Biżuteria Handmade

The distance - intro

Niestety, złapanie za trzon historii nie zawsze pozwala twórcom przywrócić The Walking Dead blask. Świeży bohater ratuje co prawda nowy epizod, ale kolejne objazdy na drodze do konkretów, w dodatku pełne nudnych dziur zaczynają już trochę irytować. Za wcześniejszymi epizodami stał jakiś koncept, ale w The Distance motyw utraconego zaufania nie do końca wystarcza by uzupełnić ciągnięty jakby od niechcenia wątek główny.

Początek zapowiadał emocjonującą, skuteczną walkę z „nowym nieznanym” czytaj: niebezpiecznym i nieprzewidywalnym.  Wiadomością o podglądaniu i podsłuchiwaniu grupy przez Aarona i spółkę, udało się twórcom oddać poczucie osaczenia, co wzmogło tylko nerwowość bohaterów. Podjęte przez Ricka środki ostrożności wydawały się jak najbardziej zrozumiałe. Emocje buzowały także na wspomnienie Woodbury czy Terminus, które podobnie jak chwalona przez nowego bohatera Alexandria wydawały się nowym startem i spełnieniem marzeń ocalałego. Mało tego, Alexandria maluje się jako prawdziwy Eden na ziemi skażonej wirusem zombie. Parę bardziej lub mniej subtelnych sygnałów raz budowało zaufanie do obcej postaci a za drugim razem momentalnie niszczyło je podejrzeniami (dlaczego Aaron wydziwia z musem jabłkowym, dlaczego na zdjęciach nie ma jego kumpli – nawet intrygowało). Chyba tylko dzięki pracy aktora udało się uniknąć sztuczności w deklaracjach Aarona, przekonanego że ma do czynienia z dobrymi ludźmi z krwi i kości. Trochę płytko wypadły natomiast zainspirowane jego słowami rozważania Michonne o nie najgorszej kondycji moralnej grupy.

Rick

Średnio wypada wątek zaufania, a przynajmniej jego rozwinięcie. O ile początkowa opryskliwa i ostrożna reakcja dawała poczucie mocy (prawy sierpowy Ricka w imię zasad, wysłanie zwiadu, groźba zabicia Aarona) i wrażenie nauki na błędach o tyle przejście kolejno do jakiegoś moralizowania w tym temacie wypadło raczej blado. Przecież wiemy, że bardzo ciężko jest pozbyć się nabytych z doświadczeniem uprzedzeń (a balast ocalałych w tej kwestii jest dosyć spory). No ale oczywiście, po uśmiechach młodzika i wieści o ciepłym łóżku najpierw przełamały się kobiety – Maggie, Sasha, Michonne, następnie Glenn i reszta. Tylko „paranoik” Rick dalej uparcie nie zaufał temu co nowe. I nie byłoby w tym nic złego gdyby nie dosyć denerwujące ciągnięcie schematu. „Hej, Rick, przecież mówił prawdę”, „hej, Rick, wiem że trzeba być ostrożnym, ale ja mu ufam”. Niestety Ameryki nie odkryli.  Oliwy do tego sztucznego ognia dolała Carol swoim super mądrym tekstem pod koniec: „Myliłeś się, ale miałeś rację”. Przy poruszaniu kwestii zaufania bardzo trudno uciec jest od utartego scenariusza „zdradzono moje zaufanie, więc będę nieufny choćby nie wiem co. A i muszą być inni, którzy  dadzą się jednak przekonać”. W The Distance niewiele brakowało by od tego uciec, ale niestety ja przynajmniej czułem, że ktoś podsuwa mi podręcznik „co zrobisz, gdy uprzedzenia przesłaniają ci rzeczywistość”.

