Biżuteria Handmade

twd-3ep

Od finału 7 sezonu The Walking Dead minęło już trochę czasu. Dlatego przyszła pora, by nadrobić zaległości i podsumować ostatnie 6 odcinków minionej serii. W dzisiejszej paczce znajdziecie krótkie przeglądy epizodów: 7×11 (Hostilities and Calamities), 7×12 (Say Yes) i 7×13 (Bury Me Here). Zapraszam do czytania.

7×11 Hostilities and Calamities

the-walking-dead-episode-711-eugene-mcdermitt-3-935

Hostilities and Calamities zaczęło się naprawdę interesująco. Wstępna sekwencja montażowa została nakręcona z pomysłem i w dobrym tempie. Poprzez równoległy montaż dano nam znać, że w odcinku zajmiemy się dwoma wątkami i postaciami: inicjacją „wziętego w nawias” Eugena, oraz tragedią spiskującego Dwighta i jego żony. Zapowiadało się obiecująco.
 
Z tego pojedynku zwycięsko wybrnął jednak Eugene, mimo że w irytujący sposób trząsł się przed Neganem i Lucille, a momentami mógłby pełnić raczej rolę całkiem udanego comic reliefu, ale nie pełnoprawnej postaci. Niemniej jednak, do końca odcinka mogliśmy głowić się nad tym, czy na koniec dnia, tchórzliwy „naukowiec” stanie się Neganem, czy też wybierze ścieżkę Daryla? Pomijając chaotyczne prowadzenie całej historii, oglądanie jego adaptacji do warunków Sanktuarium było dzięki temu naprawdę interesujące. A jak się ostatecznie okazało, Eugene, ze swoimi mądrymi, zabawnymi tekstami, znalazł się w środowisku, w którym prawdopodobnie powinien znajdować się od samego początku zombie apokalipsy. Przy okazji przedstawiono nam kolejne zasady rządzące siedliszczem Zbawców. Zrobiono to jednak w sposób na tyle szczątkowy, by nie narazić się na niewygodne pytania o logikę działania tych wszystkich dziwnych „mechanizmów”.

Doceniam próbę poruszenia poważniejszych tematów, jak ma to miejsce w przypadku przemiany Dwighta i związanym z nią dramatem Sherry. Wątek ten prezentuje się jednak tak, jakby reżyser szukał jedynie pretekstu by pokazać smutnego Dwighta wsłuchującego się w słowa swojej żony i trzaskającego szufladami po opuszczonym domu. Mogło być oryginalnie, ale ktoś wolał postawić na bezpieczne zagrywki rodem z amerykańskich dramatów obyczajowych. Zaglądanie w psychikę Dwighta skończyło na prześlizgnięciu się po jej powierzchni. Szczególnie irytujący, a nawet bezsensowny okazał się pomysł wrobienia doktorka.

Z kolei Negan, jak to Negan, znów stroił groźne miny, choć w trakcie rozmów z Eugenem dał nam wielokrotnie powody do śmiechu. Zdecydowanie za łatwo jest go jednak oszukać, przez co drastyczne metody, stosowane dla utrzymania porządku, nie robią już takiego wrażenia jak wcześniej. Aż dziw bierze, że spiskujące żony, albo Dwight nie zdążyli już sprzątnąć swojego przywódcy z powierzchni ziemi. Szkoda jednocześnie, że pomysł otrucia wypadł tak niepoważnie. Jedyne co mi się tam spodobało to szczera samoocena i zachowanie Eugena, które po prostu pasowało do jego, bądź co bądź, komiksowego, tchórzliwego charakteru.

Ostatecznie niezbyt składa się to do kupy. Być może ktoś bardziej zdolny, byłby w stanie lepiej odmierzyć sceny mające budować grozę, udane wstawki komediowe i nieudane dramatyczne. W Hostilities and Calamities brakuje jednak ładu i składu. Jakby odcinek znajdował się na wczesnym etapie montażu. Nawet zakończenie urywa się w najciekawszym momencie, kiedy Dwight i Eugene mają okazję porozmawiać. Wspomnienie ich wspólnej przygody „przy torowisku”, ucięło się jednak w pół słowa.

Ocena: 5,5/10


7×12 Say Yes

the-walking-dead-episode-712-rick-lincoln-2-935

W skrócie Say Yes, to pełen dłużyzn i ckliwości odcinek o… Ricku i Michonne szukujących broni. Tyle, że obrany w nim styl narracji pasuje raczej do młodzieżowego kina o nastolatkach, przemierzających Amerykę w wymalowanym kamperze. Naturalnie zdaję sobie sprawę z tego, że w TWD potrzebne są chwile wytchnienia i normalności, ale nie popadajmy też w skrajność. Planowanie rewolucji w trakcie kolacji przy świecach w postapokaliptycznym świecie, to trochę za dużo jak na moje pojmowanie; podobnie jak niewyobrażalnie tanie „zombie straszaki”, czy upozorowana śmierć Ricka. 

Teoretycznie dostaliśmy kolejny element fabularnej układanki, praktycznie przypominający jednak nudnawy filler. Nie było nawet mowy, by pomyśleć o rozwoju bohaterów, którzy mimo pozornego ruchu, wciąż pozostali emocjonalnie w jednym miejscu. W związku z tym, nawet aktorzy wydawali się grać swoje role jakby od niechcenia.

Nie pomogły tu ani wątek Tary strzegącej swojego sekretu, ani też spragnione zemsty Sasha i „Rosita zbuntowana nastolatka”. Postacie te napędzane są tak prymitywnym motywacjami, że nie trudno zgasić ich chwilowe fochy i pretensje (mam tu na myśli niezłą przemowę motywacyjną Gabriela w reakcji na oskarżenia ze strony Rosity). Z kolei etyczne rozterki Tary, dotyczące jej przysięgi z Oceanside, interesujące były jedynie w założeniu. Przedstawiono je niestety w sposób płytki i mało oryginalny.

W Say Yes nawet akcję potraktowano po macoszemu. Twórcy woleli po raz tysięczny uraczyć nas montażowymi wstawkami z eksterminacją zombiaków, zamiast pokazać starcie Ricka i Michonne z ludźmi od napotkanej ciężarówki. W ramach rekompensaty za tą ogólną mierność, zwiedziliśmy przynajmniej wesołe miasteczko, co było sporym urozmaiceniem dla słynnego łażenia po lasach. Oczywiście emocji było w tym tyle co nic, ale zawsze fajnie jest pooglądać jak bohaterowie radzą sobie w trudnej sytuacji (choć w tym przypadku zamykanie się w bagażniku i cała akcja z samochodem, była nieco absurdalna).

Forma tych odcinków budowana jest jednak według strasznie przewidywalnego klucza. Pokazuje się nam jak Rick i Michonne kpią sobie z niebezpieczeństwa, by za chwilę przypomnieć jak kruche jest życie, za pomocą taniej, pozorowanej śmierci Grimesa.

Z kolei kiedy Rick i Michonne zastanawiali się nad potrzebą ustalenia porządku po Neganie, zbierało mi się na śmiech. Czyżby nie wiedzieli, że twórcy TWD nie pozwolą na tak „szybkie” wyeksploatowanie tematu wojny? No chyba, że skończą się im fundusze.

Ten odc to wszystko co najgorsze w TWD: „Rosita zbuntowany nastolatka”, rzewna muzyka, przesłodzone scenki Ricka i Michonne, kiepska, nielogiczne akcja z tragicznym CGI jelenia. Nie pomogło nawet odnoszenie się do wydarzeń z przeszłości. To po prostu kolejny poziom nudnego poklepywania się po plecach.

Ocena: 3/10


7×13 Bury Me Here

the-walking-dead-episode-713-morgan-james-2-935

O ile wcześniejszy odcinek opowiadał o broni, tak Bury Me Here roztaczał opowieść o kantalupach. Pisząc jednak na serio, z powodu tej odmiany melona, w odcinku uśmiercono aż dwie postaci. Wbrew intencjom twórców, zdążyłem polubić tylko jedną z nich. Mianowicie Richarda, którego żal mi zdecydowanie bardziej niż niewinnego, acz niesłychanie nudnego Benjamina. Królewskiego gwardzistę po prostu dało się zrozumieć, mimo że była to postać prosta jak konstrukcja cepa, umotywowana jedynie stratą żony i córki (na tej płaszczyźnie podobna do Morgana).

Na uwagę w Bury Me Here zasługują chyba tylko sceny przekazania melonów. Pomijając te zabawne, 12 powodów całego zamieszania, sekwencje wymiany były odpowiednio zagrane i emocjonujące. Niestety w pozostałych aspektach, odcinek możemy traktować jako typowy zapychacz, który wypełnił jednak kolejny element układanki w budowie sojuszu przeciw Zbawcom. W końcu zaszłe wydarzenia przekonały do walki Ezekiela, Morgana i Carol.

Peletier jak zawsze bawiła przy tym  swoim rozkrokiem pomiędzy emocjonalnością a profesjonalizmem w zabijaniu zombiaków (twórcy co rusz przypominają, że to jednoosobowa armia). W przypadku Morgana możemy mówić nie tyle o przemianie co o powrocie do niestabilności psychicznej z odcinka Clear z 3 sezonu. Pomijając fakt, jak bardzo „zmieniony” Morgan okazał się irytujący, fajnym smaczkiem była scenka na końcu odcinka, w której bohater zaczął ostrzyć swój dotychczas tępy kij. W TWD dosyć rzadko zdarzają się takie w miarę subtelne obrazki, mówiące coś więcej o postaci.

Wspomniana już intryga z melonem mogła wydawać się niepoważna, bo aż dziw bierze, że Zbawcy mieliby wkurzać się o jeden brakujący owoc i odstawiać te wszystkie, dosyć niezrozumiałe scenki. Prawdziwym absurdem była jednak scena zamordowania Richarda: Morgan dusi zaufanego gwardzistę króla, a wszyscy gapią się na to z przerażeniem lub zdziwieniem w oczach, włącznie z samym Ezekielem.

Mimo podnoszących adrenalinę fragmentów wymiany (aż chciałoby się, by Zbawcy dostali wreszcie za swoje) Bury Me Here dobijają straszne dłużyzny. W epizodzie nie wydarzyło się wiele, ale twórcy i tak postanowili raczyć nas niewiele wnoszącymi, albo rozwleczonymi scenkami (np. „prześmiesznym” comic reliefem w postaci Jerrego jedzącego placek). TWD zamienia się przez to w kino familijne z zombiakami. Mimo dostarczenia krzty emocji, wszystko wypadło nieprzekonująco. Zbawcy wkurzyli się o melona, Morgan szalał, chociaż sam mógł czuć się winny za śmierć młodego Benjamina, który z kolei umierając, walczył z całych sił o wzruszenie widzów. W moim przypadku bezskutecznie.

Ocena: 4,5/10


Podsumowanie:

Twórcy TWD zawsze potrafili rozbijać historie na czynniki pierwsze i opowiadać o nich w kolejnych epizodach. Dzięki temu cały sezon powoli składa się w miarę spójną całość, ale niestety jego kolejne odcinki, jako samodzielne historie, okazują się nudne i pełne dłużyzn, skupionych wokół krótkich, bardziej interesujących wątków. A przecież sezon siódmy mógł okazać się ciekawą refleksją nad sposobem sprawowania władzy i próbą przeciwstawienia się dyktaturze. Niestety cała „socjologiczna” strona opowieści potraktowana jest tu strasznie płytko, podobnie jak reszta elementów serialu.

Przeglądy kolejnych trzech odcinków (w tym finału) 7 sezonu The Walking Dead pojawią się w następnym artykule.

Fotosy: www.amc.com

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts