Ankieta

Które postacie najbardziej lubisz? (5 głosów z możliwością zmiany) NIE BĄDŹ PAJACEM, ZOSTAW KOMENTARZ :sully: : Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się

Kenny Hawkins
33 (18.5%)
Sullivan
25 (14%)
Lucy
19 (10.7%)
Morgan Smith
31 (17.4%)
Josh
12 (6.7%)
Seth
14 (7.9%)
Młody
21 (11.8%)
Henry
11 (6.2%)
Dakota
12 (6.7%)
Kevin
0 (0%)

Głosów w sumie: 57

Autor Wątek: Żywe Trupy - Apokalipsa  (Przeczytany 295356 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Narwaniec

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 275
  • -Otrzymane: 256
  • Autor wątku
  • Hyah
  • Wiadomości: 985
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 11 Wrzesień, 2014, 21:11:28 »
Nikt nie wie jak to wszystko się zaczęło




Co wywołało zarazę i pandemonium, które zaczęło dziesiątkować ludzkość




Jedno jest pewne...




Świat, który wszyscy znali do tej pory wkrótce przestał istnieć...


[...]Potwierdziły się doniesienia o wybuchu epidemii ptasiej grypy w rejonach Indii Zachodnich, scenariusz się zmieni jeśli wirus zacznie się rozprzestrzeniać między ludzi [...]

[...]Przy tym poziomie zagrożenia, wytyczne światowej organizacji zdrowia[...]

[...]Policja zanotowała przypadki dziwnego zachowania[...]

[...]Nowe przypadki zachorowań w Londynie, Paryżu, Rzymie. Niepotwierdzone informacje o zachorowaniach w Los Angeles, San Francisco, Nowym Orleanie i Miami. Czy mówimy o realnym zagrożeniu? [...]

[...]Dziesięć tysięcy przypadków w Hiszpanii i Portugalii[...]

[...]Naukowcy podejrzewają... Większość genów nowoodkrytego wirusa, jest całkowicie nieznana... [...]

Stan Missouri, hrabstwo Phelps, miejsce niedaleko miasta Rolla. 21 sierpnia. 2014 rok. 20:00

Daleko nad horyzontem ostatnie promienie słońca broniły się muśnięciami różu i bursztynu, przed nadchodzącą aksamitną czernią nocy. Z wolna zapalały się gwiazdy. Jednak upał wcale nie zelżał, gorące powietrze drżało w światłach reflektorów i nocnych lamp. Komary bzyczały jak opętane, unosząc się chmarą wokół motelu, stacji benzynowej i całodobowego baru, zwabiane ciepłem i zapachem ludzkich ciał.
Z nad Rolla płynęły ciężkie grafitowe chmury odcinając się wyraźnie od gwieździstego nieba.
Niespodziewany podmuch wiatru porwał piach z poboczy drogi i cisnął go w szyby przejeżdżających samochodów, poniósł w kierunku budynków, zaścielając nim parkingi.
Niebo przecięła błyskawica, wkrótce po niej rozległ się głuchy pomruk nadchodzącej burzy. Po chwili spadły pierwsze krople deszczu, szybko zamieniając się w oberwanie chmury, bębniące w dachy i szyby z szybkością karabinu maszynowego. Kilka samochodów zjechało z Historycznej Drogi 66 by przeczekać pod dachem stacji benzynowej największą ulewę. Niektóre podjechały pod motel, gdy kierowca uznał, że lepiej przeczekać burzę pod dachem...


Liczne doniesienia o wybuchach zamieszek w różnych częściach Stanów Zjednoczonych, wynikłych z powodu gwałtownego wzrostu zachorowań *** Obama uspokaja nastroje. Jesteśmy przygotowani...
« Ostatnia zmiana: 11 Wrzesień, 2014, 23:29:44 wysłana przez Narwaniec »
To co siejesz, to zbierasz.
To co dajesz, to dostajesz.
To co widzisz w innych, jest Twoim odbiciem.
Pamiętaj, życie to echo, zawsze do Ciebie wróci...

Subgard

  • Offline
  • Mistrz RPG. Hejter. Akolita Kółeczka Wzajemnej Adoracji.
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 95
  • -Otrzymane: 69
  • Age: 60
  • Wiadomości: 744
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
  • Komiks: Czytałem
  • Spoilery: Czasem
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1 dnia: 12 Wrzesień, 2014, 12:28:47 »


21 sierpnia. 2014 rok. 18:30

Władza. Luksus i poczucie pełni władzy. Właśnie to czuł Tony, jeszcze kilka godzin temu, gdy jego auto pokonywało kolejne kilometry do celu. Dartz Prombrom, który prowadził, to pojazd jaki właściwie trudno było nazwać po prostu autem.



To przede wszystkim SUV z kuloodpornymi kołami, szybami i karoserią. Wszystko pokryte dodatkowo było cienką warstwą złota, która fantastycznie lśniła w blasku słońca. Ten złoty czołg, bo tak zwano tą maszynę za kulisami, o potężnym silniku zdolnym poruszyć 5 tonowego giganta, pędził z prędkością 200 km/h zmuszając inne pojazdy do usunięcia mu się z drogi. Szeroki na 200 cm, wysoki na 180 cm i długi na 492 cm był idealny dla kogoś o posturze Sullivana. Tony był ostatnim kierowcą na świecie, który zjechałby choć trochę na bok, aby umożliwić komuś bezpieczny przejazd. Nie. Dopóki kierownica spoczywała w jego rękach jasne było, że na tej drodze jest tylko jeden władca - Tony. Ekran pokładowego komputera pokazywał najnowsze wiadomości z regionu, ale Sullivan już dawno go wyłączył. Miał dość wiadomości o jakiś zamieszkach, wirusach, politycznych aferach i wpadkach gwiazd. Zamiast tego całe wnętrze auta wypełniała muzyka klasyczna - Cztery pory roku. Czyż mogło być coś wspanialszego niż doskonałe auto i poczucie władzy w rytmie tak fantastycznej muzyki? Mogło. W przypadku Toniego miał to być intratny kontrakt, który już wkrótce miał zostać dopełniony w niewielkiej mieścinie, do której właśnie jechał. Jego szef dzwonił już kilka razy, ale Tony wciąż nie zdecydował się odebrać telefonu. To mogłoby zagrozić transakcji. Nie mógł sobie na to pozwolić! Wszak już zaplanował na co przeznaczy zarobione pieniądze. Z drugiej zaś strony ciągłe telefony niepokoiły go. James go nie znosił. Zresztą dość powiedzieć, że z wzajemnością. Jednakże można powiedzieć, że osiągnęli pewne porozumienie. Każdy uznawał zasługi drugiego i właściwie nie mógł znaleźć nic do zarzucenia. Jeżeli tylko mogli unikali się, choć w związku ze swoimi stanowiskami stawało się to co raz trudniejsze. Niemniej stary Comey dzwonił do niego bezpośrednio tylko w kryzysowych sytuacjach. Czuł, że unikanie przełożonego będzie miało swoje konsekwencje. Liczba nieodebranych połączeń sięgała już dwudziestu. Poczuł, że robi mu się gorąco, a zaraz później jak bardzo potrzebuje zapalić. Jednakże palenie w aucie wiązało się ze zbyt dużym ryzykiem. Wszak popiół mógł spaść na tapicerkę zrobioną ze skóry pandy albo też jego markowe spodnie od garnituru. To byłoby niedopuszczalne! Jedynym rozsądnym wyjściem z tej niekomfortowej sytuacji, jego zdaniem, było wyciągnięcie syreny alarmowej na dach i wduszenie gazu. Tak też postąpił. Poczucie władzy niestety zmalało, ale 60 km/h więcej wystarczająco tą niedogodność  wyrównywało. Możliwość zapalenia papierosa była z każdą sekundą bliżej!

19:30

Godzinę później Sullivan odebrał klucze do zarezerwowanego wcześniej pokoju w motelu przy Historic U.S 66, a następnie dokładnie go przeszukał. Nie znalazł jednak nic podejrzanego, co go nieco uspokoiło. Niewielkie pomieszczenie składało się z dwóch pokoi i łazienki. W mniejszym znajdowało się podwójne łóżko, zaś w większym stał niewielki stół z krzesłami oraz duża, stara komoda na ubrania. Przy swoich 192 cm Tony czuł się w tym pomieszczeniu podobnie jak Guliwer z powieści Jonathana Swifta w krainie liliputów. Oczywiście było to dla niego typowe. Powinien był się już przyzwyczaić, ale jakoś nie potrafił pozbyć się tego uczucia. Cóż, z pewnością właściciel nie miał gustu. A z na pewno był on rozbieżny z odczuciami Tonego. Niestety transakcja wymagała spokoju i ciszy, a nie luksusu i dziwek. Bywa...

19:50

Chwile później Tony wyciągnął i odpalił papierosa, a następnie udał się w stronę baru. Czuł jak powoli, z każdym zaciągnięciem, ogarnia go spokój. Wiedział, że nie może w pełni się rozluźnić. To mogłoby mieć fatalne skutki. Powoli ruszył przed siebie. Kontrolnie spojrzał na swojego suva, gdy go mijał. Znów musiał zająć dwa miejsca postojowe, ale przy tak wielkiej maszynie inaczej się nie dało. Zapewne kogoś to zirytuje, ale nie dbał oto. Odporna karoseria, koła i cała reszta chroniła jego auto przed niemal każdą próbą zniszczenia jego pojazdu. Z bazooką raczej nikt tu nie wyskoczy - pomyślał i zaśmiał się w duchu. Zresztą producenci twierdzili, że nawet po centralnym trafieniu Dartz Prombrom dawał szansę przeżycia kierowcy. Cóż, z pewnością Tony miał powody, aby tak opancerzonym autem jeździć. Wielu dziwiło się czemu nie ma kierowcy, ale cóż to za strata by była, gdyby samemu nie mógł prowadzić takiego pojazdu? Szofer?! Kompletnie bezsensu...

Chłodny podmuch zawiał ze wschodu wyrywając Tonego z zamyślenia. Spojrzał ku niebu szukając przyczyny tej nagłej zmiany w pogodzie. Najwyraźniej zbierało się na burzę. Nie chcąc stracić kapelusza wcisnął go mocniej na głowie, a następnie założył okulary lewą ręką, gdyż w drugiej wciąż trzymał papierosa. Zdecydował się iść ścieżką. Szkoda mu było pobrudzić sobie buty. Zaskoczyło go, że nie widać było wydeptanej ścieżki przez trawnik - aż prosiło się o takową. Najwyraźniej za mało ludzi korzystało z usług motelu i baru równocześnie. Poprawił jeszcze ułożenie kabur pod marynarką oraz przy pasie i powoli ruszył dalej. Okolica wciąż była dość spokojna. Niemal kompletne zadupie. Z łatwością przeszedł drogę odgradzającą motel z barem. Ulica odcinająca oba budynki miała tajemniczą nazwę Hwy T. Nic mu to nie mówiło, ale nie specjalnie ta niewiedza mu przeszkadzała. Minąwszy postój dla gości baru, bodajże jakiegoś Roysa, podszedł do drzwi i pociągnął za klamkę. Te otworzyły się z cichym piskiem, ale i pewnym oporem. Zaskoczyło go to, bo przy jego posturze rzadko coś sprawiało mu ten rodzaj trudności. Wszedł do środka pochylając się przy tym, aby nie zahaczyć kapeluszem o górną ramę. Rzadko kiedy mógł wchodzić w pełni wyprostowany, co nie raz było dla niego sporym problemem. Jego oczom ukazał się całkiem spory lokal z podłogą wyłożoną ciemnymi kaflami. Zapewne, aby ułatwić sprzątanie. Na przeciwko znajdował się drewniany, dość masywnie wyglądający bar. Między wejściem, a ladą stały duże, plastikowe stoły wraz z krzesłami - każdy spokojnie mógł pomieścić osiem osób. Tony zdecydowanie wolałby coś mniejszego i w lepszym guście. Nie znajdując niczego odpowiedniego podszedł do baru i zamówił piwo. Stosunkowo stary barman, z lekkim przestrachem, podał mu jego zamówienie. Typowe. Ludzie często się go bali. Czasem to pomagało, a innym razem było irytujące. Na przykład w takich sytuacjach jak ta. Jakby barman spodziewał się, że zaraz po wypiciu browaru rozniesie cały lokal. Cóż, z pewnością ktoś o jego posturze i sile miał na to sporą szanse. Zdarzyło mu się to tylko raz, a czasem miał wrażenie, jakby każdy barman już o tym wiedział. W lokalu było jeszcze w miarę pusto, jednak godzina wskazywała na to, iż zapewne wkrótce zapełni się większą ilością przyjezdnych. Nie czekając na ich zjawienie i korzystając z możliwości wyboru usiadł przy stole w rogu. Miał z tego miejsca dobry widok zarówno na wejście do lokalu, jak i swojego SUVa. Teraz, o zmroku, zdawał się on być jakimś dziwnym kolosem wciśniętym między bliżej nie określone malutkie kształty. Prawdziwe auto obok dziecięcych zabaweczek. Tony odpalił kolejnego papierosa od poprzedniego, a niedopałek zgasił w popielniczce. Zastanawiał się czy nie ma tu zakazu palenia, ale najwyraźniej właściciel za bardzo bał się konsekwencji zwrócenia mu uwagi. Dobre i to. Spokojnie czekał na klienta upijając niewielkie łyki zimnego, dobrego ciemnego piwa. Jedyne czego mu teraz brakowało to muzyka klasyczna zamiast tych popularnych bzdetów lecących z jakiejś pseudo muzycznej stacji z telewizora. Przez chwilę rozważał wyciągnięcie swojego ipoda, ale zrezygnował. Wolał wiedzieć, co się dzieje wokół niego. Przy muzyce zdarzało mu się uciekać myślami w bardzo odległe miejsca, zbyt odległe. Po raz kolejny odrzucił połączenie od Jamesa. Uparcie dzwoni, to źle wróży. Wziął kolejny łyk piwa. Resztki piany zostały mu na wąsach, więc delikatnie wytarł je dłonią. Miał niejasne przeczucie, że coś dzisiaj pójdzie nie tak. Nie wiedział oczywiście co, ale od wczoraj towarzyszyło mu to podejrzane uczucie. Intuicja rzadko go zawodziła. Na zewnątrz właśnie zaczynał padać deszcz i grzmiało. Burza była tuż, tuż. Wziął głęboki oddech. Jego organizm, tak jak i jego umysł, był gotowy na wszystko.

« Ostatnia zmiana: 27 Lipiec, 2015, 12:44:46 wysłana przez Tortuga »
Jestem Złotą Kubotą

"Jeden Pajac, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć, Jeden, by wszystkie zgromadzić i w cyrku związać!" ~ Tony Sullivan z "Z kamerą wśród Pajaców"

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 814
  • -Otrzymane: 555
  • Wiadomości: 3032
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #2 dnia: 12 Wrzesień, 2014, 14:49:45 »


Dzień: 21 Sierpnia 2014r.
Godzina: 20:00


- Kurwa! Szlag by to!
Norma usłyszała wściekle rzucone przekleństwa męża wchodząc do kuchni.
- Co ty wyprawiasz? - Kobieta patrzyła na swojego małżonka, który klęczał i majstrował przy zlewie kuchennym.
- Jak to co? Naprawiam ten twój cholerny zlew! Jakie teraz to badziewne te kolanka robią, nie to co dawniej...kupa złomu. -  Norma podparła ręce na biodrach i z dezaprobatą pokręciła głową na Kenny'ego.
- Wydzierasz się tak, że pół osiedla cię słyszy.
Kenny w końcu oderwał się od uporczywego grzebania w rurze zlewowej i spojrzawszy na żonę ponurym wzrokiem, wrócił do przerwanej pracy i mruknął - Może mnie nawet słychać w samym Waszyngtonie. Nie obchodzi mnie, co myśli o mnie jakaś banda nierobów i innych patałachów. Jestem w swoim domu i będą przeklinał ile będę chciał i chuj komu do tego! W 81' to...- Norma przewróciła oczami i wiedząc czym się kończy gadka o 81' przerwała póki jeszcze nie było za późno: - Już, dobrze, dobrze. To twój dom i możesz w nim robić co chcesz. Przyjęłam, psze pana.
Kenny wstał, wyprostował się i przeciągnął tak, że aż mu chrupnęło w krzyżach. Pomasował się po lędźwiach, wykrzywiając się w grymasie bólu: - Chyba będziesz musiała mnie dzisiaj nasmarować tą ohydną maścią, bo cholernie mnie łupie.
Norma zbliżyła się do niego: - Mówiłam ci że z tym trzeba iść do lekarza.
Kenny odparł lekko poirytowany: - Lekarz, lekarz..ten szczawik jest młodszy ode mnie o jakieś 20 lat. Co on może wiedzieć o bólach pleców?
Kobieta poklepała go po ramieniu: - To może zrobisz zakupy, co? Chciałam zrobić sałatkę do kolacji. Przygotowałam ci listę.
Kenny spojrzał na żonę z czułością i uśmiechnął się łagodnie: -Dobrze. Wytarł ręce, sięgnął po listę zakupów, którą Norma mu podała i przeczytał ją mrucząc pod nosem. Żona krzątała się po kuchni:
- A tak przy okazji...
- Ta?
- Susan dzwoniła.
Kenny nie oderwał wzroku od kartki. Jego relacje z córką nie należały do najłatwiejszych. Zupełne przeciwieństwo ojca, to też o konflikt nie było trudno. W końcu kiedy tylko nadarzyła się okazja wyfrunęła z gniazda, wyjeżdżając na studia do San Francisco. Dalej potoczyło się już samo - poznała miłego chłopaka, wzięli ślub, kupili dom, po roku urodziła im się córka. Do domu przyjeżdżała raz na Ruski rok, wysyłała kartki i dzwoniła w urodziny i każde święta. Standard.  Choć Kenny unosił się dumą i udawał obrażonego, że jego jedynaczka, którą chciał wychować na "porządną dziewczynę" zbuntowała się i przy pierwszej lepszej okazji zwiała z domu (a raczej od niego, czego bardzo nie chciał dopuścić do swojej świadomości), to Susan nie był mu obojętna. Jednak facet musi być twardy, więc nie dawał po sobie niczego poznać.
- No i co w wielkim świecie, pani redaktor słychać? - Zapytał z kpiną.
Norma puściła tą uszczypliwość mimo uszu, jak większość tego co mówił jej mąż. - Mówiła że Tom źle się poczuł i musiał się zgłosić do szpitala. Lekarze jeszcze nie wiedzą co mu dolega.
Kenny wzruszył ramionami. Mąż jego córki, akurat najmniej go obchodził. - A co z małą? - zapytał.
- Lou zajmuje się opiekunka. Susan nie chce żeby zaraziła się od ojca... w końcu nie wiadomo czy to choróbsko nie jest zaraźliwe. -
Kenny pokiwał głową. Kto jak kto, ale wnuczka nie była mu obojętna. 
- Dobra, to ja idę. Będę za jakieś 20 minut. Wychodząc z kuchni minął się z Normą i wymienili uśmiechy. Skierował się do wyjścia.
Ponad 30 lat życia z jedną osobą...Norma zmieniła się przez ten czas. To już nie ta sama młoda, zgrabna dziewczyna z długimi blond włosami. Kenny'ego też czas nie oszczędził. 30 lat temu można było podziwiać jego umięśnione i dobrze zbudowane ciało, podziwiać twarz nie naznaczoną wiekiem, ciemnie włosy...wyrzeźbiony brzuch zamienił się w mięsień piwny, a bicepsy kiedyś tak dumnie prężone, sflaczały. Choć nadal są. Jedynie włosy, choć bielutkie jak śnieg, to pozostały gęste. W każdym razie...choć Norma czasami działa mu na nerwy swoim babskim gadaniem, to jednak podziwiał ją za to że go znosiła. Za to ją kochał...
Kenny stanął na werandzie swojego domu, wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni spodni, odpalił jednego i zaciągnął się z błogim uczuciem. Całe życie próbuje ograniczać, bo o rzucaniu nigdy nie było mowy. Był ciepły, burzowy, sierpniowy wieczór. Kenny spojrzał w ciemne niebo, zaciągając się papierosem. Paląc leniwie, rozejrzał się po okolicy. W strugach deszczu, dojrzał idącą w oddali postać, która powłuczając nogami, powoli oddalała się w głąb osiedla. "Pewnie ten Jonhson znowu się upił...degenerat." Pokręcił głową uśmiechając się do siebie i wsiadł do samochodu. Włączył  kasetę z nagranymi kawałkami starego, dobrego Rock 'n' Rolla i podśpiewując, pojechał w kierunku sklepu Starego Pete'a. Kenny mógł robić zakupy w pobliskiej galerii handlowej. Mieli tam znacznie większy wybór, niż u Pete'a, ale Kenny był wierny temu niewielkiemu sklepikowi oraz jego właścicielowi. Pete był weteranem wojennym. Od kilku lat co raz bardziej dokuczał mu reumatyzm, jednak nie tracił pogody ducha. Kenny go lubił i czuł do niego szczery szacunek, a takich ludzi w życiu Kenneth'a Hawkinsa, było nie wielu. Zawsze kiedy przyjeżdżał na zakupy ucinali sobie małą pogawędkę, wymieniając się informacjami z okolicy jak i całego kraju. W wielkim markecie z ekspedientkami, które mechanicznie kasują towar, odbierają i wydają gotówkę, bo kolejne 30 osób czeka na swoją kolej, jakakolwiek poznawcza czy mająca na celu wymianę poglądów, pogawędka ,była nie możliwa.
Kiedy Kenny wszedł do środka zadzwonił dzwoneczek przyczepiony nad drzwiami, który miał za zadanie informować właściciela, że właśnie przybył klient. Stary Pete stał za ladą i uporczywie kręcił gałkami starego jak on sam, radia próbując wychwycić transmisje. Kenny stanął na przeciwko niego - Hej, Pete! Mówiłem ci już nie raz, że to stare pudło nadaje się już tylko na złom.
Pete wzniósł rękę w geście mówiącym by Kenny zamilczał i dalej próbował znaleźć stacje, przykładając ucho do głośnika. Kenny westchnął uśmiechając się pobłażliwie, wziął do ręki koszyk, wyjął z kieszeni listę przygotowaną przez Normę i zabrał się do zrobienia zakupów.
Po jakimś czasie odhaczył ostatni produkt na liście. Spojrzał na koszyk, który był już wypełniony tym co trzeba. Przystanął jeszcze na chwilę przy dziale z gazetkami dla panów i przyjrzał  się biuściatej brunetce w stroju kowbojki, która uśmiechała się do niego figlarnie z okładki. Usłyszał że Petowi udało się złapać sygnał. Skierował się do kasy niosąc koszyk w ręce. Zobaczył przy ladzie Pete'a oraz Danny'ego - swojego dobrego kumpla. Hawkins już miał zamiar rzucić jakimś żartem, ale widząc jak obaj mężczyźni nachylają się nad radiem z poważnymi minami i  w skupieniu wsłuchują się w komunikat radiowy, przybliżył się i sam zaczął słuchać przerywanego trzaskami głosu spikera: "Zaleca się unikania kontaktu z chorymi...niebezpieczni...wzmożone patrole wojskowe...reszta kraju..." Zakłócenia stawały się coraz częstsze. Pete rąbnął pięścią radio, które wydało ostatnie tchnienie: "Niech Bóg ma was w swojej opiece..." . Nastała długa cisza. W końcu przerwał ją zdezorientowany głos Danny'ego: - Jezu...
Pete wyciągnął z pod lady swoją strzelbę, pamiętającą jeszcze czasy II Wojny Światowej, sprawdził czy są naboje, po czym skierował się na zaplecze.
- Pete? - Kenny spojrzał oszołomiony na starszego pana. Ten odwrócił się, a Danny dodał: - Na cholerę ci ta twoja pukawka?
- Masz coś ze słuchem, synu? Nie mam pojęcia o co tym razem poszło, ale skoro mówią o wojsku, to znaczy że trzeba być przygotowanym. Ktokolwiek to jest. - Staruszek zniknął za drzwiami magazynku.
Kenny i Danny spojrzeli na siebie po czym oboje bez słowa skierowali się do wyjścia. Wyszli na zewnątrz. Niebo błysnęło, a po chwili rozległo się ciężkie, złowrogie dudnienie. W końcu Kenny się odezwał: - Muszę zatankować.
Danny kiwnął głową. Kenny wsiadł do samochodu i wraz ze swoim kumplem pojechali na stacje benzynową znajdującą się w centrum miasteczka, gdzie również znajdował się niewielki motel oraz bar, którego był, ku niezadowoleniu Normy, częstym bywalcem.
Danny stał obok samochodu, a Kenny zaczął napełniać bak paliwem. Danny wyciągnął papierosa, wsadził go do ust i sięgnął do kieszeni po zapalniczkę. Kenny popatrzył na niego kątem oka: -Chcesz żebyśmy wylecieli w powietrze? Danny przez chwilę siłował się z zapalniczką, aż w końcu udało mu się wykrzesać z niej ogień, zaciągnął się i wypuszczając dym, zapytał: -Co o tym myślisz?
- O czym?
- No o tym co mówili w radiu.
Kenny zamknął bak i wyciągnął portfel, chcąc iść zapłacić: -Nie wiem. Może żółtki w końcu zdecydowały się na odwet.
- Jezu, Kenny o czym ty bredzisz?!
Hawkins zbliżył się do Danny'ego: - Pytałeś co o tym myślę, to odpowiadam. Jak powiedział Pete..
- Stary Pete to wariat, któremu 2 razy w tygodniu roi się że Vietcong robi nalot na jego sklep.
Nastała krótka cisza, którą w końcu przerwał Danny: - No dobra...idziemy teraz zatankować swoje baki? - Uderzył wymownie brzegiem dłoni o szyję.
Kenn popatrzył w stronę baru: - Norma czeka na zakupy. Poza tym, prowadzę.
Danny strzepując papierosa, popatrzył na niego wzrokiem, jakim patrzy kuszący diabeł. Kenny machnął ręką: -A jebać to.
Danny z satysfakcją rzucił peta na ziemię i przydepnął go butem, po czym wsiadł  z powrotem do auta, a Hawkins poszedł zapłacić za zatankowanie, a potem oboje podjechali do baru.


20:45

W środku było dosyć pusto. Kilku pojedynczych typków. Kenny zwrócił uwagę na wąsatego jegomościa siedzącego przy stoliku w samym rogu. Pierwszy raz go widział. Danny zajął miejsce przy oknie, przyglądając się nasilającej się burzy, a Kenneth w tym czasie podszedł do baru za którym stał stary barman i zamówił po piwie. Po dłuższej chwili dosiadł się do swojego kompana. Wyciągnął swoją paczkę papierosów i odpalił jednego. Kelnerka przyniosła im piwo. Kiedy kładła kufle przed nimi, Kennemu udało się ukradkiem zerknąć w jej dekolt. Kelnerka uśmiechnęła się do nich i poszła obsłużyć pozostałych klientów. Kenny odprowadził ją wzrokiem. Danny uśmiechając się z rozbawieniem powiedział: - Niezła, nie? - Kenny otrząsnął się z zamyślenia i popatrzył na przyjaciela: - Kto? - Danny kręcąc głową cicho się zaśmiał i napił się piwa. Hawkins zaczął przeglądać kartę dań, mrucząc: - Skoro już tu jestem, to coś zjem. - zaczął czytać menu - Oho...kurczak z rożna poszedł w górę. Co za zdzierstwo. Wiesz ile teraz kosztuje? Danny? - Nie dostał odpowiedzi od kompana, więc spojrzał na niego i zobaczył że ten obserwuje coś przez okno. Kenny się obejrzał za siebie i w tej chwili drzwi baru się otworzyły i do środka wszedł jakiś koleś jakich tutaj pełno w towarzystwie młodej dziewczyny, która podejrzliwie rozejrzała się po pomieszczeniu. Kenny przyglądał im się dłuższą chwilę.
- Ta też niezła, nie? - Odwrócił się z powrotem przed siebie i zobaczył przed sobą facjatę Dannego, wyszczerzoną w głupkowatym uśmiechu. Popatrzył na niego ponuro i pociągnął kolejny łyk piwa...


Post połączony: [time]12 Wrzesień, 2014, 15:49:37[/time]



Dzień: 21 Sierpnia 2014 r.
Godzina: 19.30


Trzymając w ręku niewielkie lusterko, patrzyła głęboko w oczy swojemu odbiciu. Upewniała się w duchu czy dobrze robi, czy będzie w stanie po tych  3 latach spędzonych z daleka od tego wszystkiego, wrócić i się z tym na nowo zmierzyć. Wszystkie wspomnienia wrócą...Babs zamknęła lusterko i schowała je z powrotem do kieszeni. Dziewczyna siedziała pod uliczną lampą na dużej walizce przy skraju drogi. To był cały jej dobytek. Plus lekko wiekowa gitara. Lato chyliło się ku końcowi. Było ciepło, wręcz duszno. Ruszył się wiatr i słychać było, na razie, odległe pomruki zwiastujące burzę."Umrę tutaj za nim cokolwiek tędy przejedzie...." Pomyślała i rozejrzała się po pustej okolicy. Na wprost niej, po drugiej stronie drogi, rozciągał się gęsty las. Brak żywej duszy."Tylko mała Babs". Uśmiechnęła się do siebie. Wyciągnęła telefon z kieszeni, rozplatała podłączone do niego słuchawki i wsadziła je sobie do uszu.Włączyła muzykę i zamknęła oczy, rozkoszując się głosem Arethy Franklin. Zaczęła wyobrażać sobie jak to będzie, kiedy wróci do domu. Nagle z zamyślenia wyrwał ją męski głos: -Hej, mała, podwieźcie? Wyjęła słuchawki z uszu. Zobaczyła przed sobą mającego już swoje lata, niebieskiego pick-upa w środku którego siedział, jakiś facet w średnim wieku z lekką łysiną i kilku dniowym zarostem w kraciastej koszuli. "Redneck". Babs wstała i pozbierała swoje manatki. Wrzuciła je na tylne siedzenie. Otworzyła przednie drzwi, obok kierowcy i zaglądając nieufnie do środka, zawahała się. Facet uśmiechnął się: -Nie ugryzę cię. Nie spuszczając z niego wzroku, wsiadła do samochodu.Jechali krótką chwilę w ciszy. Spojrzała w jego stronę, by lepiej mu się przyjrzeć.Wyglądał na faceta po 40-stce. Miał ciemnie, przerzedzone włosy i opaloną skórę. Dobrze zbudowany. Spojrzała na jego dłonie. Miał obrączkę. Mężczyzna zerknął na nią. Dziewczyna szybko odwróciła wzrok. W końcu nieznajomy przerwał ciszę: -Moja żona jest w 6 miesiącu ciąży. Nie chcieliśmy znać płci przed porodem. Ja myślę że to będzie chłopiec. Dziewczyna siedziała cicho. -Nie przedstawiłaś się. Babs spojrzała na niego lekko marszcząc brwi. Nie miała ochoty zdradzać mu swojego prawdziwego imienia. Nie było takiej potrzeby, więc powiedziała, to co przyszło jej pierwsze na myśl: - Kate.
- Richard. - facet uśmiechnął się do niej - Więc..poprawił wsteczne lusterko, tak aby lepiej ją widzieć - Przed czym uciekasz?
Babs patrząc w lusterko z pode łba, odpowiedziała: -Przed niczym nie uciekam...- po czym dodała cicho - Wracam.
- Jak dalego jest to "wracam"?
- W Kalifornii.
Richard popatrzył na nią przez lusterko z lekkim zaskoczeniem: - Aż tak daleko cię nie podwiozę. -  Barbara wzruszyła ramionami. Mężczyzna skomentował: - Nie jest zbyt rozmowna.
 Babs odwróciła głowę w kierunku bocznej szyby. W samochodzie znów nastała cisza, którą znów przerwał nieznajomy:
- Wiesz...położył rękę na jej kolanie - Jest tutaj jeden bar nieopodal. Można coś zjeść i wypić. -  Przesunął swoją rękę na jej udo: - Naprzeciwko jest motel. - Babs siedziała z spuszczoną głową - Nie musisz mnie upijać.
Facet uśmiechnął się lekko rozbawiony i wziął rękę z jej uda.
W miarę zbliżania się do celu, na przedniej szybie zaczęły się pojawiać pierwsze krople deszczu.

Godzina: 20:50

Dotarli na miejsce, gdzie lało już jak z cebra. Weszli do baru gdzie złożyli zamówienie. Babs stojąc obok Richarda, nerwowo rozejrzała się po knajpce. Usiedli przy stoliku w samym kącie, mijając po drodze jakiś dwóch harleyowców. Kelnerka przyniosła im zamówienie. Babs jadła, a jej towarzysz pijąc kawę i paląc papierosa, przyglądał jej się, jak drapieżca swej ofierze, ostrząc sobie na nią apetyt. Babs spokojnie jadła. Było jej wszystko jedno. Po wyjściu z baru oboje poszli na drugą stronę do motelu, gdzie zniknęli za drzwiami jednego z pokoi...

Godzina 21:30

Obudził ją głośny grzmot. Zaczęła powoli otwierać oczy. Odgarnęła włosy z twarzy i podniosła się. Rozejrzała się po niezbyt gustownie urządzonym pokoju. Na ścianie wisiał zegar. Pokazywał 21:30. Po Richardzie nie było śladu. Nie było to dla niej zaskoczeniem. Spojrzała na swoje manatki stojące przy łóżku. Siedziała chwilę w ciszy, aż w końcu wstała z łóżka. Podeszła do okna i lekko odsunęła żaluzje, by zobaczyć jak się przedstawia sytuacja na zewnątrz: - Ciemno jak w dupie. - mruknęła cicho. Nadal padało. Odeszła od okna i pozbierała swoje rozrzucone po podłodze, ubranie. Ubrała się po czym wyjęła z walizki swoją kosmetyczkę i skierowała się do łazienki. Położyła ją na skraju umywalki i spojrzała w lustro, przyglądając się sobie. Była rozczochrana i miała rozmazany makijaż. "Ciekawe ile panienek w miesiącu podwozi..." Uśmiechnęła się do swojego odbicia "Babs Królowa Lodów". Odkręciła kran. W ustach miała jeszcze posmak nasienia Richarda. Przepłukała usta i zabrała się za doprowadzenie się do względnego porządku.

Godzina 21:50

Weszła do baru z swoimi klamotami. Deszcz zmoczył jej ubranie i włosy. Postanowiła usiąść przy barze. Zamówiła kawę. Czekając, rozejrzała się po wnętrzu. Sądząc po głośności rozmowy, Harleyowcy musieli być już po kilku piwach.
« Ostatnia zmiana: 24 Grudzień, 2016, 12:47:04 wysłana przez Tortuga »

Subgard

  • Offline
  • Mistrz RPG. Hejter. Akolita Kółeczka Wzajemnej Adoracji.
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 95
  • -Otrzymane: 69
  • Age: 60
  • Wiadomości: 744
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
  • Komiks: Czytałem
  • Spoilery: Czasem
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #3 dnia: 12 Wrzesień, 2014, 19:53:31 »


19.55

Nowoczesny camper, marki Niesmann&Bischoff Arto 66 F, powolutku toczył się drogą ignorując zdenerwowanych kierowców usiłujących go wyprzedzić. Z pewnością można było jechać znacznie szybciej, ale Wolfowi nigdzie się nie śpieszyło. Spokojnie siedział za kierownicą i głośno wraz z wokalistą Rammsteina śpiewał:

 "Amerika
We're all living in Amerika
Amerika ist wunderbar
We're all living in Amerika
Amerika, Amerika"

Palcami obu dłoni rytmicznie wystukiwał rytm muzyki na kierownicy. Wolfgang usłyszał niepokojący szelest z tyłu pojazdu. Zanim zdążył zareagować  Yuki położyła swoją ciemną głowę na jego nogach - Yuki! - krzyknął Wolfgang - Całego mnie zaślinisz, mordo ty moja! Pies, rasy Malinois, spojrzał głęboko swymi ciemnymi ślepiami w oczy swego pana i wydał cichy pisk. - Dobrze, już dobrze  - odparł Wolf klepiąc psa po głowie - Za chwile się gdzieś zatrzymamy, a teraz zmykaj - dodał. Pies zamerdał radośnie ogonem i  wrócił na tył campera.  Mozart, bo tak nazywało go większość kumpli, pokręcił głową i uśmiechnął się radośnie. -O, jakiś zjazd za 1 km! - zawołał do psa, a w odpowiedzi dostał ciche szczeknięcie.  Wolfgang nachylił się nieco do przodu i spojrzał w niebo. - Zanosi się na burzę, Yuki. Lepiej żebyś razem z Roofim szybko zrobiła swoje, bo inaczej czeka nas porządne sprzątanie... Tym razem do jego uszu dotarły dwa szczeknięcia. Najwyraźniej wieczny śpioch - Roofy - przebudził się usłyszawszy swe imię i postanowił zaznaczyć swoją obecność. - Musik kommt aus dem Weißen Haus und vor Paris steht Micky Maus - zanucił pod nosem Wolfgang. Mozart. Właściwie ta ksywka mu nie przeszkadzała, chociaż czasem bywała kłopotliwa. Na muzyce klasycznej za bardzo się nie znał, a utwory Mozarta jakoś nie specjalnie mu leżały. Wielokrotnie zabierał się do dokładniejszego zapoznania się z jego twórczością, ale na zamiarach na ogół się kończyło. Właściwie jego przydomek wiązał się jedynie z tym, że jego imiona to Wolfgang Amadeusz i spora część ludzi miała zaraz ochotę dodać Mozart. Któryś z jego kumpli, znawca muzyki klasycznej, zaczął tak się do niego zwracać podczas jakiegoś spotkania. Nawet nie pamiętał już kto to był, ale reszcie na tyle się to spodobało, że ta ksywa przylgnęła do jego osoby. Tak to już bywa z pseudonimami - czasami biorą się niemal znikąd, zostają na zawsze i to niezależnie od tego, co myśli o tym osoba obdarowana danym mieniem. Na początku Wolf starał się zniechęcić kumpli do używania tego zwrotu. Jak to jednak zwykle bywa w takich sytuacjach osiągnął skutek odwrotny od oczekiwanego. Nim bardziej się irytował tym więcej osób mówiło do niego Mozart. Teraz po awansie było już inaczej. Większość nie miało na to odwagi i słusznie. Oczywiście jego starych kumpli kompletnie ten awans nie poruszył. Mawiali, że niezależnie jak daleko zajdzie, Mozartem już pozostanie. Wolfgang głęboko westchnął. Szansa, że ktoś odezwie się do niego po ksywie znacząco zmalała w tym roku. Poczuł jak ogarnia go smutek. Pieprzeni terroryści. - Kurwa mać! - zaklął głośno. Usłyszał jak jego psy nerwowo zrywają się z podłogi reagując na ton jego głosu. - Leżeć, psiaki! Nic się nie dzieje...nic - zakończył ciszej. Zupełnie nic. Psy położyły się z powrotem na podłodze, a nastrój Wolfa na śpiewanie zupełnie prysł. Sięgnął do przycisku i wyłączył odtwarzacz. Pierwsze krople deszczu spadły na przednią szybę samochodu. Wolf włączył wycieraczki, a jego oczom powoli zaczęła się ukazywać stacja. Z ulgą zauważył, że jest parking przewidziany na tiry, a na dodatek graniczący z lasem. Powoli skręcił na parking i zatrzymał campera w przewidzianym do tego miejscu. Psy nerwowo poderwały się z miejsc rozumiejąc, że w końcu będą mogły nieco się poruszać.  Wolfgang przeczesał dłońmi swoje długie włosy i odgarnął je do tyłu. Otworzył jedną ze skrytek i wyciągnął gwizdek, a następnie włożył go do kieszeni spodni.



Następnie cofnął się do tyłu auta mijając z prawej strony narożną kanapę ze stołem oraz z nadzieją spoglądające na niego psy. Podszedł do szafy i wyciągnął niebieską koszulkę oraz swoją ulubioną skórzaną kurtkę. Założył je, a po chwili zawahania wcisnął na głowę również myśliwską czapkę. Następnie podszedł do drzwi wejściowych z boku pojazdu i otworzył je. Dwu stopniowe schody automatycznie wysunęły się. Wolfgang zręcznie zszedł po stopniach, a następnie machnął ręką na psy. Yuki i Roofy nie potrzebując większej zachęty z radością wyskoczyły z auta i pobiegły w las. Mozart oparł się plecami o campera i spojrzał w niebo. Krople deszczu spadały na jego twarz. Ameryka. Ameryka ist wunderbar. Zaśmiał się gorzko. Wyciągnął gwizdek i dmuchnął w niego. Słyszalny tylko dla psów dźwięk rozniósł się po okolicy. Po chwili zza drzew wybiegły jego Malinoisy. Błyskawicznie podbiegły do niego, zrobiły siad i zadowolone czekały na pochwałę. - No i to rozumiem. Widzę, że zabawa była przednia - powiedział wesoło spoglądając na nieco umorusaną błotem parkę. Sięgnął po szmatę z auta i podszedł do Yuki. Starannie przetarł jej łapy i nieco wytarł sierść. Co prawda wciąż padał deszcz, ale Mozart nie chciał przede wszystkim błota w aucie. Mokra podłoga aż tak mu nie przeszkadzała. -No i teraz panienka jak się patrzy! Żaden pies ci nie odpuści! - zaśmiał się, a jego komplement został uwieńczony polizaniem po twarzy przez sukę. - Yuki, Yuki...dość - zawołał, a pies uspokoił się - Taka panienka jak ty musi się szanować, a nie buzieczek tu i buziaczek tam! Do środka. Yuki zręcznie, choć niechętnie, wskoczyła do auta. Po chwili dołączył do niej, już wytarty, Roofy. Wolf zamknął drzwi za psami, a następnie wsiadł do auta i podjechał do dystrybutora. Napełniwszy bak poszedł uregulować rachunek i przy okazji zrobić małe zakupy - chciał przy okazji uzupełnić zapas jedzenia , napojów i kilku innych potrzebnych produktów. Po wyjściu ze stacji benzynowej wsiadł do auta i podjechał ponownie na miejsce parkingowe. Poczuł się głodny, a po krótkim wahaniu zdecydował się podejść do baru, o którym mówił jeden z klientów stacji. - Dobra maluchy, wasz okrutny pan musi pójść coś zjeść - psy poderwały się wesoło. Zapewne reagując na słowo "jeść" - Tak, tak. Wy też coś dostaniecie - to mówiąc wyciągnął, ze stojącego pod stołem worka z karmą dla psów, duży kubek pełen chrupek. Następnie powoli zapełnił obie miski. Otrzepawszy dłonie dał swoim zwierzakom sygnał do jedzenia. - Zostańcie i pilnujcie domu - rzucił wychodząc na dwór. Następnie pilotem zamknął campera.

21.40

Pogoda pogarszała się, ale deszcz nie robił na nim większego wrażenia. Uwielbiał burze. Spoglądając w zachmurzone niebo, które rozjaśniały od czasu do czasu błyskawice, poczuł jak poprawia mu się humor. Włożył dłonie w kieszenie kurtki i powoli ruszył przed siebie stosunkowo głośno śpiewając:

"I'm singin' in the rain
Just singin' in the rain
What a glorious feelin'
I'm happy again."

Kilku przechodniów, zapewne gości stacji lub motelu, spojrzało na niego ze zdziwieniem czy też pobłażaniem, a inni uśmiechnęli się do niego. Mozart potrafił śpiewać, wielu mu to mówiło i nie było w tym kłamstwa. Mimo, że na co dzień zajmował się czymś zupełnie innym, to muzyka była w nim. Kiedy tylko miał dobry humor śpiewał, a jego kolejne dziewczyny zakochiwały się w nim jeszcze bardziej. Dla wielu kobiet był ideałem - zaradny, silny, dobrze zbudowany, pięknie śpiewający i znakomicie grający na gitarze. Sam Mozart miał nieco inne zdanie - zawsze twierdził, że to wpływ alkoholu sprawiał, że nikt nie słyszał jego muzycznych błędów. Wielu zarzucało mu wtedy przesadną skromność. Wolfgang zaśmiał się cicho i jeszcze głośniej zaintonował:

"I'm laughing at clouds.
So dark up above
The sun's in my heart
And i'm ready for love.

Let the stromy clouds chase.
Everyone from the place
Come on with the rain
I've a smile on my face
I walk down the lane
With a happy refrain
just singin'
singin' in the rain"

21.52

Śpiewając powoli doszedł do baru. Pociągnął za klamkę, a do jego uszu dotarł szum rozmów, zapach jedzenia i piwa. Znów poczuł, że jego humor pryska. Nie miał zamiaru spędzić tu zbyt dużo czasu. Wolał ruszyć w dalszy objazd USA, a za towarzyszy mieć tylko swoje psy. Ostatnimi czasy życie go nie oszczędzało. Obecność ludzi to ostatnie czego potrzebował. Wszedł powoli do środka. W barze było już sporo osób. Podszedł do lady i stanął koło jakiejś zgrabnej dziewczyny. Pewnie kiedyś od razu zacząłby ją podrywać. Zapewne od razu skończyliby w jego camperze. Dziś w ogóle nie był tym zainteresowany. Przymusowe wakacje.

 "Tak, będzie lepiej".

"Jesteśmy z tobą! Zawsze będzie dla ciebie miejsce."

"Jesteś bohaterem! Takich, jak ty co raz mniej w dzisiejszych czasach."

I tak zamiast być razem z towarzyszami siedział teraz w jakimś śmiesznym barze. Z idiotycznym celem objazdu stanów. Tak bardzo żałosny jestem. Z zamyślenia wyrwał go barman pytający go czego potrzebuje. Nowego życia, drogi barmanie. Załatwisz mi to, kołku? - Kawę, poproszę. Jakąś mocną i hamburgera. Tego xxl - dodał i spokojnie usiadł na stołku.  Splótłszy palce dłoni położył dłonie na blacie i spokojnie czekał na  zamówienie. Wzrok utkwił w pobliskim oknie. Burza się rozkręcała. W myślach Wolfganga pojawiły się słowa piosenki:

"I was lost, on my own
and I couldn´t bear the thought of my life
I was gone, caught in the torturing memories
And they burned like fire
water can never heal such pain"

Wkrótce postawiono przed nim jego zamówienie. Pociągnął łyk kawy, a następnie skupił się na jedzeniu hamburgera.
« Ostatnia zmiana: 12 Wrzesień, 2014, 20:17:57 wysłana przez Subgard »
Jestem Złotą Kubotą

"Jeden Pajac, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć, Jeden, by wszystkie zgromadzić i w cyrku związać!" ~ Tony Sullivan z "Z kamerą wśród Pajaców"

Nirvanka87

Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #4 dnia: 14 Wrzesień, 2014, 16:23:11 »
Komentarz Moderatora Uprzejmie uprasza się o nie wchodzenie w żadne interakcje z Martą.




Dzień: 21 Sierpnia 2014 r.
Godzina: 20.50

Czerwone. Martha Farr zatrzymała na światłach swoje nowiutkie złote Porsche. Stać ją było na taki wydatek, 500 000 $ to dla niej kwota „wacikowa”. Spojrzała zalotnie na młodego chłopaka w zdezelowanej furgonetce, stojącego na pasie obok. Uśmiechnął się do niej i przesłał jej buziaka.
-Ha, ma się jeszcze ten uwodzicielski czar- pomyślała rudowłosa 72latka i ruszyła z piskiem opon, odwzajemniając całusa.
Martha była aktorką, ciągle ja rozchwytywano i angażowano do nowych produkcji. Wielu się dziwiło dlaczego, bowiem Martha przez pół wieku się nie zmieniła cały czas była i jest i zapewne pozostanie rozkapryszoną kokietką. Wiecznie niezadowolona i grymasząca, ale ludzie lubili ją oglądać filmach, w których grała swoje przeciwieństwo. Zatem była aktorką, na której ciągle można było dużo zarobić.
Nie tylko wysokie honoraria pozwalały Marcie na życie w luksusie. W ostatnich miesiącach pracowała nad swoim własnym projektem, szkoła aktorską. Już w pierwszym tygodniu rekrutacji wszystkie miejsca zostały zarezerwowane przez jej przyszłych studentów. Zatem Farr wiele nie myśląc za pieniądze z czesnych zakupiła nowy samochodzik, którym to właśnie jechała do Springfield przeciąć wstęgę i otworzyć Szkołę Aktorstwa im. Marthy Farr.
Podróż mijała spokojnie, kobieta przełączała stacje radiowe w nadziei, ze usłyszy jakieś informacje o niej i jej szkole. Niestety w wiadomościach koncentrowano się na pierdołach związanych z ochroną zdrowia, czy jakimiś innymi wirusami. Gdy z głośników zadźwięczał głos prezydenta Marta jednym zwinnym ruchem wyłączyła radio, poprawiła włosy i włączyła swoja ulubioną muzykę z jej dawnego filmu „Elvis w trasie”. Ach to były czasy, miała 30 lat i wielu młodych fanów u stóp. Teraz także zdarzały jej się przygody, niestety coraz rzadziej i zazwyczaj za pieniądze. Oczywiście trafiali się jacyś całkiem atrakcyjni psychofani , którymi Marta się bawiła, albo naiwniacy myślący, że ją w sobie rozkochają, a ona im przepisze majątek, albo otworzy drzwi do kariery. Ale ona nie łapała się na  czułe słówka. Marta w tym wieku miała w nosie miłość, dobrze wiedziała, ze wiele już nie pożyje dlatego była zwolenniczką czysto hedonistycznego podejścia do życia.
W połowie drogi była zmuszona zjechać i zatankować. Podjeżdżając na stację sąsiadującą z przystankiem autobusowym, od razu zobaczyła kręcącego się pracownika stacji. Panowała tu raczej samoobsługa, ale młodzieniec widząc ją od razu podbiegł z pytaniem na ustach:
- Może Pani pomóc? Przepraszam za śmiałość, ale czy Pani jest aktorką?
-Tak, młody człowieku- od razu go zlustrowała, ot zwykły 19latek, może troszkę starszy, osiłkowaty rudzielec z bejsbolówką zarzucona daszkiem do tyłu, na jego rudych, długich włosach.
- A czy mógłbym Panią, prosić o autograf?
Marta wiedziała, że jest już w domu, a chłopak będzie jadł jej z ręki. Rozejrzała się po okolicy, zobaczyła motel, a w oddali bar, decyzję podjęła  w jednej sekundzie.
-Owszem możesz, ale może wolałbyś się napić ze mną? O której kończysz?
-Na.. naprawdę? – nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu, jakże naiwny młodzieniec.
-Oczywiście, ja stawiam- przekupstwo zawsze w cenie
- O 22, tutaj za motelem jest bar, to może tam?
-Dobrze no to będę czekać na Ciebie w barze.- chłopak odszedł bardzo zadowolony z siebie, tym bardziej, ze dostał spory napiwek. Marta natomiast wynajęła pokój w motelu i postanowiła udać się coś zjeść, a także napić, dla kurażu.

Godzina: 21.30
Zbliżała się powoli godzina 21.30. Padało, lało , jak z cebra, było słychać grzmienie burzy, ale także czuć w powietrzu miły zapach deszczu i mokrej ziemi, Marta wolnym truchtem przebiegła odległość z motelu (parszywe pokoje, od razu widać, ze raczej an szybki numerek) do jasno oświetlonego baru. Ot zwykła przydrożna spelunka, owszem, może trochę większa, od większości tego typu przybytków, ale i tak królowały w niej jakieś sarnie łby i inne rogowacizny pozawieszane na ścianach, natomiast za barem królował stary poczciwina. Ciekawe czy jest w moim wieku?- pomyślała Marta- wygląda na starszego, ale przecież ja wyglądam na dużo młodszą niż jestem.
Usiadła przy stoliku naprzeciwko okna- Zdecydowanie za duże te stoły, chyba dla typowej amerykańskiej rodziny, czyli 2+2- uśmiechnęła się w duchu kobieta i poprosiła kelnerkę o  dietetyczna sałatkę i kawę. Zdziwiła się , ze nikt jej nie rozpoznaje, a przecież lokal nie był pusty. No trudno, mało istotne, teraz tylko trzeba poczekać 20 minut, a potem urobić, albo i upić  rudzielca, żeby go zaciągnąć do motelu.

« Ostatnia zmiana: 22 Wrzesień, 2014, 15:26:03 wysłana przez Subgard »

-yakushi-

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 3
  • -Otrzymane: 17
  • Wiadomości: 98
  • Płeć: Mężczyzna
    • Status GG
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Lee
  • Spoilery: Czasem
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #5 dnia: 14 Wrzesień, 2014, 22:52:41 »




- And the hardest part was letting go not taking part, you really broke my heart! … śpiewaj ze mną! – Pietre spojrzał wesoło na kierowcę czerwonego Volkswagena Sharana, którym był jego przyjaciel, i jednocześnie szef, Barry. Gouthard aktywnie recytował słowa piosenki zespołu Coldplay pod tytułem „The hardest part”, która leciała z odtwarzacza. Wąski robił to, jednocześnie konsumując piąte już piwo od momentu wyruszenia w drogę.
- Nie teraz, Pietre - odparł Barry, posyłając mu ukradkowe spojrzenie. Lubił Coldplay, ale nie miał ochoty na zabawę. Musiał skupić się na jeździe. Za przednią szybą malowała się dwupasmowa droga numer sześćdziesiąt sześć, zaś hen daleko przed nimi majaczyły jadące auta. Po bokach osadzone były drzewa, a gdzieniegdzie, w wolnych przestrzeniach stały domy. Czasami pojedynczo, a czasami po dwa, po trzy. Barry oderwał wzrok od pobocza i ponownie skupił się na drodze. Co prawda szosa była wolna i Barry lubił szybką jazdę, ale tym razem zdecydował się jechać spokojniej. – Zresztą, sam wiesz czemu włączyłem odtwarzacz. Mam dość słuchania tej propagandy o wirusie w radiu.
- Propagandy? – Pietre podchwycił temat, przełykając złocisty napój i założył nogi na deskę rozdzielczą.
- Wara z tymi syrami – warknął Barry, uderzając przyjaciela w piszczel. Ten syknął i, uśmiechnąwszy się głupkowato, położył nogi na podłodze. – Wracając: no wiesz. Nie od dziś wiadomo, że media zależne rozsyłają ten bullshit nadawany przez rząd i naszego wspaniałego czarnego – odparł Barry, obserwując pojedyncze krople deszczu, rozpryskujące się na szybie. Niedaleko, po lewej stronie drogi, trzasnął piorun, a za chwilę dotarł do nich głośny huk spowodowany wyładowaniem atmosferycznym. Zapowiadało się na burzę. – Tak samo ta cała Ukraina to niezły stek kłamstw. Rosja niby jest ta najgorsza? Przecież Ukraińcy mordowali cywili tak samo, jak separatyści. Dla mnie obie strony są siebie warte, ale sposób, w jaki przedstawiają Wielkiego Niedźwiedzia woła o pomstę do nieba – powiedział z naciskiem na ostatnie zdanie. Spojrzał w boczne lusterko i ujrzał jak pędzący niebieski Chevrolet zbliżał się do nich lewym pasem…slalomem. Barry lekko się zaniepokoił. Nie chciał, żeby jakiś jegomość z zawrotną prędkością wjechał mu w tyłek. To mogłoby się źle skończyć.
- Pijany, czy co? – Pietre również zauważył dziwne zachowanie kierowcy i poprawił się w fotelu. Zdawało się, że ten incydent nieco go otrzeźwił.
- Nie wiem, kurwa! – krzyknął Doughwarth, skręcając gwałtownie na pobocze, jednocześnie zwalniając i odprowadził pędzącego Chevroleta wzrokiem. Obaj zdążyli zauważyć, jak jakaś kobieta, pasażerka, szarpie się z facetem, który kierował pojazdem. Manewry niebieskiego auta zrobiły się nieco bezpieczniejsze i Chevrolet zjechał na pobocze z piskiem opon po czym stanął w miejscu, co oznaczało kosmicznego farta, biorąc pod uwagę fakt, że większe szanse miał na wylecenie z trasy.
- Jezus Maria, co to kurwa miało być? – spytał zbity z tropu Pietre. Tak, ta sytuacja z pewnością go otrzeźwiła.
Barry nie odpowiedział, tylko wrócił Sharanem na drogę przy akompaniamencie piosenki Coldplay – Clocks. Teraz rozpadało się na dobre, więc mężczyzna zmuszony był podkręcić obroty wycieraczek na maksymalne.
- Jebać to. Ważne, że nie wjechał w nas. Resztę mam w dupie. Nie obchodzą mnie problemy patoli. Niech się zabijają  – burknął Barry, spoglądając przed siebie, w przeciwieństwie do Pietre’a, który spojrzał w szyby wymijanego przez nich unieruchomionego Chevroleta. W aucie dalej trwała szarpanina. Gouthard przyjrzał się dokładniej tej dwójce, a konkretniej kobiecie. Było w niej coś dziwnego. Chmury burzowe sprawiły, że było dość ciemno, ale mógł dać głowę, że widział jej nienormalne, podkrążone oczy, które przerażały swoją nieobecnością. Jej zachowanie było jeszcze dziwniejsze. Wyglądało to tak, jakby… starała się ugryźć swojego towarzysza. Więcej nie było mu dane zaobserwować, gdyż Barry przyspieszył, a Chevrolet został z tyłu, na poboczu.
- Widziałeś tę pojebkę? – zapytał zdezorientowany Pietre. – Wyglądała jak siedem nieszczęść! Chociaż, gdyby nie te dziwne oczy…
- Gówno mnie obchodzi twój popęd seksualny, Wąski – przerwał mu bezceremonialnie szef, nawet nie spoglądając na niego.
Pietre posłał mu udawane poważne spojrzenie, zasalutował i ironicznie rzucił: - Tak jest, kapitanie!
Barry w końcu skierował swój wzrok na przyjaciela. Wcale nie był on pełen sympatii. Kto inny mógłby się przestraszyć, ale nie Pietre, który dobrze znał swojego szefa.
- Wiesz, czasami mam ochotę cię zabić – rzekł i ponownie skupił się na drodze.
Gouthard uraczył się porządnym łykiem piwa, po czym charakterystycznie sapnął na znak, że mu smakuje. Zdjął bejsbolówkę i pomierzwił swoje włosy, które, jak zwykle, pozostawały w nieładzie. Ponownie założył czapkę i spojrzał się na kierowcę.
- Ale jeszcze tego nie zrobiłeś. I właśnie dlatego jestem twoim najlepszym kumplem. – Znów posłał swój głupkowaty uśmiech, który czasami irytował, a czasami rozbawiał. Barry, pomimo dość długiej znajomości, wciąż nie miał pojęcia od czego to zależy.
- To akurat prawda – burknął Barry i, rozluźniwszy się, pogładził lewą dłonią swoją kwadratową bródkę. Lubił ją. Nie był jakimś Alvaro, ale nie można było zaprzeczyć, że wyglądał męsko, a bródka znacznie dodawała mu tej cechy.
- Chyba będziemy musieli się zatrzymać na mały nocleg – zasugerował podchmielony Pietre, patrząc na zegarek, który wskazywał pięć po dwudziestej. On i jego szef, Barry, udali się w trasę, aby dotrzeć w pewne miejsce. Miejsce, które Wąski (nawiasem mówiąc, jego ksywka nie była zbyt pomysłowa, a dostał ją od swojego szefa ze względu na szczupłą posturę) dobrze znał ze „starych czasów". Ponoć jego starzy znajomi mieli do zaoferowania budowę potężnej willi za niezłe pieniądze. Toteż, gdy Pietre poinformował Barry’ego o tej ofercie, ten poczuł zapach szmalu i następnego dnia ruszyli, by spotkać się z oferentami. Było jednak jedno „ale”. Gouthard przestrzegł szefa, aby zabrać ze sobą, jak to określił, kilka niezbędnych rzeczy, bowiem Wąski już miał z nimi kiedyś na pieńku i, naprawdę, różnie się to się mogło skończyć. To jednak nie przestraszyło szefa, ponieważ słynął ze swojej upartości i tak też w tej chwili znajdowali się w drodze, odpowiednio przygotowani.
- Ta, przydałoby się. Czuję się trochę zmęczony – rzekł Barry, przecierając oczy. – Poza tym, wypiłbym jakieś piwo. Jestem pewien, że jakiś czas temu minęliśmy tabliczkę z informacją o zajeździe – dodał po chwili, rozglądając się po prawej stronie. Tą czynność utrudniał mu uporczywy deszcz, którego olbrzymie krople rozpryskiwały się na powierzchni auta. Mimo tego, udało mu się w końcu dostrzec to, czego szukał, czyli tablicy informacyjnej o zjeździe za jakieś sto metrów, a tam czekał ich obu kompleks składający się ze stacji, motelu i baru.
- Chyba mamy, co znaleźliśmy – rzekł wesoło Pietre i, klepiąc Barry’ego po plecach, dopił swoje piwo. Był wcięty, ale jeszcze nie pijany. O ile obliczenia Doughwarth’a miałyby się sprawdzić, to za kilka chwil Pietre’owi powinna się włączyć delikatna alkoholowa gadka, którą Barry, szczerze mówiąc, słabo odróżniał od normalnej, ze względu na durnowaty charakter Gouthard’a.
Przejechali drogę aż do skrętu w milczeniu, a gdy z odtwarzacza wydobył się dźwięk piosenki Bastille – Things We Lost In Fire, Pietre ochoczo zaczął recytować jej słowa:
- Things we lost to the flames… - Gouthard uśmiechnął się do przyjaciela, a ten, o dziwo odwzajemnił gest. W takiej atmosferze dojechali na parking przed motel, gdzie zaczęli szukać miejsca.
- Patrz no, co za frajer! Jak zaparkował! – oburzył się Pietre na widok wielkiego czarnego SUV-a, który zajął dwa miejsca. Wąski, ze swoją mentalnością, najchętniej poprzerzynałby mu opony albo nawet lepiej – zajumał i odjechał w siną dal, jednakże wiedział, że nie miejsce i czas na takie wybryki.
Barry, w przeciwieństwie do swojego przyjaciela i pracownika, zignorował całe zajście i po prostu podjechał kilka metrów dalej, gdzie znalazł wolne miejsce. Następnie obaj wysiedli i udali się do motelowego wejścia, przed którym Pietre wyrzucił butelki po piwie do kosza.


20:20

Mężczyźni, po zarezerwowaniu pokoju, udali się w stronę baru. Deszcz nieco zelżał, ale w oddali wciąż błyskało i zdawało się, że następna fala ulewy dopiero nadciąga. Cholerna pogoda, pomyślał Barry, patrząc w granatowe niebo, które sprawiało, że całe otoczenie wydawało się być ponure.
Nagle Pietre odłączył się od swojego towarzysza, podszedł do pobliskiego krzaka, który rósł tuż przy ulicy i stanął w rozkroku, tyłem do Doughwarth’a.
- Co ty odpierdalasz – warknął Barry, posyłając wściekłe spojrzenie w plecy przyjaciela i ujrzał, jak pomiędzy jego nogami zaczyna opadać strużka moczu.
- Sorki, dłużej bym nie wytrzymał. – Pietre, odwróciwszy głowę, posłał swój głupkowaty uśmiech.
Barry w odpowiedzi schował twarz w ręce i cicho westchnął. Jego kumpel właśnie robił wiochę na cały zajazd. Doughwarth miał nadzieję, że nikt tego nie widzi.
- Potrzebuję pieprzonego skręta – mruknął sam do siebie, odwracając głowę w stronę baru. W środku dojrzał kilka osób, ale tłoku nie było.
- Spokojnie, załatwię ci. – Pietre skończył wykonywanie demoralizującej czynności i, wciąż uśmiechając się, podszedł do swojego szefa z zamiarem poklepania go po plecach.
- Łapy precz! Przed chwilą trzymałeś swojego pindola! – warknął Barry, oddalając się od podwładnego, który zaśmiał się wesoło.
Gouthard uspokoił się i rzekł: - Chodźmy. Suszy mnie.
Obaj dotarli do drzwi baru. Barry, który szedł pierwszy, otworzył je i, nieco przemoknięci, znaleźli się w środku. Lokal miał delikatnie przyciemnione oświetlenie, zapewne po to, by zachować pewną atmosferę prywatności. Podłoga wyłożona była kafelkami. Między wejściem, a ladą znajdowały się duże plastikowe stoły z dostawionymi krzesłami. Ot, przeciętny bar. Mężczyźni mieli nadzieję, że piwo chociaż będzie dobre.
Obaj udali się w stronę stolika, który usadowiony był z prawej strony niedaleko baru i sąsiadował ze ścianą. Pietre, idąc, zastosował swój, jak to nazywał, „obserwacyjny trik wyhaczania lasek”. Polegało to na ściągnięciu w dół daszka bejsbolówki tak, by inni nie mogli dostrzec jego oczu. Dzięki temu, kobiety nie wiedziały, że są przez niego obserwowane i zachowywały się naturalnie, nie tak jak w przypadku wzroku niektórych natrętów. Ta sztuczka do tej pory, choć tania, była skuteczna. Sam Pietre zdziwiony był, że to działa. Tak więc zrobił rozeznanie i ujrzał jeden interesujący obiekt. Była nim brunetka, dość wysoka, jak na kobietę, o pociągłej twarzy i smukłych dłoniach. Ładna była, musiał przyznać, ale coś mu w niej nie pasowało. Była, jakby to ująć, za grzeczna? Sam nie wiedział. W każdym razie, reszta ludzi go nie interesowała i zajął miejsce przy stoliku razem z Barry’m w oczekiwaniu na kelnerkę, która pojawiła się stosunkowo szybko.
- Dwa browareczki dla mnie i mojego szefunia, skarbie – polecił dziewczynie, uśmiechając się. Ona odwzajemniła uśmiech i udała się w stronę baru po trunki.
Pietre zdjął bejsbolówkę, pomierzwił swoje włosy i rzekł do Barry’ego:
- Idę do kibla się ogarnąć.
Doughwarth nic nie odpowiedział, tylko spoglądał na to, jak kelnerka wlewa piwo do szklanek. Zastanawiał się, jak długo beczka jest otwarta. Ile dni?
Pietre wstał i zostawił na moment swojego kumpla. Gdy wrócił, złociste napoje były już podane.
Obaj podnieśli szklanki w górę.
- To moje szóste dziś – stwierdził Pietre, po czym naprędce dodał – za to, by kontrakt wypalił. Bezproblemowo. – Szczególny nacisk wywarł na ostatnie wymawiane słowo.
W końcu zaznali odpoczynku po długiej drodze. Nic im nie stało na przeszkodzie konsumpcji złocistego napoju bogów.
« Ostatnia zmiana: 15 Wrzesień, 2014, 01:06:32 wysłana przez Subgard »


Link do mojego rozkręcającego się opowiadania: Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się :P

bejker

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 113
  • -Otrzymane: 89
  • Anger makes you stupid. Stupid makes you killed.
  • Wiadomości: 448
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #6 dnia: 15 Wrzesień, 2014, 16:38:29 »


Dzień: 21 Sierpnia 2014 r.
Godzina: 20.30


Kerry stała na zewnątrz przydrożnego motelu przy zjeździe z historycznej drogi 66, gdzie miała nieprzyjemność pracować. Schowała się pod zadaszeniem przysłuchując się w milczeniu bębnieniu deszczu o okna i dach zajazdu, a jej ręka automatycznie sięgnęła do tylnej kieszeni jeansów, gdzie znalazła znajomy kształt paczki ulubionych czekoladowych Black Devil’ów. W końcu chwila wytchnienia. Ta praca pokojówki naprawdę wysysała z niej ostatnie resztki sił, a wynagrodzenie raczej nie rekompensowało licznych nadgodzin i brudnej roboty.
Patrząc w pustą przestrzeń i słysząc z naprzeciwka wesołe odgłosy klientów pobliskiego baru, odpaliła papierosa i natychmiast poczuła spływającą na jej ciało ulgę. Może i paliła sporo, ale czyż to właściwie nie była jedyna przyjemność w jej życiu? Nie po to pracuje w tym zapchlonym motelu, żeby sobie nie pozwolić na kupienie czegoś wyłącznie dla siebie. Gdyby nie potrzebowałaby, tfu, jej szanowny mąż by nie potrzebował kasy, już dawno rzuciłaby to wszystko w cholerę i wyjechała gdzieś. Im dalej, im bardziej spontanicznie, tym lepiej. Kerry nie po raz pierwszy czuła wewnętrzną niemoc. To życie jest przywiązane do niej jak kula u nogi.
Z odrętwienia wyrwał ją dźwięk telefonu komórkowego, znajdującego się w kieszeni fartucha pracowniczego, którym była przepasana. Spojrzała na wyświetlacz: ach tak, któż by inny. Nacisnęła zieloną słuchawkę.
-Hej kochanie… dzwonię, bo wiesz, słucham wiadomości… bierzesz nadgodziny i nic nie mówisz, martwię się, jak tak wychodzisz i nie dajesz znaku życia…- usłyszała z słuchawki znajomy, ale i niewyraźny głos.
-Jammie, słyszę, że znowu piłeś.- odpowiedziała zimnym, bezdusznym tonem
- Goggie, skarbie… Poszedłem może do baru, wypiłem piwo, może dwa. Wiesz, tym razem wygram. Czuję to… Dziś wygram i spłacę ten dług, zobaczysz… Goggie..
- Nie- Kerry ucięła stanowczo- przegrasz, Jammie, ja o tym wiem, Ty o tym wiesz. Cały czas przegrywasz. A Twoją największą przegraną jest nasze małżeństwo.
Kerry rozłączyła się i schowała telefon do kieszeni fartucha. Słuchała beznamiętnie dudnienia deszczu o szyby i równie beznamiętnie zgasiła papierosa. Wyszła spod zadaszenia i pozwoliła, żeby deszcz padał swobodnie na jej włosy i twarz. Czuła, jakby krople ociekające po policzkach były dla niej zwiastunem czegoś nowego. Nowego, ale niekoniecznie dobrego.

Godzina: 21.40

Kerry weszła na piętro z wiadrem i mopem do pokoju, który dopiero co opuściła młoda dziewczyna z potarganymi włosami i gitarą oraz mężczyzna po 40-stce. Bynajmniej nie byli parą. Przekręcając klucze w zamku przewróciła wiadro i woda rozlała się po podłodze. Dobrze, że szef nie widzi - już dawno ze swoim talentem powinna wylecieć z tej roboty. Kerry westchnęła i przeklinając własną niezdarność, odgarnęła czarne loki opadające na czoło zabrała się do sprzątania. No tak, czego można innego się było spodziewać- zużyta prezerwatywa na stoliku nocnym i pościel w nieładzie. Uwagę jednak przykuł brązowy przedmiot leżący pod łóżkiem. Kerry schyliła się i zobaczyła portfel. Niewiele się zastanawiając zobaczyła zawartość. Trochę pieniędzy, dokumenty, karta kredytowa. Oczywiście, zdjęcie z żoną. Takie typy powinny być kastrowane. Pewnie mężczyzna, który zabawiał się z tą dziewczyną siedzi teraz w barze i pije w najlepsze… Brak kasy zawsze był dość zauważalny u Kerry w domu, dlatego też często szyła ciuchy sama dla siebie i potrafiła wiele naprawić, jednak aby wziąć czyjeś pieniądze było sprzeczne z zasadami wpojonymi jej w domu. Odgarniając z czoła niesforny lok, wstała i skierowała się do wyjścia.

Godzina:21.50


- Goggie, hej! Już po pracy?- usłyszała Kerry wchodząc do knajpy naprzeciwko motelu. Bardzo lubiła Meg. Była jedną z nielicznych osób, które potrafiły ją rozbawić do łez.
- Cześć- rozchmurzyła się nieco na widok koleżanki- kelnerki- zaraz kończę, wpadłam tylko z portfelem. Jeden z klientów go zostawił w pokoju i pomyślałam, że może go tu znajdę.
- Może się ktoś znajdzie, dość tłoczno dzisiaj- odrzekła kelnerka beztrosko- Strasznie leje, może Cię podrzucić do domu? Poza tym podobno lepiej nie włóczyć się samemu po ulicach w dobie tej całej epidemii… Goggie, słuchasz mnie?- zapytała dziewczyna
-Co? Tak, tak, jeśli to nie problem…- Kerry znów się zamyśliła, co zdarzało się jej ostatnimi czasy notorycznie. Spojrzała dookoła na tych wszystkich podchmielonych ludzi. Typowa miasteczkowa elitka- olbrzym pod krawatem, podstarzały harley owiec i paniusia w czerwonym kapelusiku.  Czasem się zastanawiała, czy świat do którego należy, naprawdę jest stworzony dla niej. Może powinna istnieć w zupełnie innych czasach. Kobieta usiadła przy barze i wyciągnęła telefon. Zawahała się przez chwilę, czy jej rozmowa z mężem nie była zbyt ostra. Jest jaki jest, ma swoje słabości, ale kto nie ma? „Stanowczo za bardzo przywiązuję się do ludzi, i to ciągnie mnie w dół”- uśmiechnęła się melancholijnie sama do siebie i poprosiła Meg, żeby podała jej sok pomarańczowy.
-Ładna bluzka- zagadnęła ponownie kelnerka, posyłając sympatyczny uśmiech w kierunku Kerry- sama ją uszyłaś?
-Ano sama…- odpowiedziała pokojówka niepewnie- wiesz jak to jest… Czasem się nie przelewa i jestem zmuszona sama wiele rzeczy naprawić czy zrobić. A jeśli chodzi o szycie, to to dla mnie hobby, zresztą wiesz. –Przyznała Kerry z nutą wstydu.
-Wiem, wiem, jesteś w tym całkiem dobra. Ale noszenie scyzoryku w kieszeni to już przesada.

-Może. Ale dodaje mi pewności siebie. Poza tym, kiedy słyszysz takie wiadomości, nigdy nie wiesz, co się w życiu przyda.- odparła Kerry kiwając głową w stronę telewizora w kącie baru, gdzie akurat transmitowany był program informacyjny. Twarz prezydenta Obamy spoglądająca na nią zza ekranu wcale nie odzwierciedlała spokojnych zapewnień, że kraj jest przygotowany na epidemię.


« Ostatnia zmiana: 15 Wrzesień, 2014, 21:19:19 wysłana przez Subgard »

Nirvanka87

Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #7 dnia: 15 Wrzesień, 2014, 21:34:23 »
Komentarz Moderatora Uprzejmie uprasza się o nie wchodzenie w żadne interakcje z Żabą.


Dzień: 21 Sierpnia 2014 r. Godzina: 21.10

Bertha, zwana przez wszystkich prześmiewczo Żabą siedziała w jakimś barze na końcu świata. Sama, sama jak palec, w końcu wolna. Owszem, obok siedzieli jacyś obcy ludzie, ale to nie ważne, Bertha pierwszy raz w życiu czuła się wolna i w końcu szczęśliwa. Rozejrzała się spokojnie po sali, słyszała głośny śmiech starego harleyowca, widziała miły, delikatny uśmiech kobiety w czerwonym kapeluszu. Spojrzała w stronę okna, siedział tam jakiś wielkolud. Nie lubię go- pomyślała Bertha- przecież to głupie, nie mogę nie lubić kogoś kogo nie znam, ale on tak, bardzo przypomina wujka Normana- Żaba zapatrzyła się w punkt, w który patrzył wąsacz w kowbojskim kapeluszu, czyli wielki samochód, istnego potwora. Nie widziała jednak tam auta, oczami wyobraźni przeniosła się do swoich wspomnień sprzed niespełna trzech godzin.
Wróciła , jak zawsze wykończona z zajęć pozalekcyjnych, po kolejnej dawce szykan ze strony innych uczniów do domu, w którym czekało ją to samo, plus zajmowanie się wrednymi bachorami, swoimi kuzynami. Odkąd rodzice Berthy zaginęli, pod opiekę wzięła ją siostra matki i jej mąż, stała się ich szóstym „dzieckiem”, a tak naprawdę podnóżkiem do wyżywania się, darmową niańką, kucharką, sprzątaczką. Berthę trzymała tutaj jedynie nadzieja, że jej rodzice nie zginęli, kiedyś wrócą i ją zabiorą. Poza tym miała dobre wyniki w nauce, nauczyciele ją chwalili, miała szanse na dobre rekomendacje w drodze na studia. Jeszcze tylko kilka lat…
Gdy Żaba wkroczyła do budynku zastała głuchą ciszę, co prawda o tej godzinie ciotka była w pracy- kucharzyła w knajpie znajdującej się nad ich czteropokojowym mieszkaniem, natomiast wujek, jeszcze przez 2 godziny miał urzędować w swoim sklepie mięsnym, który sąsiadował z ich mieszkaniem. Dzisiaj czekał na dostawę z rzeźni, w której niegdyś pracował. Tak, wujek był idealnym rzeźnikiem z zawodu, jak i z charakteru. Dzieciaki jednak zawsze o tej godzinie były w domu, darły się i rozrabiały, słychać je było ulicę dalej, teraz panowała cisza, jedynie dźwięczały ciche echa rozmów z restauracji, oraz senne bzyczenie much kręcących się przy mięsnym. Dziewczyna bezszelestnie zbliżyła się do drzwi mieszkania, były otwarte i zakrwawione - przestraszyła się, jednak wiedziała, że musi sprawdzić co jest dalej, obeszła pomieszczenia po kolei, wszędzie cisza, spokój, nikogo nie było, niczego niepokojącego poza smuga krwi ciągnącą się od pokoju chłopców, aż do drzwi wejściowych. Przerażona nastolatka pobiegła szybko po wujka. Jednym susem przeskoczyła dwa schodki i próg sklepu
-Coś się stało, w domu!!- wykrzyknęła zasapana, kondycji to ona raczej nie miała.
-Co się kurwa drzesz?- wąsaty brunet wstał zza lady. Żaba aż się skrzywiła, mimo, ze była przyzwyczajona do przekleństw w tej patologicznej, jej zdaniem rodzinie.
-W domu jest krew, nie ma dzieciaków- nikogo nie ma, tylko krew- powiedziała, wskazując wyjście
- Miał być tylko Zack, reszta ma jakąś cholerną wycieczkę, nie jęcz, może ciotę dostałaś i biadolisz- zaśmiał się obleśnie, ale jednak wyszedł zza lady, wziął ze sobą tasak rzeźnicki i wolnym krokiem ruszył w stronę domu, Bertha upokorzona poczłapała za nim.
Gdy Norman sam na własne oczy zobaczył krew, a także znalazł kilka blond włosów ewidentnie należących do Zacka, wpadł w furię, spojrzał z nienawiścią na Żabę, rzucił się na nią i zaczął ją dusić.
- Ty mała suko, to twoja wina, miałaś go pilnować,- z każdym słowem mocniej zaciskał wielkie łapy na szyi dziewczyny. Bertha zaczęła szukać czegoś do obrony, rękami sprawdzała, czy leży cokolwiek obok, cokolwiek, czym mogłaby przywalić temu oblechowi w łeb. Prawą ręką wyczuła trzonek tasaka, który Norman rzucił na widok krwi. Sięgnęła go i ostatkiem sił zamachnęła się na wujka, uderzenie nie było mocne, ale celne, a sam tasak ostry. Polała się krew, a Norman padł nieprzytomny, przygniatając swym wielkim cielskiem siostrzenicę. Żaba najszybciej jak mogła zrzuciła go z siebie, dokładnie obejrzała zadana ranę, możliwe, że go tylko ogłuszyła, nie chciała sprawdzać tętna, nie chciała go dotykać, chciała tylko stąd uciec, wiedząc, ze tym jednym ciosem przekreśliła całe dotychczasowe życie. Chwyciła tylko swój szkolny plecak i sama nie wiedząc czemu w szoku złapała tasak, dowód zbrodni, jej odciski palców. W pierwszym odruchu nie wiedziała gdzie uciec, gdzie się podziać, nie miała przecież nikogo, w sumie nie miała przyjaciół, prawdziwych przyjaciół, nie miała nawet znajomych. Od kilku miesięcy jedynie korespondowała mailowo z pewną studentką psychologii, radziła się jej w sprawie potencjalnych studiów, z czasem Żaba zaczęła jej opisywać swoje życie. Carol podała jej swój adres i numer telefonu, zapewniła, że Bertha zawsze będzie mile widziana u niej w domu. Cóż było począć? Dziewczyna pobiegła do budki telefonicznej i wykręciła numer Carol, niestety nikt nie podniósł słuchawki. Trudno, zaryzykuję i tak już gorzej być nie może- pomyślała i wolnym truchtem udała się w stronę przystanku autobusowego. Miała szczęście, po 5 minutach podjechał autobus, co prawda nie jechał bezpośrednio do Saint James, ale „Przesiadka nie będzie problemowa”- jak ją poinformował kierowca. Po 2,5 godzinie męczącej jazdy trafiła tutaj, istny koniec świata, nie tylko pod względem geograficznym, ale i atmosferycznym. Lało, grzmiało, padało i błyskało się, biedna Żaba nawet nie miała odwagi wychylić nosa spod wiaty na przystanku- następny autobus o 22.30, no pięknie- pomyślała Żaba- jeszcze 1,5 godziny. Co ja zrobię w taką ulewę? Rozejrzała się dookoła. Zobaczyła jakiś duży budynek i ruszyła w jego kierunku, niestety był to motel, nawet na niego nie było ją stać. Jednak w oddali zauważyła inny lekko rozświetlony budynek. Okazało się, że jest to bar. Gdy weszła do środka poczuła miłe ciepło, ściany chroniły ją przed wiatrem i deszczem, ale także przed tym wszystkim co dzisiaj przeżyła.
« Ostatnia zmiana: 22 Wrzesień, 2014, 15:25:40 wysłana przez Subgard »

Bolo

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 30
  • -Otrzymane: 12
  • ZajeBolo.
  • Age: 29
  • Wiadomości: 403
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
  • Skąd: Więcbork/Kraków
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #8 dnia: 15 Wrzesień, 2014, 21:40:13 »


20/21 sierpnia, noc.

Kolejny dzień wędrówki. John, żeby dostać się w swoje strony na zachód wędrował z Nowego Jorku już dłuższy czas. Noc po raz pierwszy spędził w jakimś przydrożnym zajeździe 20 mil za Spriengfield, Illinois, przy Mother Road. Po raz pierwszy od trzech dni mógł się porządnie wykąpać, co sprawiało, że szanse na złapanie stopa wzrastały drastycznie. Zajrzał do kieszeni i zmełł przekleństwo. Pieniędzy nie wystarczy mu nawet na dwa dni wędrówki, a do Austin jeszcze kawał drogi. Gdy tylko położył głowę na poduszce, o ile można było tak nazwać kawał materiału wypchanego watą, rozwałkowaną przez poprzednich klientów, zasnął twardo. Mimo że łózko było zdecydowanie zbyt miękkie jak na jego przyzwyczajenia.

21 sierpnia, godzina 12:00

John obudził się i spojrzał na zegarek. Samo południe. Tym razem już nawet nie próbował powstrzymywać się tylko klął na czym świat stoi. Budzik, który miał dzwonić o 7 nie zadzwonił, a to sprawiało, że perspektywa mimo bycia czystym i ogarniętym, była w najlepszym wypadku kiepska. Castle liczył po cichu, ze uda mu się dobić do granic Teksasu, ale teraz... Teraz będzie dobrze jak doczołga się do Oklahomy. Ponadto było straszliwie duszno i nie było dużo czasu do deszczu. Szybko się ubrał i wyszedł. Nie było co stać w miejscu, nikt i tak się nie zatrzyma zbyt szybko, równie dobrze można zrobić kilka mil.

21 sierpnia, godzina około 15:00

Spojrzał na słońce. Momentalnie pożałował, że nie ma zegarka na rękę - niedawno jeszcze go nie potrzebował, teraz czuł się prawie jak bez ręki. Musiała się zbliżać piętnasta, sądząc po kolejnych mijanych słupkach milowych. W końcu ktoś się zatrzymał. Blachy z Teksasu. Kobieta, młoda. Jak tylko zobaczyła przepaskę na oku depnęła do deski i tyle ją było widać. Snake zaklął nad wyraz szpetnie. Na szczęście inny kierowca widział zajście i, najpewniej z litości, się zatrzymał. Missouri.
- Dokąd droga prowadzi? - zagadnął właściciel sporego Chevroleta.
- Teksas - powiedział spokojnie John. - Docelowo.
- Wskakuj, jadę do Rolla, podrzucę Cię.
Nie trzeba było dwa razy powtarzać.

21 sierpnia, godzina 17:00

Długie milczenie w samochodzie od czasu do czasu przerywały komunikaty o sytuacji na drogach. Tak po prawdzie to nie wiadomo co by się miało dziać na międzystanówce, ale gadali. Głównie CB starej daty, ale od czasu do czasu załączały się informacje w zwykłym radio. W końcu kierowca wyłączył oba.
- Nick Carpenter - przedstawił się. - Wybacz zawodową ciekawość, ale chyba jesteś żołnierzem?
- Byłem - odparł Snake. - John Castle.
Kierowca gwałtownie zahamował i zjechał na pobocze.
- John Castle? Ten John Castle jeden z najmłodszych Rangersów w historii?
- Nie - gładko zełgał Castle.
- Szkoda - odparł Carpenter ruszając. - Sam jestem z armii, a wszystkie jego akta są klasyfikowane. Słyszałeś kiedyś o nim?
- Nie.
- Szkoda - tym razem kierowca wyraźnie się zasmucił. - Był dobry, nawet bardzo, a potem po jakiejś operacji słuch o nim zaginął. Oficjalna informacja jest że nie żyje, ale ja w to nie wierzę... Eh, szkoda gadać.
- Taa...

21 sierpnia godzina 18:15

- No. Rolla. Bywaj panie Castle.
- Bywaj.
Snake wyszedł i zatrzasnął drzwi samochodu. Z niesmakiem spojrzał na miasto i ruszył przed siebie. Nie stać go było na nocleg w takim miejscu, a według mapy nie tak daleko miał być zajazd, bar i stacja benzynowa. Uciekł trochę burzy, ale i tak nie miał wiele czasu przed deszczem.

21 sierpnia godzina 20:00

Wszedł do baru. W myśl zasady, że na motel przyjdzie czas podszedł do kontuaru.
- Piwo i danie dnia - rzucił cicho. Odszedł do stolika z dala od wejścia i niespecjalnie blisko ludzi. Zapalił papierosa. Gdy już dostał posiłek i zjadł go szybciej niż wypadało siedząc bardziej pochylonym nad talerzem niż to tego warte zamówił drugie piwo i rozsiadł się wygodniej. Pieniędzy zostało na nocleg. Bez śniadania. Tak, na motel przyjdzie jeszcze czas... Zapalił kolejnego papierosa.
I'm the Lizard King... I can do anything


Czy nie miewają koty na nietoperze ochoty?

Noctury

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 28
  • -Otrzymane: 195
  • Age: 30
  • Wiadomości: 408
  • Płeć: Kobieta
    • Status GG
    • Zobacz profil
  • Komiks: Nie czytałam
  • Skąd: Mysłowice
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #9 dnia: 16 Wrzesień, 2014, 20:38:17 »


20 sierpnia 2014 godzina 18.30
-Szlag by to! - Morgan uderzyła pięścią o blat stołu. Stojące na nim próbówki zatrzęsły się chybotliwie. Puste spojrzenie martwej mewy jakby z wyrzutem przyglądało się młodej kobiecie.
-Wiesz, że niewiele mogliśmy zrobić - doktor Williams starał się uspokoić swoją najbardziej oddaną wolontariuszkę. Wiedział, że Morgan źle znosiła stratę każdego "pacjenta". A tych ostatnimi czasy stracili naprawdę sporo.
-W przypadku zjadliwej formy wirusa śmiertelność wynosi prawie 100%. Zresztą, jesteś tego świadoma tak samo dobrze, jak i ja. I będzie tego więcej - dodał poważnym tonem.
-Przecież to się nie wzięło samo z siebie!- Morgan nerwowo krążyła po pokoju zabiegowym, obecnie zagraconym przez stertę klatek. W większości były już martwe lub prawie martwe ptaki - głównie mewy, kaczki, gęsi i łabędzie. Z klatek zawierających żywe osobniki dochodziły ciche odgłosy rzężenia - niewątpliwy objaw niewydolności oddechowej. Niektóre uporczywie drżały, bądź silnie łzawiły. Nie było wątpliwości, że w ciągu kilku godzin i one padną.
-Mam wrażenie, że znowu masz zamiar szukać dziury w całym - doktor Williams ostrożnie ściągnął lateksowe rękawiczki i wrzucił je do pojemnika z odpadami medycznymi.
-To oczywiste, że z tak silnymi objawami nie przeleciałyby nawet kilkunastu mil! Zatem ognisko choroby musi być w pobliżu! I nie trzeba Sherlocka Holmesa, by połączyć to z fermami drobiu na obrzeżach miasta. To właśnie na skutek przegęszczenia i złych warunków hodowli...
-Proszę Cię, uspokój się - doktor złapał Morgan za ramiona i lekko nią potrząsnął. Jej zielone oczy z wściekłością spoglądały na mentora. Złość ta nie była jednak skierowana przeciwko niemu, a hen daleko - w kierunku wielkich potentatów drobiowych. Dla uzyskania ulubionych przez Amerykanów skrzydełek, czy innych frykasów KFC, hodowle musiały być wielkie. Ogromne. Wszystko dla zaspokojenia popytu. Ale jej przeciętny rodak nie widział w tym niczego złego - w przeciwieństwie do niej. To ona stała właśnie w pomieszczeniu z trzydziestoma martwymi zwierzętami.
-Jesteś zła, ja też - Williams kontynuował swój monolog, licząc że chociaż część z tego dotrze do Morgan. - ale niczego nie możemy być całkowicie pewni. Przypadki zachorowań ptaków zdarzają się już w całym kraju, trąbią o tym we wszystkich dziennikach. Zatem teoria, że to dzieło naszych lokalnych farm traci na wiarygodności. 
-Dobre sobie- Morgan uwolniła się z uścisku doktora i ciężko opadła na krzesło - Wszyscy myślą tylko o tym, żeby to nie przeszło na ludzi. A przecież to się już dawno stało - w 2008 czy '09. I wtedy zrobili z tego wielkie halo, podając statystyki - uuu straszne liczby. W rzeczywistości zwykła grypa zbiera więcej ofiar każdego roku. Nikogo nie obejdą za to tysiące ptaków które z całą pewnością umrą..!-ponownie uderzyła pięścią w stół. Tym razem kilka erlenmajerek spadło na podłogę. Ciszę wypełnił słaby kaszel dwóch zamkniętych w klatce kaczek krzyżówek.
-Pozostaje tylko mieć nadzieję, że i tym razem skończy się na strachu. Proszę Cię, idź już do domu - doktor powoli zabrał się za uprzątnięcie gabinetu - twój ojciec pewnie będzie się martwił, jeśli znowu się spóźnisz na kolację.
-Wątpię.
-Nie mów tak. I na litość - niech Ci nic nie strzeli do głowy. Nie chcę znowu wyciągać Cię z aresztu.
W odpowiedzi Morgan uśmiechnęła się tylko. Williams westchnął ciężko.

21 sierpnia ok. godziny 21
Morgan w duchu przeklinała się za zbytnie poleganie na GPS'ie. W teorii powinna już dawno zjechać z autostrady, ale jak na złość- żadnego zjazdu nie było od bardzo dawna. Sytuacji nie poprawiała burza. Wycieraczki ledwo nadążały ze ścieraniem wielkich kropli deszczu.
-Moje cholerne szczęście i orientacja w terenie... Nic dziwnego, że wyrzucili mnie ze skautów.- Kolejny błysk rozświetlił niebo. GPS wydał żałosny pisk, oznaczający wyczerpującą się baterię, po czym zgasł na amen. Morgan zaczęła żałować, że nie posłuchała starego doktora Williamsa i nie machnęła ręką na całą sprawę. Ale czuła że ma obowiązek sprawdzić podejrzane fermy. Trudno jej było stwierdzić, czy to z powodu spojrzeń paciorkowatych oczu ptaków, które wydawały się świadome czekającego je losu; czy też dla samego uczucia bycia niczym agent Mulder na tropie wielkiego spisku. Chociaż od lat zajmowała się wszelkiego rodzaju demonstracjami czy inwigilacją placówek podejrzewanych o znęcanie się nad zwierzętami, samo uczestniczenie w czymś nielegalnym (a przecież według niej słusznym) dawało jej dreszczyk emocji, którego potrzebowała. Kątem oka dostrzegła znak "Motel&Bar".
-Zdaje się, że nie mam wyboru- niechętnie skręciła w stronę wściekle migającej, neonowej strzałki.

Lało jak z cebra, przez co Morgan ledwo udało się zaparkować, chociaż parking był raczej pustawy. Szybko pokonała dystans dzielący ją od drzwi wejściowych, a i tak wręcz ociekała wodą. Bar był dość przestronny, zapełniony plastikowymi stołami i krzesłami. Morgan niechętnie podeszła do masywnej, drewnianej lady, kątem oka dostrzegając dwóch harlejowców i młodą dziewczynę kulącą się w kącie. Na widok rozwieszonych tu i ówdzie "trofeów" w postaci wypchanych łbów jedynie przewróciła oczami. -Piwo poproszę. I przy okazji, nie wie pan jak daleko stąd do Water Down? -Daleko- wzrok barmana wyraźnie świadczył, że do wspomnianej miejscowości na pewno dzisiaj nie dotrze. Zwłaszcza w taką pogodę.- Lepiej będzie jak panienka przeczeka tutaj burzę. Dawno nie widziałem tak parszywej pogody. -Niech tam- powoli zaczęła sączyć browar. Nawet nie tak rozwodniony, jak sądziła. Z ekranu pobliskiego telewizora groźnie wyglądający wojskowy zapewniał, że wszystko jest pod kontrolą. Dawało to jednak zgoła inny efekt. -Za narodową zdolność do paniki- wzniosła toast.

 
« Ostatnia zmiana: 17 Wrzesień, 2014, 15:20:01 wysłana przez Subgard »

Filipos8245

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 5
  • -Otrzymane: 0
  • Age: 24
  • Wiadomości: 30
  • Płeć: Mężczyzna
    • Mój stan Skype
    • Zobacz profil
  • Komiks: Nie czytałem
  • Postać: Daryl
  • Skąd: Białystok
  • Spoilery: Czasem
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #10 dnia: 18 Wrzesień, 2014, 15:21:57 »


21 sierpnia 2014 r. Godzina 18:50


Szczęście. Każdy go pragnie. Lecz jak sam Tommy mówi "jeśli znajdujesz je na dnie butelki, to nie osiągnąłeś jego pełni".
- Aha - spojrzał na zegarek zaspany i od razu wyszczerzył oczy. - No tak, mam dzisiaj drugą zmianę.
Podniósł się niechętnie i biorąc ostatni łyk "pysznej" tequilli leżącej na małym stoliku obok ubrał się, poukładał włosy i wyszedł do pracy.

Godzina 19:20


'Do pracy miałem daleko, ale dlatego, że nie miałem auta musiałem iść na piechotę. I tak robotę zaczynam o dwudziestej, ale zwykle lepiej być wcześniej... Oczywiście jak zawsze pod drzwiami spotkałem mojego kumpla - Marty'ego.'
- Ha, ha! Wcześnie jak zawsze, co? - uśmiechnięty powiedział do Tommy'ego. Razem weszli do budynku. 'Pracowałem jako bramkarz w jakimś badziewnym klubie dla sadomasochistów. Zarabiałem marne grosze...'

Chwilę po wejściu do budynku i rozpoczęciu pracy przez Tommy'ego.

'Musiałem odsapnąć, więc podszedłem do baru po "mały łyczek" tequilli. Badziewna muzyka i krzyki jakichś ćpunów doprowadzały mnie do szału'. Tommy pijąc trunek ciągle spoglądał na zegarek. Nagle usłyszał jakby ktoś wyważał drzwi. Szybko oglądnął się za siebie i wsadził rękę pod płaszcz, przygotowany by wyjąć swoją berettę. Wszyscy ucichli.
- Yo, yo, yo, yo! Rozkręcamy tą imprezkę panowie i panie!
'Przez drzwi wszedł Marcus - najbogatszy dzieciak w okolicy. Oczywiście ze sobą przyniósł kilku wielkich jak pociąg ochroniarzy'
Tommy cały czas pił kolejne dawki wyniszczającego go alkoholu. Wszystkie miejsca przy barze były już zajęte, więc przyczepił się akurat do Tommy'ego, który ustąpił miejsca.
Wyszedł do poczekalni i usiadł na krześle popijając małymi łykami whiskey z lodem. Pamięcią wracał do tego wieczoru...

16 maja 2013 r. Godzina 18:15, miejsce: bank ||| retrospekcja

- Czekaj chwilkę, muszę tylko wypłacić pieniądze - powiedziała żona Tommy'ego.
- Jasne - odparł.
Było spokojnie, Tommy oparty o ścianę rozglądał się po budynku. Nie minęła chwila i usłyszał głośny wybuch: - Co to było?! - szybko zaczął biec tam, gdzie go usłyszał. Wszędzie piski ludzi, strzały... Nagle jakiś znajomy głos... To była żona Tommy'ego. Zauważył ją oraz jakiegoś faceta w kominiarce i kamizelce kuloodpornej, który miał ją jako zakładniczkę. Tommy wykrzyczał: - Zostaw ją ty śmieciu! - zaczął biec z całych swoich sił.
- Ani kroku dalej, bo ją zabiję! - wyciągnął nóż i przystawił jej do gardła. Zaczęła krzyczeć. - Ucisz się suko!
Tommy był zszokowany. Nie wiedział co zrobić. Odsunął się powoli mając na celu wyjście by zadzwonić po policję. Nagle zatrzymał go kolejny facet mający takie same wyposażenie jak jego "kumpel".
- Gdzie się wybierasz?! - wycelował do niego z jakiegoś karabinu.
- Ja... Ja... - zaciął się. Gdy facet odwrócił głowę, by sprawdzić, czy nie jadą gliny szybko kopnął go w krocze, wyrwał pistolet i ogłuszył. Wykorzystując sytuację, że nikt tego nie widział schował broń za plecy i podszedł do napastnika, który trzymał jego żonę jako zakładniczkę.
- Może zrobimy układ? - powiedział zestresowany Tommy.
- Układ? Ha!
Powoli wyjął broń, następnie szybko wycelował w jego wystająca nogę i oddał strzał.
- AAAA!!! CHOLERA!!! - złapał się za nogę i darł na cały głos.
- Danny!!! - krzyknął i podbiegł w stronę rannego. Wkurzony zaczął strzelać ze swojej strzelby taktycznej do żony Tommy'ego. Upadła na ziemię zakrwawiona. Nie przeżyła. Następnie strzelił do Tommy'ego, który widząc całe zajście po prostu... zszokował się. Tommy dostał w biodro. Wydawał jęki i trzymał się za biodro, nie był w stanie wykrztusić nawet krótkiego "AAAAA". Przestępca podszedł do niego i chcąc go dobić, wycelował mu w głowę i był gotowy pociągnąć za spust. Nagle "bang!" - facet przestraszył się strzału i wypuścił shotgun'a. Tommy kopnął go w kolano i usłyszał krzyk: - POLICJA! POLICJA! WSZYSCY NA ZIEMIĘ! - na szczęście ktoś już zawiadomił policję, która przysłała oddział SWAT.

21 sierpnia 2014 r. Godzina 21:40 ||| teraźniejszość

- E, stary. Żyjesz? - Tommy usłyszał znajomy głos. To był Marty. - Upiłeś się, czy co?
Tommy otworzył oczy.
- Nie, nie...
- Już koniec imprezki.
- Aha - powiedział niewyraźnie i wyszedł, po czym widząc przejeżdżającą taksówkę zawołał ją i lekko podpity wsiadł do niej, pojechał do znajomego mu baru.
Taksówka pomyślnie odwiozła go na miejsce. Tommy wszedł do baru. 'Te wspomnienia nurtują mnie od ponad roku... /i]' - myślał Tommy siadając przy stoliku. Zamówił oczywiście podwójną whiskey. Zabierając ją, potajemnie wyciągnął z kieszeni opakowanie środków przeciwbólowych i zażył kilka, popił oczywiście alkoholem.


« Ostatnia zmiana: 18 Wrzesień, 2014, 16:21:20 wysłana przez Filipos8245 »

Narwaniec

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 275
  • -Otrzymane: 256
  • Autor wątku
  • Hyah
  • Wiadomości: 985
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #11 dnia: 18 Wrzesień, 2014, 21:05:59 »


21 sierpnia 2014 rok. Godzina około 21.

Obudził go huk burzy zagłuszający wyraźnie warkot starego silnika. Sądząc z odgłosów wymagał wyregulowania i być może wymiany oleju, ale nie znał się na tym na tyle, by być absolutnie pewnym. Jedno było faktem. Silnik warczał jak zachrypnięty kot, zamiast mruczeć. Czego jednak oczekiwać po wysłużonym wehikule, który pokonywał tysiące mil w ciągu tygodnia, wożąc przeróżnych ludzi między miastami. W tym także jego.
Wysiadł z autobusu jako ostatni, wcisnął mocniej czapkę na głowę, którą wtulił w ramiona, z niejakim żalem patrząc na kierowcę oddalającego się ku małemu budyneczkowi przy stacji benzynowej, służącemu zapewne jako miejsce odpoczynku dla kierowców. Deszcz lał jak z cebra tłumiąc wszystkie odgłosy i ograniczając widoczność. Momentalnie przemókł do suchej nitki. Ile sił w trampkach pobiegł w kierunku piętrowego budynku, który okazał się być motelem i już miał wejść do środka, gdy po drugiej stronie ulicy zobaczył całodobowy bar, w którym mógłby coś zjeść i ogrzać się, trochę wyschnąć i przestać wyglądać jak zagłodzony strach na wróble. Przebiegł przez ulicę, ledwo unikając potrącenia przez jakiegoś kierowcę, który zapewne w tej ulewie najzwyczajniej w świecie go nie zauważył i niemalże wpadł do środka. Kilka osób obejrzało się na niego, więc zrobił najbardziej niewinną minę jaką potrafił i ociekając malowniczo wodą, podszedł do baru.
Mężczyzna za kontuarem nie wzbudził w nim sympatii. Przypominał mu sępa, patrzącego na dogorywający posiłek. Zamówił frytki, krążki cebulowe, kawałki kurczaka w panierce i colę, po czym usiadł na wolnym miejscu przy oknie i zaczął przez nie wyglądać, choć tak po prawdzie, to nie wiele było widać, przez jednolitą kurtynę deszczu. Ot niemal nieprzeniknioną czerń nocy, w której majaczyło kilka niewyraźnych kształtów oświetlonych rozmazanym blaskiem latarni i co chwilę mlecznym rozbłyskiem piorunów. Nic szczególnego, nic patetycznego. Raczej przyprawiającego o dreszcz.
Kilka minut później kelnerka uwijająca się między stolikami, przyniosła tacę z jego zamówieniem, w którym dostrzegł dodatkowy kubek, z którego unosił się aromat gorącej czekolady.
- Ale ja... – zaczął, ale kobieta machnęła ręką, uśmiechnęła się i odeszła. – Dziękuję – powiedział, do jej oddalających się pleców. Najwyraźniej także w jej oczach uchodził za zabiedzonego nieboraka, który lada moment umrze na suchoty niczym biedni bohaterowie wiktoriańskich opowieści. Nic na to nie mógł poradzić. Nie ważne co i w jakich ilościach by zjadł, zawsze wyglądał mizernie. Mógłby pokusić się o podejrzenia wyhodowania sobie obcego, ale badania które przeszedł niedawno w ośrodku dla młodzieży, skutecznie rozwiały jego nadzieje. Lekarka zwaliła wszystko na karb okresu dojrzewania i metabolizmu, po czym uznała, że potrzebne będą odpowiednie, zbilansowane posiłki, które pomogłyby w przybraniu mu trochę na wadze. Jakoś wątpił w te zapewnienia, tak jak w zapewnienia o znalezieniu miłej rodziny zastępczej, a jeszcze lepiej stęsknionych rodziców. Nie przeszkodziło mu to zabrać się za jedzenie, z zadowoleniem oblizując palce z tłuszczu i pysznego śmietankowego sosu, który był dodany do cebulki. Gdyby teraz jego matka go widziała. Pewnie dostałaby ataku apopleksji widząc nie tylko co śmiał jeść, ale także miejsce jakie do tego celu wybrał. Owszem na wybór miejsca nie miał wpływu, ale jedzenie wybierał z czystą premedytacją. Na złość. Wiedział doskonale jak bardzo nienawidziła wszelkich fastfoodów, powtarzała mu to do urzygu. Obsesyjnie dbała o zdrowe odżywianie i zdrowy tryb życia dla siebie i dla niego. W tej kwestii była nieugięta, jak w każdym innym aspekcie, gotowa mieszać się absolutnie we wszystko.
Jej nie można się było przeciwstawić. Potrafiła być wtedy bardzo nieprzyjemna. Ojciec też nie był wcale lepszy. Pan doskonały i idealny. Nienawidzący wszystkiego co odbiegało chociaż trochę od jego kanonów piękna i doskonałości. A Tate nie był doskonały. O nie. Usłyszał to nie raz i nie dwa, w tych nielicznych momentach, w których ojciec znalazł wystarczająco dużo czasu, by w ogóle go zauważyć.
Skrzywił się do swojego odbicia w szybie i zganił w myślach. Nie miał zielonego pojęcia co nagle go wzięło na te wspomnienia. Być może ten chwilowy pobyt w ośrodku, a może ta rodzina po drugiej stronie sali, która wspólnie jadła posiłek, wśród rozmów i śmiechu. On nigdy nie jadł tak posiłków. Jeśli już w ogóle jedli je wspólnie, to ojciec cały czas gapił się w tablet, albo laptop i ledwo trafiał sztućcami do talerza, zaś matka albo przeglądała kolejne swoje scenariusze, albo scenariusze dla niego. Zwyczajne życie i zwyczajne rodzinne sytuacje były dla niego fikcją taką samą jak filmy i seriale w których grywał. Ba, czasem chyba, te odgrywane sceny miały więcej realizmu, niż fikcja która była jego rodziną.
Odwrócił głowę od tamtych ludzi i znów zaczął wyglądać przez okno.

« Ostatnia zmiana: 21 Wrzesień, 2014, 12:20:38 wysłana przez Narwaniec »
To co siejesz, to zbierasz.
To co dajesz, to dostajesz.
To co widzisz w innych, jest Twoim odbiciem.
Pamiętaj, życie to echo, zawsze do Ciebie wróci...

Subgard

  • Offline
  • Mistrz RPG. Hejter. Akolita Kółeczka Wzajemnej Adoracji.
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 95
  • -Otrzymane: 69
  • Age: 60
  • Wiadomości: 744
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
  • Komiks: Czytałem
  • Spoilery: Czasem
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #12 dnia: 20 Wrzesień, 2014, 19:29:08 »

22:10

To, co początkowo wydawało się intensywniejszą burzą, dawno już się skończyło. Wiatr, który dotąd powiewał, jakby od niechcenia, niespodziewanie przybrał na sile. Początkowo zdawało się, że to chwilowy zryw, ale teraz jasne się stało iż o niczym takim nie mogło być mowy. Być może właśnie na podstawie obserwacji podobnego zjawiska grecy stworzyli Boreasza, groźnego i potężnego boga wiatrów. Już pierwszy podmuch przewalił pobliskie kubły na śmieci i kilku przechodniów, którzy jeszcze znajdowali się przed barem. Wbrew oczekiwaniom wiatr wcale nie okazał się ich najgorszym koszmarem. Czy to pechowy zbieg okoliczności czy gniew bogów, jak rzekliby pradawni, miało być tylko gorzej. Bowiem dotąd padający deszcz również postanowił pokazać, że zdolny jest wykrzesać z siebie znacznie więcej. Nie dość, że opad stał się intensywniejszy to jego "oferta" została uzupełniona o grad. Duże lodowe kule runęły na jeszcze leżących ludzi niczym wymierzone pociski wystrzelone przez jakiegoś złośliwego bożka. Bezbronni i powaleni ludzie tylko klęli i usiłowali powstać. Z każdą upływającą sekundą stawało się to co raz trudniejsze. Deszcz był tak silny, a okolica na tyle pochylona względem poziomu morza, iż błyskawicznie zaczęły tworzyć się wartkie potoki napierające na wszystko i wszystkich. Samochody, które dotąd usiłowały jeszcze jechać ,pośpiesznie zjeżdżały na postój. Właściwie nie było to dobre określenie, gdyż choć z pewnością kierowcy zamierzali jak najszybciej zatrzymać się w bezpiecznym miejscu, to potężny wiatr i płynąca woda sprawiały, że pojazdy z trudem walczyły z naturą, za wszelką cenę pragnąc nie przegrać z niebezpiecznym przeciwnikiem i nie zostać zepchniętym bóg wie gdzie. Całemu temu kataklizmowi głośno wtórowały, jakby dopingując, grzmoty piorunów. Niezwykle jasne błyskawice rozświetlały co chwila niebo jakby był dzień, a nie późny wieczór. Cała okolica pogrążała się w jakimś armagedonie, który choć nie wiadomo skąd się wziął, to nigdzie się nie wybierał. Sylwetki ludzi i aut znikały powoli z widoku gościom baru. Czy to porwane siłami natury czy szczęśliwie ocalałe - nie wiadomo - ale z pewnością zmaltretowane przez warunki pogodowe. Kolejny huk. Potem błysk, który pozwolił dostrzec przy wejściu sylwetkę średniego wzrostu człowieka szarpiącego się z drzwiami. Mimo usilnych prób, nie był wstanie ich odtworzyć. Kto wie czy, gdyby nie jeden z gości baru, w ogóle dostałby się do środka. Mężczyzna złapał za klamkę i pchnął chcąc pomóc moknącemu nieznajomemu. Jednakże okazało się, że nawet z pomocą zadanie to będzie niezwykle trudne. Przez chwile wyglądało to dość komiczne. Dwóch ludzi walczącymi z drzwiami, które przez wiejący wiatr nie zamierzały się otworzyć. Kolejny napór na drzwi i w końcu te otworzyły się z hukiem. Potężny wiatr wtargnął do środka zrywając kapelusze, spychając naczynia z posiłkami ze stołów i oblewając zimną wodą najbliżej siedzących. Moknący nieznajomy zamierzał dostać się jak najszybciej, ale poślizgnął się i gdyby nie pomocna dłoń jego wybawcy zapewne upadłby na ziemie. Być może z litości, a być może dzięki szczęściu, wiatr zmienił na chwile kierunek i z hukiem zatrzasnął drzwi za nowym klientem baru. Jak się okazało pod przeciwdeszczową kurtką chował się starszy mężczyzna w mundurze szeryfa.  Mężczyzna zdjął kapelusz zabezpieczony przeciwdeszczową folią, ukazując mocną, pobrużdżoną twarz, noszącą wyraźne ślady zmęczenia. Nieco obwisłe policzki i worki pod oczami nadawały jego obliczu wygląd dobrodusznego, choć nieco surowego ojca czy dziadka. Czarne włosy poprzetykane były siwizną, zaś brązowe, głęboko osadzone oczy patrzyły czujnie, zza kwadratowych oprawek okularów. Sylwetka szeryfa choć najlepsze lata miała za sobą, była silna i dobrze zbudowana.

- Boże, co za dzień - jęknął i jakby dopiero po chwili dotarło do niego iż wielu z gości go obserwuje. - Ja chciałem... - zaczął, ale kolejny grzmot zupełnie go zagłuszył. Coś uderzyło w dach tak mocno, że zdawało się iż sufit zwali się na gości. Niektórzy skulili się, jakby spodziewając się, że coś spadnie na ich głowy.  Muzyka ucichła, a zamiast tego z głośników popłynął głośny szum. Barman wyłączył je i tylko rzucił wyjaśniająco - Antena. Nie wyglądało na to, aby zamierzał wychodzić naprawić usterkę. Szeryf wziął głęboki oddech i odezwał się:

- Proszę państwa. Jestem Szeryf Rick Grimes - przedstawił się - jak zapewne państwo zauważyli pogoda jest fatalna. Dodatkowo zdarzył się wypadek i droga do Rolla jest zablokowana. Nie dość tego ciągle mam doniesienia o podmytych drogach i zwalonych drzewach. Generalnie próba opuszczenia domu, jazdy autem, to proszenie się o śmierć. Otarł ręką mokrą twarz. -Dopiero co usłyszałem, że wiatr zepchnął tira, tira proszę państwa - dodał jakby samemu wciąż nie mógł w to uwierzyć. - Dlatego proszę o zostanie w barze lub udanie się do motelu. Nie ma sensu nigdzie jechać, ba, nawet nie ma jak. Utkną państwo w jakimś lesie czy polu i los czeka was jeszcze gorszy. Żadna pomoc nawet nie da rady do was dojechać... - rzekł ponuro - proszę, zaczekać aż pogoda się uspokoi. Spojrzał za okno.  -To ponoć wciąż tylko początek, a dopiero rano ma być lepiej... -powiedział z wyraźną nadzieją.

« Ostatnia zmiana: 20 Wrzesień, 2014, 21:39:54 wysłana przez Subgard »
Jestem Złotą Kubotą

"Jeden Pajac, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć, Jeden, by wszystkie zgromadzić i w cyrku związać!" ~ Tony Sullivan z "Z kamerą wśród Pajaców"

bejker

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 113
  • -Otrzymane: 89
  • Anger makes you stupid. Stupid makes you killed.
  • Wiadomości: 448
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #13 dnia: 20 Wrzesień, 2014, 21:42:39 »


    Zegar dobijał już prawie do godziny 22, a wichura szalejąca na zewnątrz dawała o sobie znać z coraz większym impetem. Goggie przeklęła się za lekkomyślność zostawienia kurtki w motelu. Momentami samą siebie irytowała swoją gapowatością i brakiem przewidywania. Już miała pożegnać się z Meg, kiedy dźwięk tłuczonego szkła i przeszywający świst wiatru bijący od strony wejścia zwróciły uwagę gości i w mgnieniu oka zapanowało milczenie. Twarz szeryfa Grimesa w Rollo nie była anonimowa. Kerry wiedziała, że mimo pokojowego usposobienia szeryfa, jego obecność tutaj nie miałaby miejsca, jeśli by nie była konieczna. Goggie słuchała jego słów z zimną krwią, ale instynkt rzadko ją zawodził.

-….żadna pomoc nawet nie da rady do was dojechać... Proszę zaczekać, aż pogoda się uspokoi. To ponoć wciąż tylko początek, a dopiero rano ma być lepiej.

Goggie nie czuła się uspokojona w żadnym calu. Pierwsza osoba, o której pomyślała był Jammie. Znów siebie zganiła. Mąż zawsze był pierwszym, czym się sugerowała w życiu i nigdy na tym dobrze nie wychodziła. Ona natomiast była ostatnia. Zawsze i we wszystkim. Niemniej jednak wiedziała, że powinna zadzwonić, choć wątpliwe było, czy Jammie odbierze pochłonięty głębokim snem alkoholika. Pół sukcesu , jeśli udało mu się chociaż dotrzeć do domu. Goggie aż się wzdrygnęła na myśl o  licznych upokorzeniach, kiedy sąsiedzi dzwonili, że widzieli jej małżonka leżącego przy drodze, a ona potulnie szła i prowadziła lewie trzymającego się na nogach mężczyznę do domu. Najgorsze było to, że Kerry nie potrafiła nienawidzić ani nawet nie kochać Jammiego. Nigdy na nią nie podniósł ręki. Nigdy jej nie zdradził. Nigdy nawet nie obraził choćby jednym słowem, przez które mogłaby się poczuć gorsza. Jednak czuła się,  a świadomość, że każdy dzień z tym człowiekiem wysysa z niej resztki energii była przytłaczająca. Już nawet nie chodziło o pieniądze, które notoryczne przepuszczał w kasynach, ani nawet o dni, kiedy na obiad były tylko ziemniaki, bo na nic innego do jedzenia nie wystarczało. Jedyne, co teraz czuła do męża to obojętność. Zimną, skamieniałą pustkę, na żadne inne emocje nie było jej stać już od pewnego czasu. Przez myśl przemknęła jej wizja błąkającego się upitego Jammiego w tych strugach deszczu i stwierdziła z przekąsem, że w sumie to istnieje jedna emocja, którą do niego pała. Żal, w każdym znaczeniu tego słowa.
Kerry przyłożyła do ucha słuchawkę do ucha, ale zamiast spodziewanego dźwięku usłyszała tylko zakłócenia zwiastujące upadek linii telefonicznych. Kobieta była pewna, że jeśli kiedyś miałaby nastąpić apokalipsa, która zresztą ostatnio była tematem bardzo na topie, to zaczęłaby się właśnie w ten sposób.

             W knajpie atmosfera robiła się tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Ktoś biadolił, że nie zdąży, ktoś narzekał, że takie załamanie pogodowe mogliby ująć w prognozie pogody, ktoś wyraźnie podchmielonym głosem rzucał wyzwiska w stronę innego gościa. Kerry czuła się nieswojo w otoczeniu obcych, ale wiedziała, że powrót do domu w taką ulewę będzie jeszcze bardziej niebezpieczny niż pozostanie w barze. Patrzała jak Meg uwija się by posprzątać bałagan, którego narobił wiatr. Goggie liczyła, że koleżanka pozwoli się jej przespać na zapleczu, tak jak ostatnim razem kiedy pokłóciła się z mężem. Telewizor, na którym przed chwilą wyświetlał się program informacyjny wyłączył się nagle, a światło niebezpiecznie zamigotało, kiedy niebo przeszyła błyskawica, zamieniając wieczór na ułamki sekund w dzień. Nie, ta noc bynajmniej nie będzie krótka. Ani taka, jak każda inna dotychczas.

« Ostatnia zmiana: 20 Wrzesień, 2014, 21:46:16 wysłana przez bejker »

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 814
  • -Otrzymane: 555
  • Wiadomości: 3032
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #14 dnia: 20 Wrzesień, 2014, 23:04:31 »
Komentarz Moderatora Uprzejmie uprasza się o nie wchodzenie w żadne interakcje z Babs.




Babs siedząc przy barze rozejrzała się ukradkiem po pomieszczeniu. Niektórzy patrzyli po sobie zdezorientowani tym, co właśnie usłyszeli. Właściwie do Rolla się nie wybierała. Był to kolejny przystanek jej podróży, który już zaliczyła. Kierowała się na zachód. Cóż...w tej sytuacji dziś już nigdzie nie pojedzie. Zresztą, nawet jeśli nie pojawiłyby się ten podstarzały Szeryf, to i tak by się z tego miejsca nie ruszyła. Była zmęczona. Tak naprawdę nie spieszyło jej się do domu. Nie wiedziała co tam może zastać. Była pewna tylko jednego - jej powrót wywoła emocje.
Nie miała też ochoty wracać do motelu. Nie miała ochoty moknąć i przedzierać się po ciemku z swoimi bagażem na drugą stronę drogi. W barze było ciepło i sucho...i byli ludzie. Nie chciała być sama. Czasami miała potrzebę przebywania w stadzie. Zerknęła kątem oka na siedzącego obok faceta z długimi włosami, który miał na sobie skórzaną kurtkę. Objęła dłońmi kubek z kawą. -Panienka zostaje? Może coś mocniejszego? Babs uniosła głowę i zobaczyła przed sobą twarz starego barmana.


Kenny słuchał słów Szeryfa, wydawało by się że w skupieniu, ale tak naprawdę wychwytywał co 6 słowo. Był po 5 piwie i zaczynało mu lekko szumieć w głowię. Pewnie miejscowe dzieciaki znów przebiły opony w radiowozie starego Grimesa. To był już nie mal rytuał, powtarzający się co miesiąc. Zawsze go to bawiło. Zaczął się cicho śmiać sam do siebie.
- Co ci tak kurwa wesoło? - Kenny przestał chichotać i spojrzał na Dannego, który patrzył na niego z lekkim poirytowaniem. Kenny zorientował się, że Szeryf skończył swój monolog.
- Cholera, jak ja teraz wrócę do domu? Lidia mnie zabije. - Danny trzymając papierosa w ustach, nerwowo próbował zapalić zapalniczkę, ale ta, po raz kolejny nie miała ochoty brać udziału w dokarmianiu stworzonka, które Danny możliwe że hodował swoim nałogiem.
Hawkins zapytał: - Jak to, jak wrócisz?
Dannemu w końcu udało się "stworzyć" ogień, zaciągnął się łapczywie i odpowiedział: - Słuchałeś w ogóle co Szeryf mówił?! Droga do Rolla zablokowana, drzewa leżą na drogach...totalny Sajgon, stary.
Kenny parsknął z kpiną i wzruszył ramionami: - Pieprzenie. - Po czym wstał ostrożnie. Nie wiedział jak bardzo na niego "Napój Bogów" zadziałał.
Kumpel popatrzył na niego, zdziwiony: - A ty gdzie się wybierasz?
Kenny odpowiedział, lekko bełkotliwie: - Do domu, psze pana.
- Wyjrzyj za okno, zjebie! Na takiej pogodzie nawet nie dojedziesz do auta! Poza tym...jakby Grimes zobaczył w jakim stanie wsiadasz za kółko...
Kenny przerwał mu: - Zamknij mordę! Wracam do domu, a ty tu sobie siedź i marudź, pizdeczko. - Machnął na niego ręką.
Danny obruszony, pokręcił głową z dezaprobatą. Kenny miał to gdzieś że droga do Rolla jest zablokowana, że na zewnątrz szaleje burza i jest ciemno jak w tyłku "Czarnucha". Marzył tylko o tym, by wrócić do domu, usiąść w swoim fotelu przed telewizorem, wypić jeszcze jedno piwo czekające na niego w lodówce i pooglądać telewizje. Potem zaśnie z pustą puszką w ręce, a zdenerwowana na niego Norma, przyjdzie żeby wyłączyć telewizor, przykryć go kocem, pocałuje go w policzek i klnąc na niego w duchu wróci do sypialni. Tak jak zawsze, kiedy wracał z baru.
Kenny nie przepadał za Grimesem. Może nie tyle co nie przepadał, ale facet był w jego oczach nieporadnym pierdołą, który już powinien przejść na emeryturę. W każdym razie - nie budził jego respektu, a jeśli ktoś nie budził respektu u Kennetha Hawkinsa, Kenny potrafił zachowywać się jak ostatni złamas. Zwłaszcza po kilku piwach.
Lekko chwiejnym krokiem podszedł do Szeryfa i oznajmił: - Mam zamiar wsiąść do swojej białej dziecinki czy ci się to podoba czy nie, więc nawet nie próbuj mnie zatrzymywać, parszywa świnio*.

_________________________________________________ ____________________________________________
*gdyby ktoś nie wiedział - świnia w USA to synonim naszego określenia "pies" w stosunku do policjanta


« Ostatnia zmiana: 23 Kwiecień, 2015, 21:24:47 wysłana przez Tortuga »