Aaron

Dobrze wybrnął z tych kleszczy Andrew Lincoln (Rick) w scenie rozmowy z Michonne, w której zwierzył się, że po Woodbury i Terminus prawdopodobnie nie ma już rzeczy, która pozwoliłaby mu zaufać obcym. Może to niepotrzebnie wypowiedziana oczywistość, ale w wykonaniu Lincolna nawet mi się ten tekst spodobał. Podobnie jak wymiana zdań z Aaronem z początku odcinka. Sam Ross Marquand wyciągnął ze swojego bohatera sporo ciekawostek. Bez dobrej gry, postać Aarona mogłaby okazać się przerysowana i śmieszna. Tymczasem Aaron w wersji Rossa to spokojny, nieco przewrażliwiony na paru punktach typ nie dającego się wyprowadzić z równowagi dyplomaty, który potrafi o siebie zadbać. Z emocją odpowiadał na pytania, uratował nawet bezsensowną scenę jedzenia musu jabłkowego czy panikę w samochodzie. No i co najważniejsze udało mu się stworzyć postać nieoczywistą (bo 100% jego zamiarów nie mogliśmy być pewni – i to nie tylko przez możliwe twisty scenariusza, ale samą postać i grę aktorską). 

Chaos w scenie na drodze ożywił trochę akcję, ale wynik końcowy całej tej sekwencji był mocno rozczarowujący. Przez to też cała późniejsza panika, wywołana nieco idiotycznym rajdem przez stado zombie (czy oni mają prawo jazdy!) wyglądała mi na nieco wymuszoną. A początek był obiecujący – atmosfera narastała wraz z muzyką kiedy Michonne zaczęła zadawać Aaronowi Trzy Pytania (w sumie motyw całkiem fajnie zakorzenił się w historii). Potem wszystko toczyło się według standardów kina klasy B – problem z odpaleniem auta, raca rozświetlająca niebo (tu była jeszcze ekscytacja i niepokój) i BUM, powstał chaos -> krzyki, głupawa dezorientacja, chwilowe rozdzielenie drużyny. Czułem się nieco rozczarowany i oszukany, bo ostatecznie nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Po prostu, minimalnie zwiększono nam dawkę adrenaliny. A sama walka w plenerze mimo wywołanego niepokoju zrealizowana była kiepskawo (jeśli przyglądniemy się walce Ricka, Michonne Glenna i Aarona ze Szwendami).

Glenn_Michonne_Forest

Pod koniec zrobiło się „romantycznie” i TWD odhaczyło wątek homoseksualny, którego przecież wszyscy scenarzyści od dawna bardzo chcieli (i nie wydaje mi się by miał wnieść coś ciekawego do historii – Oscara przecież nie dostaną ;). Chyba tylko dla zapełnienia paru minut potrzebnych do standardowego czasu odcinka wciśnięto jeszcze ironiczną scenkę z wyładowanym akumulatorem (choć Glenn miał okazję przypomnieć nam, że niegdyś wraz z Dalem sporo się przy kamperze narobił). Reszta aktorów jak to ostatnio bywa, gdzieś tam zlewała się z drzewami a co po niektórzy bąknęli jakąś krótką kwestię by dać znać o swojej obecności. Chyba tylko Michonne coraz lepiej odnajduje się w roli skrzydłowej liderki. I na szczęście irytuje mnie tylko troszeczkę.

Jak na to czego się spodziewałem to potencjał historii został średnio wykorzystany. Aaron sprawdził się całkiem dobrze (to chyba jedna z lepiej zaprezentowanych postaci od długiego czasu), ale niepotrzebny chaos na ekranie, którego finał okazał się bardzo rozczarowujący sprawił, że nieco się zawiodłem. Najwyraźniej dystans do Alexandrii był według scenarzystów na tyle długi, by jeszcze w tym odcinku jej nie pokazywać. Słabsza ocena wynika z moich niespełnionych oczekiwań (gdyby nie rozczarowanie – byłoby 7/10) – jednak w stosunku do The Walking Dead mieć ich nie warto (sprawdzało się przy 2 wcześniejszych epizodach).

The Distance - outro

 

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts