Biżuteria Handmade

 Żywy przegląd intro

Widać, że najbardziej łakome kąski producenci TWD zostawili sobie na końcowe odcinki sezonu. Gdyby dodać do siebie wszystkie nękające bohaterów problemy z dzisiejszego i ostatniego epizodu, wyszłoby na to, że Alexandria to kocioł z bulgocącą, wrzącą wodą, który lada chwila gotowy jest wybuchnąć. Ktoś (z zewnątrz?) powinien w końcu skręcić gaz…

Try opiera się głównie na wciągających i przejmująco intensywnych relacjach budowanych dzięki wyraźnym gestom oraz oszczędnym, ale krwistym dialogom. Dzięki nim, już we wprowadzeniu do odcinka, od razu czuło się nieprzyjemny ciężar sytuacji w Alexandrii. Wystarczy popatrzeć na to jak Deanna przyjęła nieszczery prezent od Carol (umówmy się – Peletier dająca prezenty to jak uśmiechający się terminator). Właściwie nie potrzeba było słów, by pokazać jak kongresmen zaczęła postrzegać „nowych mieszkańców”. Wydarzeń świadczących na ich niekorzyść było ostatnio całkiem sporo: śmierć Aidena, ostrzeżenia Gabriela, buntownicze zachowanie Ricka. Agresywna, nieprzyjemna muzyka z płyty zmarłego podkreślała jedynie panujące w przyciemnionym domu negatywne emocje. Scenę oglądało się ciężko, ale udało się oddać w niej odpowiedni nastrój (szkoda tylko, że drugi syn Monroe został trochę zmarginalizowany).

Oczywiście temat przesłuchania osób z dwoma wersjami jednej historii to rzecz, którą niejednokrotnie oglądaliśmy już na małych i dużych ekranach. Zwykle jednak taki zabieg wywołuje całkiem sporo pytań. Która wersja opowieści przekona sędziego? Prawdziwa czy fałszywa? Zgodnie ze schematem to Nicholas kontynuował bycie dupkiem, kłamiąc Deannie w „żywe” oczy (przy czym jego wersja, zapewne przez „słabe aktorstwo”, wydaje się o wiele mniej prawdopodobna). Natomiast Glenn z wyciszeniem zwierzał się Rickowi z prawdziwych przeżyć. Każdy od razu zorientowałby się, czyja historia tak naprawdę się wydarzyła, a czyja służy jedynie jako prywatna zemsta czy wyraz tchórzostwa i nienawiści. Dlatego byłbym raczej niemiło zaskoczony, gdyby Deanna w akcie złości wzięła jednak stronę obrzydliwie zakłamanego Nicholasa. Jest to także zasługa złożoności i przenikliwości jej charakteru. „Widać” jej żal, złość; emocje, których stara się jednak nie okazywać. Śmierć syna musiała w końcu wywołać reakcję, jednak jak nakazuje dyplomacja – odpowiednio pohamowaną. Tragiczne wydarzenia nie przysłaniają Monroe osądu, nie wystarczają jednak, by w całości zdjąć z jej oczu różowe okulary Alexandrii. Poza tym, gdyby reakcja kongresmen okazała się bardziej wybuchowa i konfliktotwórcza, właściwie na marne poszłaby śmierć biednego Noaha (zgon jedynie starego mieszkańca wzbudziłby zapewne o wiele więcej podejrzeń). Nietypowo zachował się Glenn, który w kwestii dawania ostrzeżeń Nicholasowi wykazał się o wiele większą ogładą niż Rick w końcówce odcinka. Lubię kiedy bohaterowie mają swoje tajemnice, które znają tylko między sobą – zwykle doprowadza to do ciekawych sytuacji. Spotkanie z wkurzającym niesłychanie Nicholasem to świetny, wyciszony fragment – z ust Azjaty padło parę dobrze napisanych kwestii. Jak na razie rozwiązanie ich problemu leży w rękach samych wtajemniczonych oraz przewodzącej społeczności Deanny.

 

Rick_Deanna_Talking

Prawdziwym utrapieniem pani kongresmen wydawała się jednak niezgoda Ricka na panujący w Alexandrii status quo (m.in. bijącego żonę lekarza). Po raz kolejny przekonano mnie, że Monroe to postać w pewnym sensie nietuzinkowa. Na pierwszy rzut oka przeszkodą w rozwiązaniu problemu agresywnego Pete’a wydawał się po prostu sprawowany przez niego niezwykle przydatny zawód. Okazało się jednak, że najwyraźniej decyzja zależy od czegoś więcej niż przywódczego wyrachowania – od Idei cywilizacji.  To dobry sposób na podkreślenie tego, jak bardzo pani kongresmen uwierzyła w polityczną wizję uzdrowionej społeczności. Szkoda, że nie miała jeszcze dostatecznej okazji by przekonać się, że choć ona sama gra według starych zasad, to niektórzy przerzucili się na te nowe lub ich kompletny brak. Deanna nie tyle przymyka oko na rozboje Pete’a, co nie potrafi przywołać go do porządku silną ręką przywódcy (jako, że zabijanie nie wchodzi w grę). Widać tu doskonale, że rola przywódcy wymaga podejmowania trudnych decyzji, do których Rick zmuszany był nad wyraz często (zło trzeba w końcu karać w każdych warunkach). Dla Monroe cywilizacja kończy się tam, gdzie zaczynają się egzekucje ludzi wykonywane przez ludzi, co w gruncie rzeczy czyni ją nieskuteczną liderką (to taki tysiąc razy lepszy, nieco inny wątek szpitala i Dawn. Deanna nie mierzy się z aż taką degeneracją i niesubordynacją jak zastrzelona policjantka). Jakby nie widziała jednak, że to co za cywilizację uważa jest jedynie iluzją, a zasady gry kompletnie się zmieniły.

Scena rozmowy Grimesa i kongresmen przy grobach opiera swoje napięcie na dialogu i psychologizmie postaci. Takich momentów jest w epizodzie Try o wiele więcej. Wystarczy wspomnieć choćby jego początek – scenę pogawędki Ricka i Carol na temat zachowania Pete’a. To ciekawe spojrzeć na sytuację Jessie z perspektywy Peletier, która podobnie jak blondynka doświadczyła przemocy ze strony męża. Wygląda na to, że bohaterka albo posiada w sobie jeszcze trochę empatii, albo widzi w niesprawnie działającej rodzinnej komórce zagrożenie dla całej grupy. Poza tym to bardzo fajne i naturalne odniesienie do przeszłości Carol. Z kolei następujący po tej rozmowie, wstrzymujący dech w piersiach fragment, w którym Pete podchodzi do stojącego w mroku Szeryfa to dowód na to, że TWD potrafi jeszcze wywołać wielkie emocje bez konieczności wykorzystania akcji, gore czy innych względnie tanich chwytów. 

Na pochwałę zasługuje także uszlachetnienie materiału źródłowego (mam tu na myśli komiks) o moralne wahania Ricka. Czy Grimes pozostaje w tym konflikcie stróżem prawa czy kandydatem do ręki Jessie? Jak już wiemy – i jednym, i trochę bardziej tym drugim. Świetna jest powiązana także z tym wątkiem scena, w której Rick patrzy na Alexandrię – rozmawiających ludzi, psa na spacerze, rozmyślając zapewne czy rzeczywiście jest to ta cywilizacja, o której mówiła Deanna czy jedynie iluzja, w której panują zasady takie jak za murami schronienia (zabijasz albo giniesz). Rozmowa z Jessie i konfrontacja z Pete’em to również momenty pełne napięcia, które (WRESZCIE) ogląda się z wypiekami na twarzy. 

Daryl_Aaron_Woods

Średnio czuję natomiast powiązanie wątku Sashy i Michonne. Wychodzi na to, że czarna pani samuraj pozostanie grupowym strażnikiem pamięci, nie pozwalając zatracić się kolejnym kompanom. Szkoda, że przynajmniej w przypadku szukającej śmierci Sashy podano nam to podobieństwo w zatracaniu w tak łopatologiczny sposób (urywane retrospekcje z życia Mich). Plusem wątku jest natomiast poruszenie wpływu śmierci Noaha. Sasha potrzebuje pchnięcia, czegoś co wyrwałoby ją z otchłani pesymizmu, którym zarażała innych (choćby mówiąc Noahowi, że pewnie zginie). Wydaje się, że jest już na lepszej drodze.

Nieco rozczarowująco skończył się wątek leśnych wypadów Enid. Jednak z racji, że poświęcono go na rzecz rozwinięcia tematu nastoletniego romansu nie nazwę tego zabiegu marnotrawstwem. Sam pomysł z wykradaniem, choć dobry, nie należał do ligi najoryginalniejszych, więc płakał na pewno nie będę. Co do wątku Enid+Carl, slogan „Miłość w czasach apokalipsy” pasuje tu jak ulał. Może scenarzyści ruszą trochę do przodu z rozwojem Carla. W ogóle nie zaskoczyło mnie, że za zawinięcie szeryfowej spluwy nie odpowiadała harcująca po lesie Enid. Choć to dosyć standardowy motyw z gatunku „skoro to nie lokaj jest mordercą, to musi nim być portier”, to nie spodziewałem się Nicholasa na tym drugim miejscu. Jego udział w sprawie ożywił mnie jeszcze bardziej.

A skoro tematem jesteśmy już za murami Alexandrii napiszę parę słów o wypadzie Aarona i Daryla. Panowie nadal stanowią świetny duet, ale na szczęście ich parominutowe pojawienie się na ekranie miało także swój osobny cel. Mianowicie z coraz większą ochotą pokazuje się widzom, że krążące wokół Alexandrii zagrożenie jest większe niż mogłoby się wydawać. Przekaz jest prosty – „lękaj się ludzi spod znaku wilka”.

Kulminacyjnym momentem odcinka była oczywiście scena walki. Obrazy wściekłych, pokrwawionych twarzy, rozbite okno. Scena żywcem wyjęta z komiksu i dzięki dynamicznemu obrazowi nawet bardziej intensywna. Miałem co prawda małe zastrzeżenia do pracy kamery, która miejscami zbyt długo odrywała się od walczących zabierając trochę gwałtowności i dynamizmu, ale ujęcia na facjaty miotających się po ulicy we wściekłym szale, wyciszenia i piski oddające stan walczących dały nam mnóstwo emocji – emocji, które pojawiły się nie tylko za sprawą samego fizycznego, jak i również psychologicznego tarcia.

 

Rick_Draws_Gun

Nie byłoby go bez świetnej, naturalnej gry obu „zawodników”. Pete – pozornie spoko facet, w rzeczywistości straszna szumowina (co z resztą świetnie pokazał w swojej grze Corey Brill). Oczywiście uwadze nie może umknąć także kolejne wystąpienie Andrew Lincolna, które zaczyna się właściwie już w trakcie emocjonalnej rozmowie z Jessie. Wreszcie w głosie Ricka oprócz zimnego spokoju przeplatanego z łkaniem usłyszeliśmy coś bardziej szczerego – autentyczny bunt (wyrażony także wyciągnięciem broni), połączony jednocześnie ze świadomością, że nie powinien i tak naprawdę nie chce złamać zasad ustanowionych przez Deannę. Może jedynie pokazać, że ma taką możliwość i próbować słowami uświadomić mieszkańcom Alexandrii ich zaślepienie (słusznie, ale może w niezbyt dobry, wymykający się spod kontroli sposób). 

Właśnie w tym odcinku widać, jak genialnym materiałem pozostaje komiks i jak świetnie da się zaadoptować go na potrzeby telewizji (patrz choćby przecudna scena końcowa „wyciszenia” Ricka przez Michonne). Właściwie spora większość scen i cytatów wywołujących największe wrażenie pochodzi właśnie z pierwowzoru The Walking Dead. W ogóle w ostatnich odcinkach historia toczy się mocno komiksowym torem, z paroma raczej kosmetycznymi zmianami (czasem uszlachetnia się nawet wątki i postacie o nowe pomysły – jak w przypadku Deanny czy konfliktu Pete vs. Rick, który wiąże się także uczuciami jakimi szeryf darzy Jessie). 

Właściwie cały odcinek składał się ze scenek opierających swoją atrakcyjność na dialogach czy gestach. Każdy podkręcał w jakiś sposób atmosferę (Deanna paląca kartkę od Carol, rozmowa Ricka i Carol o Petcie, pierwsze i drugie spotkanie Ricka i Pete’a czy rozmowa prawdziwą twarzą w prawdziwą twarz – Nicholasa i Glenna). Jak wiadomo sporą sztuką jest rozniecić w widzu emocje samymi rozmowami i budowaniem relacji między postaciami. W Try udało się to znakomicie. Cieszę się, że nie musiałem zmieniać rewelacyjnej oceny z ostatniego odcinka (zawsze to mniej roboty ;).  Co chyba najlepsze, nie potrzebowaliśmy do tego wybuchającego Terminus czy śmierci ocalałych. Wystarczyło odpowiednie budowanie napięcia, a następnie gwałtowne spuszczenie pary z kotła… Scenarzystka Angela Kang zasłużyła na to, byśmy zaczęli jeszcze lepiej kojarzyć jej nazwisko.

 

Try - outro

 

 

PS. Jak odcinki są dobre, to aż chce się o wszystkim pisać :) 

 

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts