Biżuteria Handmade

spend intro

Tyle emocji ile wywołał we mnie odcinek Spend nie było w TWD od pamiętnego Four Walls and a Roof (który swoją drogą warto wspomnieć, z racji wpływu zaszłych w nim wydarzeń na ojca Gabriela i jego obecne wybryki). Spend to epizod nieprzewidywalny, wielowątkowy, stawiający na rozwój fabuły i bohaterów, a przede wszystkim funkcjonalnie korzystający ze wszelkich dobrodziejstw kina – jest odpowiednio dobrana akcja, są i dialogi. Tygodniowy, o ile się nie mylę, przeskok akcji pozwolił zagnieździć się nowo przybyłym w Alexandrii. Najwyraźniej scenarzyści zdecydowali się też na wymienne prowadzenie postaci i w Spend wreszcie wróciliśmy do tych, których nieobecność rodziła największe pytania, kosztem odstawienia na bok Daryla, Michonne i Sashy. Generalnie jestem zachwycony.

Zachwycony i zaskoczony, jak to możliwe że scenarzyści nagle obsypali nas taką ilością świetnych wątków i pomysłów.  Ich ilość przytłacza, przez co ciężko napisać składnie i ładnie o najnowszym epizodzie. Zacznijmy może od ogólnej konstrukcji odcinka, która podobnie jak całość prezentowała się bardzo dobrze. Wreszcie nie raził mnie pomysł rozdzielenia uwagi widza między parę mniejszych wątków fabularnych – każdy oferował nam coś interesującego, a dodatkowo dopełniał pozostałe. Przykładowo na zasadzie kontrastu zestawiono tu egoistycznych, rdzennych mieszkańców Alexandrii z doświadczonymi i solidarnymi przyjezdnymi. Obraz ten kłóci się natomiast ze słowami, wariującego Ojca Gabriela, ostrzegającego Deanne przed Rickiem i spółką. Pani Kongresmen również zaczęła niepokoić się o to czy koegzystencja obozów wyjdzie jej ludziom na dobre. Może i słusznie – w końcu kiedy Rick mówił o „przejmowaniu tego miejsca” nie miał zapewne na myśli zajmowania przez jego przyjaciół intratnych stanowisk (co ma jak największy sens – nowi znacznie lepiej nadają się na przywódców niż te wszystkie tchórzliwe żółtodzioby). Wraz z kolejnymi tajemnicami, które powoli wychodziły na światło dzienne (jak Peter prawdopodobnie bijący rodzinę, wyznania Aidena i Nicholasa, zdrada Gabriela czy wyznawany przez Alexandryjczyków system „po pierwsze się nie narażaj”, przez który Francine prawie straciła życie) atmosfera zagęszcza się jak w prawdziwym, trzymającym w napięciu thrillerze, prowadząc do punktu kulminacyjnego. Przy okazji obalony został też mit Alexandrii jako miejsca bez skazy (pamiętajmy też nadal o wykradającej broni Enid i Samie wspominającym, że przydałaby mu się broń – możliwe, że zaniósłby ją swojej mamie, ale prawdopodobne są też inne możliwości). Starzy mieszkańcy są bardziej egoistyczni, okrutni i bezwzględni niż zdradliwy Ojciec Gabriel mógłby przypuszczać. 

Co prawda widzieliśmy już liczne wypady bohaterów do zaciemnionych magazynów, na które wyruszali uśmiechnięci i pewni siebie, ale jeszcze nigdy w rytmach Dubstepu. A na serio – nawet w kwestii hiperboli z którą spotykamy się w serialu ( skoro jest sielanka to pora na masakrę) zdziałano sporo nowego. Za niszczącą sielankę masakrę nie odpowiadali w końcu ani nasi protagoniści, ani czający się w mroku źli ludzie z pod znaku W. Była to cena jaką zapłacili za towarzystwo niedoświadczonych, egoistycznych Alexandryjczyków.

Zarówno w trakcie scen akcji w magazynie czy przy budowie muru, kolejny raz udowodniono skuteczność naszych ekranowych bohaterów. Nie dosyć, że są niesamowicie doświadczeni i swoje doświadczenie przekładają na świetną organizację (na tyle na ile pozwala im na to balast w postaci Aidena, Nicholasa i im podobnych) to okazuje się, że wciąż nie pozostają zobojętniali na ludzką śmierć – nie płaczą nad rozlanym mlekiem, ale nie zostawiają też Aidena (Glenn) czy strażniczki z wieży (Abraham) na pastwę zombie, jeśli mają szansę ich uratować. Jestem bardzo zadowolony z tego z jaką płynnością i kompleksowością producenci przeszli przez wszystkie te pomysły. 

drzwi

Mimo mojego średniego przywiązania do zmarłych w tym odcinku postaci, obydwa zgony wywoływały niezaprzeczalne wrażenie, głównie swoją brutalnością (poraził także widok dosłownie wstrząśniętego Glenna – świetny popis aktorski w wykonaniu Steva Yeuna). Moment śmierci nabitego na pręty Aidena, czy walka o przetrwanie w obrotowych drzwiach (GENIALNY, prosty pomysł) to niesamowicie intensywne sceny. Pokazały też, że tylko współpraca i solidarność pozwala przeżyć w czasie apokalipsy. Pozornie „nieskażeni” prawdziwym złem Alexandryjczycy okazują się znacznie mniej wrażliwi i bardziej egoistyczni od groźnych wg. Ojca Gabriela: Glenna, Abrahama (fajnie było zobaczyć jak Ford przejmuje inicjatywę – cel był tym czego wojskowy potrzebował) czy nawet tchórzliwego, ale przełamującego się Eugena!

Swoją drogą Josh McDermitt (Eugene) zaliczył w najnowszym epizodzie występ równie świetny co towarzyszący mu Steven Yeun. Wiem, że bohaterskie wynoszenie Tary, odciąganie szwendów czy „Eugene nie chcący zdradzić swoich przyjaciół” to sceny godne amerykańskiego kina, ale przynajmniej we mnie obudziły sporo emocji. Przerażenie na twarzy Portera było widać na pierwszy rzut oka (Eugene przypomina mi trochę postać Sama Tarlyego z uniwersum Gry o Tron. Obaj są tchórzliwi i niezbyt poradni, ale kiedy przyjdzie co do czego potrafią dać z siebie wszystko – szczególnie że Porter jest do Tary nad wyraz przywiązany). Jedynym problemem związanym z tą stroną odcinka była tylko nieco prymitywna próba wzbudzenia „na szybko” naszej sympatii i większego przywiązania do osób przeznaczonych na brutalną ofiarę (Noah chcący uczyć się architektury i jego prawie nie zaczęty dzienniczek czy też „kochający” rodziców Aiden, ukazany wreszcie z bardziej pozytywnej, szczerej strony. W dodatku słuchający rad Glenna). 

maggie

Jednakże największą charakterologiczną niespodzianką tego odcinka był dla mnie oszalały – najprawdopodobniej z własnego poczucia winy Ojciec Gabriel (pamiętamy jak skończyli jego parafianie) . Po tym jak widzieliśmy go w epizodzie Them, błagającego Boga o przebaczenie za chwilę zwątpienia, KOMPLETNIE nie spodziewałem się, że twórcy pociągną go w tę stronę. Z początku sądziłem, że ksiądz ponownie przechodzi przez wewnętrzną, duchową walkę. Buntuje się przeciw Bogu, bezcześci Jego świętą księgę, ale wciąż wierzy (to byłby taki prawdopodobny scenariusz dla nieukształtowanego duchownego – przynajmniej według amerykańskich filmów). Kto spodziewał się jednak, że Stokes nagle odwróci się od swoich dawnych towarzyszy? Twórcom udało się wreszcie wzbudzić nowe, nieprzyjemne emocje – mimo, że Gabriela nie określiłbym już jako osobę zdrową psychicznie, to jego nieszczerość, obłuda napełnia mnie wręcz obrzydzeniem. Szczególnie, że jego oskarżenia może w… 20% znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości (śmierć Terminusowców w FWaaR, nawet w imię ślepej sprawiedliwości nie musiała być tak okrutna, ale czemu ksiądz uważa że Rickowcy niszczą wszystko na swej drodze?). Tymczasem Gabriel przychodzi by zasiać w głowie Deanny jeszcze większą niepewność. To niebezpieczne dla obydwu grup i przyspiesza jedynie możliwą konfrontację. Nawet bez ostrzeżeń kongresmen wydawała się zaniepokojona tym jak Grimes i spółka powoli przejmują kontrolę nad nowym miejscem, co dopiero teraz…

Na podstawie przykładów z życia bohaterów widać jednak, że opisywana przez księdza grupa „wilków w owczej skórze” nie istnieje, a przynajmniej nie są nią nasi ocalali. Rick może mówić sobie o „przejmowaniu” a psychopatyczna Carol o zabijaniu, ale reszta kompanów na pewno nie zgodziłaby się na bezzasadne obalenie obecnych władz. Ponadto myślę, że jeśli ktoś przedkłada własne życie nad życie innych to właśnie Alexandryjczycy czy sam Ojciec Gabriel. W końcu trudno powiedzieć by zachowanie Glenna próbującego oswobodzić Aidena, czy Abrahama rzucającego się w tłum zombie by ratować właściwie obcą sobie osobę miały potwierdzać słowa grupowego Judasza. 

Spend_promo_image_1

Warto zwrócić też uwagę na pracę kamery i kwestie techniczne. Ukazanie nabitego na pręty Aidena z dalszej perspektywy dało wrażenie, jakby chciano pokazać zdystansowanie Glenna i Noaha do Alexandryjczyków, które wcale nie spowodowało jednak, że bohaterowie byliby gotowi zostawić towarzysza na pewną śmierć. Uczucie zaszczucia budował także sposób pojawiania zombiaków, wychodzących zza kadru, od strony kamery. Kolejna warta uwagi scena to zdrada Gabriela (przy okazji – to kolejny REWELACYJNE show aktorskie tego odcinka, brawo dla Setha Gilliama!)) i ukryta w mroku schodów, obecna tylko dla widzów Maggie (+ sakralna muzyka i przewijający w tle bohaterowie). Ogromne, „straszne” wrażenie robią też oczywiście sceny śmierci – choćby Noaha, obserwowana przez szybę razem z Glennem, potęgując wrażenie, że „jesteśmy tam z bohaterami”, powinniśmy więc czuć to co oni. Bardzo, bardzo mocne i brutalne, przez co pozwoliło uzyskać odpowiedni efekt. Emocje wywoływała także końcówka, w której Carol, jak to Carol bez ogródek oświadcza Rickowi, że pora „sprzątnąć śmieci” z Alexandrii (piszę jej językiem ;).

A skoro jestem już przy tym temacie, w całkiem odkrywczą stronę, przynajmniej na początku rozwija się wątek rodziny Pete’a i Jessie. Jak to bywa z samcami alfa – rozpoczynają się zawody o względy sympatycznej blondynki, których świadom jest zarówno jej mąż jak i kandydat niezależny – Rick. Mimo klepania starego jak świat motywu mamy tu też pewną nowość. Na pierwszy rzut oka najbardziej sztampowy bohater Pete (szczerze – cały motyw z biciem żony wydaje mi się picem na wodę), w walce o Jessie uderza w  nową nutę… wspominając o Lori, a tym samym budząc w Szeryfie sumienie (ciekawe czy na tyle silne by Rick nie dał się porwać złowrogim podszeptom Peletier). To naprawdę dobry pomysł scenarzystów, na wiarygodne ukazanie tego motywu. 

Jeśli miałbym już zgodzić się na użytą przez ojca Gabriela metaforę Lucyfera, to chyba tylko w przypadku Carol Peletier. To w końcu ona, może i słusznie (nie ma jednak pewności, że Peter bije żonę i dzieci – choć wskazywałoby na to dziwne zachowanie Sama, nieprzestraszonego groźbami) znajduje Szeryfowi powód dla którego mógłby pozbyć się konkurenta. Nie wiem na co zdecyduje się sam zainteresowany – patrz Rick spoglądający na swoją obrączkę. Może po prostu podejdzie do sprawy jak stróż prawa – oby nie wymknęła mu się spod kontroli.

Podobało mi się codzienne życie w Alexandrii, bo nigdy jeszcze nie wiedzieliśmy organizacji społeczności na taką skalę. Budowa muru, kamera pokazująca nasłonecznione, ale puste ulice, przygotowanie do wyprawy…Trochę rozśmieszyło mnie poszukiwanie niszczyciela Sowo-rzeźby, ale twórcy dali znać, że są świadomi banalności motywu i obrócili go w sensowną stronę (byłoby głupio gdyby sowę zniszczył jakiś złowrogi sabotażysta. Ale dziecko? Ma to sens). Zgodnie z przedstawioną przez Ricka teorią rozbitych okien – rozwalona sowo-rzeźba, okazała się „sygnałem” (który powinniśmy odczytać chyba jako wołanie o pomoc) wysłanym przez małego Sama. Z początku myślałem, że wątek rzeźby i natrętnego dziecka ma za zadanie obudzić w Carol jakieś ludzkie emocje, ale jak się okazało skierowano go z powrotem w kierunku tematu rodziny Doktora Pete’a. Gratulacje należą się twórcom za tak zgrabne zagęszczanie atmosfery i łączenie wydarzeń w sensowną całość (małym wyjątkiem jest sama Carol, której zachowanie zgadza się z jej oziębłym charakterem, ale wciąż nie potrafię traktować tej postaci poważnie).

Cieszą mnie też próby wprowadzenia do TWD różnych klimatów – od horroru, po dramat społeczny (mniej podobała mi się smętna scena rozmowy Rega i Noaha – nie zdążył biedaczysko spisać swojego Tam i z powrotem). Znalazło się też miejsce dla odrobiny humoru w wykonaniu Abrahama czy Eugena, których wybryki stanowiły w tym odcinku świetne, typowo rozrywkowe, ale przyjemne w oglądaniu kino akcji.

Tylko pomyślcie ile czeka nas jeszcze w tym sezonie. Ile konfrontacji na linii Alexandryjczycy i nowo przybyli.

[w tym momencie przydałby się epicki głos lektora] Gdzie podzieje się ojciec Gabriel? Jak rozwiąże się kwestia Peta? Czy Morgan odwiedzi nas jeszcze w tej serii i jaką rolę w dalszej historii odegrają ludzie spod znaku (W)ilka? Czy Glenn otrząśnie się po strasznych obrazach jakie potworny świat kazał mu oglądać? Kogo sprowadzą do Alexandrii Aaron i Daryl? Jak postąpi świadoma zdrady Gabriela Maggie i czy Deanna podejmie kroki w celu usunięcia Ricka z obozu (a Szeryf już przekonywał się do nowej miejscówki…)? Pytań jest sporo, podobnie jak możliwych scenariuszy (zapewne jeszcze  zdarzy się niejeden zgon). Wydaje mi się że wcale nie musi skończyć się to wszystko wewnętrznym konfliktem – sensownym scenariuszem wydaje się choćby atak z zewnątrz i zjednoczenie Alexandryjczyków w walce o przetrwanie.

Jestem zadowolony z The Walking Dead, nie nudziłem się, odcinek wniósł sporo świeżości i zmian w bohaterach. Radę dały także świetne aktorstwo i strona techniczna (mógłbym co prawda czepić się paru głupot – na przykład upadku Francine z wieży strażniczej – podobne „wpadki” uwzględniam zawsze w ocenie końcowej) oraz mnóstwo emocji i wątków, które choć na ekranie dopełniały się bardzo dobrze to w tekście ciężko jest oddać wszystko o czym chciałoby się napisać (a i tak wyszło tego strasznie dużo, jeśli doczytaliście do końca to gratuluję i dziękuję za cierpliwość ;).

spend outro

PS. A na marginesie – Lobbująca u Deanny Maggie na rzecz swoich kompanów przypomniała mi House of Cards. Świetna była też jej odpowiedź na oskarżenia (w końcu Deanna chciała stworzyć społeczność zdolną przetrwać, więc powinna pogodzić się z tym, że stanowiska przejmują osoby naprawdę się na nie nadające).

 

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts