Biżuteria Handmade

Them - outro

Tym razem obyło się bez „wymyślnego montażu” i artystycznych „filtrów”. I bez nich odcinek Them nie pozbawiony jest jednak jako takiej klasy. Ba, przy maksymalnym ograniczeniu środków stylistycznych reżyserowi znacznie lepiej udało się dodać nowemu odcinkowi artystycznego wyrazu. Bohaterowie w Them mówią wprost co o sobie myślą  – w końcu prawdziwą twarz pokazuje się w naprawdę skrajnych warunkach…

Podejrzewam, że kolejny, raczej wyciszony odcinek z wolnym tempem, nie jest tym na co wszyscy czekali. Zwłaszcza że „survivalowy” początek ze zdezelowaną, niepodobną do siebie Maggie oraz wcinającym dżdżownice Darylem (yummy…) przypominał trochę film przyrodniczy, w którym brakowało tylko komentującej poczynania bohaterów Pani Czubówny. W zestawieniu z „przerostem formy nad treścią” w ostatnim epizodzie, Them narracyjnie jest totalnie ubogi. W sumie dzięki tej oszczędności udało się dać poczucie schyłkowości i kresu sił podróżujących od wielu dni bohaterów. Ekspozycja opierająca się na dialogach i obrazie wypada (jak często ostatnio) dosyć kiepsko – Rick musiał oczywiście poinformować nas, że ekipa jest już w drodze od 3 tygodni, a kolejne wyciszone obrazki z wygłodzonymi i zrezygnowanymi bohaterami dawały znać jak wyczerpująca musiała być ta wyprawa (choć ostatecznie okazały się całkiem funkcjonalne o czym za chwilę).

grupa

 Wydaje mi się jednak, że nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji zobaczyć bohaterów w aż tak „opłakanym stanie”. U mnie empatia zadziałała – przynajmniej na początku (reakcja na spadający deszcz była jednak zbyt „standardowa” dla takich sytuacji, bym wraz z bohaterami znalazł ulgę). Czułem, że ludzie są głodni, spragnieni (spora w tym zasługa gry aktorskiej) oraz zmęczeni życiem. Bardzo podoba mi się to, że wykorzystanie wszystkich ujęć z wykończonymi, wolno przebierającymi nogami niczym zombie ocalałymi, znalazło swoje podsumowanie w sławetnym, komiksowym stwierdzeniu Ricka – „We are The Walking Dead” (które padło jednak w innych okolicznościach). Bo rzeczywiście, choćby w scenie, w której grupa parła naprzód w ulicznym kurzu, ze stadkiem szwendów na karku (klimacik) – granica między stąpającymi żywymi a martwymi wcale nie była tak bardzo wyraźna (takie scenki coraz bardziej przypominają mi Czas Apokalipsy). To świetne wykorzystanie języka kina, które wcale nie jest dostrzegalne na pierwszy rzut oka.

Na kolejną część odcinka składało się uciekanie bohaterów od trudnych rozmów. Reakcja Maggie na ofertę „pomocy” ojca Gabriela była z jednej strona sztampowa („Co ty tam wiesz o cierpieniu”), z drugiej strony zawierała dosyć niespodziewany i konstruktywny atak – bo końcu jak ktoś, kto zostawił swych parafian na pastwę zombie może pełnić funkcję
duchowego mentora (w dodatku wyjście z kazaniem od tematu włosiennicy/metafory cierpienia było niezbyt fortunne). W końcu, bohaterowie podważyli także sens zachowań Tyreesa (rozmowa Michonne i Sashy) – a fakt, że wyraźnie zdeheroizowano jego postawę zapewne wiele osób zadowoli. Było także klasyczne i przyznam szczerze nieco nudne gadanie o jedzeniu, wodzie czy „dawanie prezentów niespodzianek” – to w końcu chleb powszedni The Walking Dead w ostatnim czasie (choć tutaj nawet na nie najgorszym poziomie).

bagażnik

Widać było także wewnętrzną degradację w grupie – Sasha wybiegająca przed szereg – spierająca się z Mich. Niezbyt „czuję” jej postawę po śmierci Tyreesa, wydaje mi się wręcz głupia. Jakby dziewczyna zapomniała, że wszyscy przez podobne sytuacje przechodzili. Poza tym bohaterowie dawno już nie byli między sobą tak szczerzy, a przy tym mocno uszczypliwi (Sasha w rozmowie z Mich, Abrahamem, pogawędka Glenna i Maggie) – w beznadziejnej sytuacji opierają się na zimnej kalkulacji, nie widzą jutra i nadziei. W skrajnych sytuacjach człowiek odkrywa przecież swoje prawdziwe oblicze, co udało się nawet pokazać w Them mimo że nie doświadczyliśmy scen skrajnych w jednoznacznym tego słowa znaczeniu (przede wszystkim głód, wycieńczenie, pragnienie i cierpienie psychiczne).

Była co prawda dwukrotna (a nawet trzy – jeśli liczyć dokonaną przez Sashę masakrę na leśnych psach) konfrontacja z niebezpieczeństwem (przyjmujemy jednak, że zachowanie Sashy wynikało z wcześniejszych przejść, a nie nowej skrajnej/niebezpiecznej sytuacji), która posłużyła producentom głównie do pokazania małego rozkładu w grupie (walka na drodze na początku), a następnie zjednoczenia bohaterów za wrotami stodoły i symboliczna wygrana nad żywymi trupami. Ciężko było przy tym o jakikolwiek wzrost adrenaliny (może przy scenie w stodole), ale miło było popatrzeć na bohaterów uczących się „chwytów i rzutów” czy też napierających na drzwi budynku (choć to było odrobinę… tandetne). Małe przegięcie z symbolizmem pojawiło się w optymistycznej puencie, w postaci sceny ze zmasakrowanymi przez wichurę zombiakami, wschodzącym, „nowym” słońcem i działającą ostatecznie pozytywką (akurat pozytywka była całkiem niezła – zwiększyła raczej niepokój niż ukojenie zmysłów). Aha, dają nam znać, że natura/istota wyższa chce by bohaterowie przeżyli, a słoneczko to nowy lepszy dzień. Trąciło to trochę niewypowiedzianym filozofizmem. 

Wcześniejsza rozmowa przy ognisku może została uznana przez niektórych za nudną, ale sam lubiłem zwykle takie momenty w TWD – szczególnie że dialogi w Them były naprawdę dobre. Padł nawet sławetny tekst Ricka z komiksu: „We are the walking dead” (wolałbym jednak, żeby było w tym więcej agresywnych emocji). 

rain

Ale poza tym epizodowi Them mimo oszczędnej narracji nie można odmówić klasy. Większość scen choć mogła wydawać się nudna, w jakiś sposób intrygowała widza (woda od „przyjaciela” i nowa postać – Aaron, stadko psów). Trochę raziło mnie, że bohaterowie dostawali jakby kilka chwil przed kamerą, a potem gdzieś zanikali na tle innych. Na aktorstwo narzekać za to nie można – Sasha z nienawistnym wzrokiem, zrezygnowana Maggie, próbująca dobić zamkniętego w bagażniku zombiaka (mam wrażenie, że jej związek z Glennem przeżyje jakiś kryzys). Nawet popłakujący Daryl (o zgrozo, przypalający dłoń papierosem) dał radę bez dramatyzowania. Carol Peletier skutecznie motywowała bohaterów, a Dixona uraczyła nawet pocałunkiem w czółko niczym rasowa matka opiekunka. Fajnie, że z boku obserwujemy stopniowe zatracanie się Abrahama – wolę to od nagłych i niepotrzebnych wybuchów gniewu. Ciekaw jestem także przyszłych relacji między innymi bohaterami – a szczególnie między Darylem, Maggie i Sashą – wydaje mi się, że to jeszcze nieodkryta karta.

Było w Them trochę nowości – szczerych relacji (każdy bohater powiedział coś co pozwoliło nam poznać kondycję grupy) i klimatu drogi, które zaliczam jako duży plus. Spokojna atmosfera jak wiadomo może się podobać, a drugim kojarzyć z tanią telenowelą. Pozwolę sobie jednak zauważyć, że byłaby to telenowela o bardzo wysokiej jakości realizacyjnej, więc nadal – nie jest źle (ciekaw też jestem nowego bohatera). Mi przynajmniej, dano powód, by czekać na następne odcinki. Przyzwyczaiłem się do niskiego ostatnimi czasy poziomu TWD (oceniam odcinki głównie zestawiając je z odcinkami z jednego sezonu, inaczej musiałbym wprowadzić 20 stopniową skalę dla 1 i 2 serii), dlatego Them całkiem przypadło mi do gustu. 

 

them - intro


 

PS1. Daryl naprawił pozytywkę – nie mogę :D – po tym jak w drugim sezonie znalazł dla Carol kwiatka, wiedziałem, że romantyk z niego.

PS2. Co do zarzutów odnośnie śmierci bohaterów i porównań do Gry o tron – więc w Grze o tron śmierć bohaterów następuje w wyniku intryg (kto czytał książkę wie, że mistrz Martin zaplanował sobie do przodu tą historię). W TWD nie zawsze jestem pewien czy bohaterowie giną w wyniku zaplanowanego splotu wydarzeń (choć w przypadku Tyreesa jak najbardziej można tak przypuszczać) czy w ramach igrzysk ku uciesze/emocjom i tweetom widowni.

 

 

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts