Biżuteria Handmade

Last Day on Earth

Wydaje mi się, że o wiele bardziej adekwatnym tytułem finałowego odcinka 6 sezonu The Walking Dead byłoby komiksowe „Something To Fear„. Serialowe Last day on Earth mimo kontekstu zagrożenia w jakim zostało wykorzystane w dialogach finałowego epizodu, ma w sobie jakąś nutkę romantyczności, która nie oddawała w tak świetny sposób grozy i odwrócenia zasad gry jakie miały zostać przedstawione w epizodzie. Przyznam jednak, że ogólnie nie jestem rozczarowany finałem. Po kolei odhaczałem sobie kolejne elementy, na które czekałem i… dostałem praktycznie wszystko. Oczywiście jeśli chodzi już o jakość realizacji, bywało już niestety bardzo różnie.

Do tych gorzej prezentujących się elementów muszę zaliczyć kontynuację wątku Carol i Morgana. Co prawda ucieszyło mnie, że nie musimy czekać z tą historią do przyszłego sezonu, ale cały motyw z ocalałym Zbawcą kroczącym za Peletier okazał się dosyć kiepskawy (głównie przez b a r d z o słabą grę aktorską pana Zbawcy i wpadanie w typowe, nudne już filmowe klisze). Zachowanie Carol wydawało się nawet przekonujące i w jakiś sposób logiczne – przebywając z osobami które kocha musi je chronić zabijając innych, a ucieczka była dla niej rozwiązaniem tego problemu. Scenę z dogorywającą Carol rozłożył jednak na łopatki koszmarnie grający zbir. Można było obawiać się o los Peletier, ale ratunek ze strony Morgana był tutaj praktycznie pewny. Dobrze, że twórcy wiedzieli w którym momencie uciąć ten wątek zostawiając resztę czasu antenowego wyprawie Alexandryjczyków na Wzgórze. Spodobało mi się również umiejętne wprowadzenie do świata TWD nowej grupy ocalałych (pana na koniu poznaliśmy w poprzednim epizodzie).

królewstwo

Skoro już troszkę pomarudziłem, to… pomarudzę dalej. Sceny przygotowań do wyjazdu z Alexandrii były swoistym zbiorkiem głupotek – Carl w „wyrafinowany” sposób zwabiający Enid do komórki, groteskowa scena z Gabrielem zdającym raport Rickowi (niby fajnie, ale jednak coś mocno mi tutaj zgrzytało – ksiądz zmienił się w mistrza strategii?), kolejne osoby zapewniające Ricka jak to mu nie pomogą i jak to ta wyprawa wybornie wypadnie… Przyznam także, że na etapie, w którym Carl przekonywał Enid do zostania w Alexandrii argumentem jacy to Zbawcy są straszni, raczej nie przejąłem się zagrożeniem z ich strony („przecież ta banda idiotów gania jakiegoś typa po lesie i gwiżdże”). Dopiero dalsza część epizodu utwierdzała mnie w przekonaniu, że Zbawcy jednak zasłużyli na swoją mhroczną reputację (a, no i zapomniałem – jako jedyni ze wszystkich wrogich grup, postrzelili Daryla).

W końcu jeszcze niedawno to bohaterowie poganiali hordę zombie w podobny sposób jak teraz robili to z nimi Zbawcy, którzy nagle z niezbyt rozgarniętych wojaków zamienili się w prawdziwych mistrzów gry prowadzących narrację serialu (można kupić taki komiksowy koncept, w którym im bliżej Negana tym inteligentniejsi i bardziej groźni są jego żołnierze).

Dzięki temu adrenalina towarzyszyła nam właściwie przez całą podróż kamperem w trakcie której stale budowano napięcie i niepokój. Można przyczepić się, że wyglądało to trochę tak jakby scenariusz odcinka napisał dla siebie sam Negan („wiemy, kiedy przejadą, gdzie jadą i którędy – tutaj postawimy drewno, tutaj spadnie wisielec itd.”) przygotowując dla protagonistów prawdziwą przeprawę przez dom strachów. Jednocześnie właśnie w ten sposób udało się stworzyć wrażenie całkowitej utraty kontroli nad wydarzeniami u Alexandryjczyków, a w zestawieniu z ich wcześniejszymi dosyć łatwymi zwycięstwami nad Zbawcami wydawało się to podwójnie zatrważające.

Zdaje się jednak, że trochę przesadzono z tą wszechwiedzą Zbawców. Skąd mieliby chociażby wiedzieć o tym, że Alexandryjczycy wybierają się właśnie na Wzgórze (biorąc pod uwagę jak dobrze zakrojona była to akcja musieli być o tym poinformowani o wiele wcześniej)? Pomijam już wyskakiwanie z krzaków i „kosogłosy”.

Pewne jest jednak, że te wszystkie blokady na drogach, wisielce i spięte w łańcuchu truposze robiły wrażenie. Takiego poziomu zaszczucia bohaterów przygwożdżanych do ściany ze wszystkich stron jeszcze w TWD nie było (choć… finał sezonu 4 w terminus był od tego epizodu o wiele lepszy, nie mówiąc o finałach 2 lub 1 serii). Miało się rzeczywiście wrażenie, że naprzeciwko protagonistów stoi jedna, ogromna, groźna i świetnie zorganizowana grupa (nawet jeśli próbowano to uwydatnić w dosyć łopatologiczny sposób – jak początkowymi scenami z uciekającym przez las nieszczęśliwcem z biblioteki). A w TWD pojawiały się już grupy bardzo groźne takie jak: Terminus (swoją drogą tam przynajmniej ludzie szli w pułapkę w pewnym sensie dobrowolnie), Claimersi czy Wilki. Przyznam jednak, że kiedy spojrzało się już na twarze Zbawców – nie wydawali się tak groźni, jak wcześniej – jako blokująca drogi szara, mrówcza masa.

Spory dramatyzm odcinka budował także powód, dla którego Alexandryjczycy wybrali się w niebezpieczną podróż na Wzgórze – rodząca schorowana, brzemienna Maggie. Sceny z pocieszającym ją Rickiem po prostu wywoływały we mnie mnóstwo pozytywnych emocji (świetna robota Andrew Lincoln i Lauren Cohan).
Zombiaki

Właściwie pierwszym momentem odcinka, który istotnie zasiał w sercach widzów jak i bohaterów sporą dawkę niepewności i grozy był chyba moment pierwszej rozmowy Ricka z wąsatym Zbawcą („żyj jakby to był twój ostatni dzień na ziemi”). Pierwszy raz, w tym momencie czuć było tutaj jakąś przewagę antagonistów (nie tylko dlatego, że miało się z tyłu głowy więzionych gdzieś – Michonne, Daryla i Glenna).

Podobało mi się też jak zagęszczano atmosferę przed samą końcówką (pominę kiczowate pożegnanie z Eugenem – nie potrafię określić czy mi się to podobało, czy też nie – tyle z tego wyszło, że i tak go złapali). Atmosferę zagęszczano nie tylko słowem ale i aspektami wizualnymi/dźwiękowymi – mgła, ciemna noc, gwizdy zbawców i bohaterowie sprowadzeni do roli przebiegających tunelikami ofiar, pędzących w dokładnie tę stronę, w którą chcą ich oprawcy.
na łasce

Oczywiście, to że bohaterowie prędzej czy później wpadną w zastawione przez Negana sidła, nie było chyba dla nikogo zaskoczeniem. Scenę „sądu” zbudowano jednak skrupulatnie i w mistrzowski sposób. Począwszy od przerażonych spojrzeń bohaterów (nieobecny wręcz Rick) po gorzkie oczekiwanie na klęczkach.

Pojawienie się Negana (mimo, że wyobrażałem sobie wizualnie te kreację odrobinkę inaczej, a brak kwiecistego języka „kuł” mnie w uszy) zaliczam ostatecznie na spory plus finałowego epizodu (to absurdalne, ale wersja epizodu z wulgaryzmami znajdzie się dopiero na wydaniu Blu-Ray). Jeffrey Dean Morgan to niesamowicie charyzmatyczny skurczybyk, który przez bite 10 minut potrafił utrzymać całkowicie naszą uwagę, a wraz z oprawą audiowizualną tej sceny, stworzył prawdziwe Terror Show.

AMC zdecydowało się wycisnąć z tego momentu wszystkie soki, bawiąc się z widzami w wyliczanki, przeciąganie nieuniknionego… Nawet, niektóre maksymalnie ugrzecznione teksty Negana dawały radę (pomijając przekleństwa zostały właściwie 1:1 przeniesione z komiksu). Do tego okraszająca całą scenę muzyka, kamera przejeżdżająca po twarzach bohaterów. Na kogo wypadnie, na tego bęc… To było najintensywniejsze 10 minut tego sezonu, a być może i kilku wcześniejszych, jednakże… Bardzo, ale to bardzo źle się stało, że wybraniec Lucille nie został nam przedstawiony.

Momentalnie cały ścisk gardła gdzieś wyparował, uszła para, a skrupulatnie budowana scena w samej końcóweczce okazała się wydmuszką. Śmierć ukazana z pierwszej osoby (choć krew na kamerze wyglądała tutaj tandetnie) byłaby może ciekawym zabiegiem, gdyby nie posłużyła jednak do jednego z najobrzydliwszych Cliffhangerów jakie można w serialu zaserwować. Mimo to nie mogę powiedzieć, że przez ten czas nie zgrzytałem zębami pod wpływem oglądanych na ekranie wydarzeń (podejrzewam, że pierwsze pytanie Negana nie było skierowane jedynie do bohaterów serialu ;).

Patrząc także na to rozwiązanie od strony twórców – równie dobrze mogliby teraz obserwować odzew fanów i… dopiero przy okazji kręcenia sezonu 7 ustalić sobie kto tak naprawdę zginął. Zapewne pojawi się także problem przy zachowaniu tej tajemnicy jeśli chodzi o aktorskie angaże.

Oglądając Last Day on Earth czułem, że to epizod przemyślany jeśli chodzi o rozłożenie i przedstawienie poszczególnych wątków (z resztą po tragedii Batman V Superman spoglądam już na wszystko łaskawszym okiem).

Znalazło się w Last Day on Earth sporo niedociągnięć, głupotek mniejszych i większych, lecz ogólna atmosfera jak i finał odcinka (pomijając mocno rozczarowujące ostatnie 10 sekund z niesamowitych 10 końcowych minut) dały nam sporo niezapomnianych emocji.  Dużo było też artystycznie ukazanych filmowych obrazków – drogi w szerokim planie i mknącym po niej kamperem, fajnie ujętych w obiektywie, blokujących drogę zbawców.

Niestety na pewno nie można przytaknąć na zapewnienia, że „to najlepszy epizod The Walking Dead jaki udało się do tej pory nakręcić”. To równie obrzydliwe kłamstewko co zastosowany w odcinku cliffhanger. Nie miałem jednak co do tego finału większych oczekiwań, a Negan, moim zdaniem, mimo niestety ugrzecznionego języka i chuderlawej postury, może okazać się godnym antagonistą na cały przyszły 7 sezon The Walking Dead (choć wciąż coś nie gra mi w tej kurteczce). W końcu nic tak nie napędza show jak dobry (?) antybohater.

Negan

8/10

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts