej od początku show, kiedy była bita przez męża, kiedy straciła Sophię. Niestety gdzieś na poziomie 4-5 sezonu, cała ta przemiana przybrała bardzo dziwny obrót, aż w końcu Carol stała się snującą się po planie, uczłowieczaną od czasu do czasu, postacią jakby „nie z tego świata”, z dziwnym niepokojącym uśmieszkiem na ustach.

Apropos uczłowieczania – moment w którym Carol dobiła umierającą koleżankę na schodach werandy, dał mi do myślenia. W szczególności jednak dzięki grze aktorskiej Melissy McBride. Dlatego też ponownie mam pewne zastrzeżenia (w tym wypadku na korzyść Carol)  do słów Morgana, który ostrzegł Peletier że zabijanie nigdy, nikomu, nie powinno się podobać. Patrząc na stroskaną twarz Carol, nie miałem wrażenia, że zabijanie Wilków sprawia jej przyjemność. Był to raczej smutny obowiązek „wyłączenia emocji”, który z racji swojej wprawności w rozwiązywaniu kryzysowych sytuacji, musiała wypełnić dla dobra społeczności(swoją drogą – czy ktoś wie skąd Carol wpadła na pomysł, żeby Morgan udawał wojennego jeńca, skoro wszyscy mieszkańcy Alexandrii byli przez Wilków szlachtowani).

AMC_602_Morgan_Fights_Wolf

Więcej zarzutów możnaby mieć do moralnego Morgana, który po Dale’u i Hershelu pełni obecnie rolę imperatywu kategorycznego grupy. Można rozumieć jego ogromne poszanowanie dla ludzkiego życia, szczególnie przez pryzmat wydarzeń i stanów załamania jakie przeszedł. Jednak kiedy widzisz właściwie nie ludzi ale troglodytów, szatkujących i masakrujących na miazgę twoich towarzyszy, powinieneś chyba bronić się na wszelkie możliwe sposoby. Nie naginać zasad, ale stosować je w sposób rozumny. Nie za bardzo podobała mi się skrajność postawy Jonesa, choć dzięki paru ciekawym scenom leciutkiego zwątpienia (dialog z Gabrielem, walka ze spotkanym w 5 sezonie wilkiem) udało się przedstawić to w sposób bardziej wiarygodny. Bez uśmieszku na ustach oglądałem też jego walkę z ocalałymi wilkami oraz kazanie na temat przetrwania jakie Morgan im wygłosił. Zgrzytałem trochę zębami kiedy Jones puścił morderców wolno, choć w jego głosie tkwiło przekonanie, że robi dobrze (dobry występ Lenniego Jamesa!).

Wilki jako nowi antagoniści, to coś czego do tej pory nie spotkaliśmy. Na pierwszy rzut oka – to społeczność rodem z czasów pierwotnych. Zezwierzęceni troglodyci bez broni palnej, rozładowujący chorą agresję. Gdyby do Alexandrii autentycznie wpadło stado dzikich zwierząt (albo wikingów), poziom masakry i chaosu wyglądał by zapewne podobnie. Swoją drogą – widok mordowanych, nieprzystosowanych jeszcze do walki Alexandryjczyków wywoływał smutek i żal, że decyzja o obowiązkowych szkoleniach z obsługi broni, nie zapadła w obozie trochę wcześniej (wyróżniał się jedynie Aaron). Przyznać trzeba, że Carol eliminująca kolejnych oprawców sprawiała sporo satysfakcji – również dzięki poczuciu wszechobecnego zagrożenia i świetnej realizacji scen akcji, nasuwających na myśl te z otwarcia 5 sezonu TWD – odcinka „No Sanctuary”.

AMC_602_Wolf_Tackles_Jessie

Oczywiście za wilkami kryje się zapewne bardziej rozbudowane tło, które na razie zapowiada się na jakiś nowy rodzaj kultu. Szkoda, że Carol nie pozwoliła wypowiedzieć się szerzej skrępowanemu przez Morgana i Gabriela Wilkowi. Choć jego egzekucja w wykonaniu Peletier, mimo że bardzo szybka, zapadała w pamięć (bardzo dobra scena również za sprawą mimiki na twarzy Jonesa i zakłopotaniu Gabriela – to obecnie postać znajdująca się na uboczu, ale kurcze, chyba zaczynam jej kibicować).

Kolejnym kluczowym wątkiem odcinka była oczywiście geneza młodej Enid. Wreszcie dowiedzieliśmy się jak mniej więcej wyglądały początki dziewczyny w „nowym świecie”. Przeszłość przedstawiono w sposób jasny i rzeczowy, z pominięciem niepotrzebnych scen, których widz mógł się tylko domyślać (ładnie poprzycinano niektóre fragmenty, zachowując jednak klarowność narracji). Litery JSS od początku pozwoliły wprowadzić do odcinka atmosferę tajemnicy i pytania: czy mają one jakiś związek z Wilkami (jak się okazuje – najpewniej nie – Just Survive Somehow).

AMC_602_Denise_Cloyd

Wspomnę jeszcze o Denise, bo spodobało mi się przedstawienie tej postaci. Przede wszystkim dlatego, że zachowywała się w miarę wiarygodnie. Duża w tym zasługa aktorki – jeśli potrafię wyobrazić sobie przewrażliwioną, młodą panią psychiatrę operującą chirurgicznie, to podejrzewam, że ta dziwna, nieokreślona emocja na twarzy Denise – z pogranicza rezygnacji, smutku i ekstazy właśnie tak powinna wyglądać.

Podkreśleniem konfliktowego wymiaru odcinka była ostatnia, symboliczna scena, w której Morgan i Carol zmierzają w dwie, skrajne strony obozu. Wilki na pewno pojawią się jeszcze nie raz na ekranie. Jak dowiedzieliśmy się ze słów jednego z nich – oprócz rządzy mordu kieruje nimi jakaś religia czy ideologia – „uwolnienia biednych ludzi ze świata zombie”. Zapowiada się ciekawie. W najnowszym odcinku w sposób rozsądny udało się wyeksponować różnych bohaterów – strudzoną Deannę, jej syna Spencera, Maggie, Tarę i Eugene’a, Jessie (scena szlachtowania nożyczkami wywołała we mnie tak skrajne emocje, że nie wiem co o niej napisać) oraz oczywiście Morgana i Carol. Każdy otrzymał swoje istotne „5 minut”. Nawet obozowe nastolatki dały radę – Carl zachował się dojrzale, ale w sposób nie irytujący, a geneza Enid przedstawiona została w sposób jasny i ciekawy. Tylko Ron pełni teraz rolę nastoletniego samoluba, który może jeszcze namieszać w fabule.

Do rozwiązania pozostaje jeszcze kwestia hordy. Zobaczymy czy wpłynie ona jakoś na dalszą historię.

 

JSS - outro

 

*Moja wcześniejsza krytyka nie odnosi się do samej „Carol Peletier” jako osoby, ale tego jak przygotowano przemianę i obecną wersję tej postaci. Może wyłożę to jaśniej porównując sytuację do gry komputerowej – grał ktoś w nowego Tomb Raidera? Głównej bohaterki Lary Croft ciężko jest nie polubić, jednak kiedy przyjrzymy się przemianie jaka w niej zachodzi (z młodej studentki zamienia się w niesamowicie sprawną zabójczynię), to gdyby nie była to gra komputerowa wielu z nas zgrzytałoby zębami. Innym przykładem może być bohaterka filmu „Następny jesteś ty”, który prezentuje podobny rodzaj groteski jak ten ostatnio w TWD.
Przechodzenie od roli uśmiechającej się wiejskiej gospodyni od zapiekanek, do nadwornej zabójczyni jest czasem po prostu zbyt groteskowe (prawie, że wpisuje się w topos „final girl”). Pomijam imitującą prawdziwe emocje maskę Carol z początku odcinka jaką zwykła była stosować w tradycyjnych sytuacjach typu inwentaryzacja spiżarni. Dzięki świetnej realizacji JSS, mimo że Carol wyczyniała na ekranie prawdziwe cuda, nie odczuwałem w związku z tym irytacji. Akcje oglądało się po prostu świetnie, bo została przedstawiona w sposób emocjonujący.

Zdjęcia:
www.walkingdead.wikia.com

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts