Posty z podziękowaniami

Show post that are related to the Thank-O-Matic. It will show the messages where you become a Thank You from an other users.


Wiadomości - MuffinkaZG

dnia: 19 Luty, 2019, 22:38:38 1 Świat Zombie / Twórczy Kącik / Odp: Zombie Game

10. Ugryzienie

– Powiedzcie, że to żart. – Robert jęknął głośno, patrząc na pozostałych ze strachem w oczach. Jedno to odnieść ranę przypadkiem, drugie być ranionym z pełną premedytacją.

   Niestety jego znajomi nie wyglądali na rozbawionych, wręcz przeciwnie - zdawali się całkowicie poważnie myśleć na temat tego, by wyjąć mu na żywca ten kawałek rurki z nogi. Szkoda tylko, że nie pomyśleli o tym, jak cholernie bolesne i niebezpieczne to może być. On nie chciał umierać!

– Żartem by było zostawienie ci tego w nodze i nadanie imienia, jako tej części ciebie, do której warto się odzywać – burknął mało przyjaźnie Tomek, ale zaraz na jego twarzy pojawił się przyjazny uśmiech. Co jak co, ale powinien sprawiać pozory miłego, w końcu co za różnica czy jest w szkole czy w piwnicy podczas apokalipsy zombie? Lepiej jak ludzie cię lubią. – A tak bez żartów. – No bo oczywiście to wcześniejsze to był żart, a przynajmniej blondyn planował podtrzymywać tę wersję. – Jak nie wyjmiemy to i tak umrzesz, lekarza tutaj nie ma. Módl się żebyśmy nie zjebali. – Cóż, nie wszystko dało się przekazać w przyjemny sposób, ale chłopak się starał, jak zwykle zresztą.

   Pan Karol zmierzył Deca wzrokiem, ale nie skomentował tego. Tomek miał rację, nie ważne jak bardzo chciałby by było inaczej. Musieli coś zrobić, albo stracą kolejną osobę - i to nie byle jaką, bo Robert był chłopakiem Izy i choć Karol nie przepadał za nią jakoś specjalnie to jednak przez dłuższy czas ta dziewczyna przyjaźniła się z jego córką, więc w pewnym sensie nadal czuł się za nią odpowiedzialny. A co za tym idzie - za jej chłopaka także. Można powiedzieć, że mimo posiadania dość sporej rodziny i to w większości w tak okropnym miejscu jakim była teraz Polska, powiększył ją jeszcze bardziej. Tomek, Paulina - jedna i druga oczywiście - Iza, Robert, a nawet Kasia z Łukaszem, których tak niedawno poznał, byli dla niego w tym momencie równie ważni jak Gosia, Ola, Paweł, Kamil i Ewa. Nie byłby w stanie ich zostawić, a wybierać między jednymi a drugimi nie chciał. I miał nadzieję, że nigdy nie będzie musiał, bo czułby się, jakby zdradzał bliskich, choć przecież to jego dzieci i żona byli najważniejsi. I niby wiedział, że Paulina z Tomkiem nie mieliby mu za złe, że zostawiłby ich na śmierć by ratować któreś z Rudzińskich, to jednak to byłoby niewybaczalne. Straciłby pewnie ich zaufanie, a to bolało. Zwłaszcza, że sami byli za tym, by zabrał dzieci z dala od tego bajzlu, zgadzając się na udział w tym szalonym eksperymencie. By nikt poza nimi nie musiał tego przechodzić.

   Chociaż ciężko tu mówić o ich bohaterskiej postawie - nie robili tego dla świata, robili to dla siebie. Jeżeli nie zapobiegną rozprzestrzenianiu się tej plagi, już zawsze będą musieli żyć w strachu. Kto by tego chciał? Nie byli szaleni - no, może trochę, bo w końcu ostatecznie właśnie mordowali chodzące trupy z własnej, jedynie delikatnie przymuszonej woli - chcieli tylko wrócić do tego, co było kiedyś, a jeżeli to oznaczało, że będą musieli przejść przez piekło -zrobią to. I tak nie mieli wyjścia, więc po co z tym walczyć? Nie chcieli być bohaterami, chcieli żyć i wiedzieli, że jeżeli cała sytuacja zacznie ich przerastać, nikt nie będzie mógł ich winić za odpuszczenie, bo nikomu niczego nie obiecywali.

   A teraz stali w punkcie, gdzie nie wiedzieli co zrobić. Rana na ramieniu? Można zabandażować. Szkło w ręce? Pan Karol miał z tym spore doświadczenie. Nawet ugryzieniem potrafił się zająć. Ale wyciąganie pręta z ciała? No, tego jeszcze nie przerabiał. To raczej nie było coś czym powinien zajmować się szary człowiek, od tego byli lekarze. Z tym, że oni żadnego nie mieli. Zostali sami i musieli sobie radzić z trudnymi sytuacjami.

– Nie da się tego zrobić jakoś inaczej? Albo chociaż mnie znieczulić? – pytał jeszcze Robert, z każdą chwilą robiąc się coraz bledszy.

   Ale wiedział, że nie ma innej opcji. Przynajmniej nie w tym momencie. Dlaczego świat musiał go tak nienawidzić? A wiedział, że nie powinni iść na tamtą imprezę!



   Zanim zabrali się do roboty, przekazali informację o stanie Roberta pozostałym. Nie mogli zatrzymać tego dla siebie, zwłaszcza, gdy w grę wchodziło ludzkie życie. Teraz więc stali w piwnicy w lekko zmienionym gronie - do Tomka, Kamila i Karola dołączyła Paulina, Łukasz i Laura, która twierdziła, że ukończyła kurs pierwszej pomocy i gdzieś w domu posiada na to papierek. Ile było w tym z prawdy? Cóż, ciężko powiedzieć, ale nikt nie kwapił się by odwodzić ją od tego pomysłu. Dziewczyna była zdeterminowana i jeżeli naprawdę potrafiła pomóc Robertowi to pozostałym to pasowało. Nie byli aż tak głupi by machnąć ręką na taką pomoc, sami w końcu i tak nie mieli w takich akcjach doświadczenia.

– Spójrzcie na to z lepszej strony, będziemy mogli wpisać sobie do CV, że potrafimy wyjąć rurę z nogi. – Zaśmiał się Tomek, choć i po nim widać było, że nie czuje się za pewnie z tym, co się stało i tym, co będą musieli zrobić, jeżeli chcą by ich ekipa nie skurczyła się o kolejną osobę.

   Nie żeby któryś z chłopaków uważał Roberta za niezastąpionego i niezwykle istotnego dla ich misji - którą sami w teorii sobie wyznaczyli, nie chcąc żyć w świecie pełnym chodzących po ulicach trupów - ale jednak nadal był kimś, kogo znali i komu śmierci nie życzyli, nie ważne co złego zrobił lub jak złe wrażenie wywołał na nich przy pierwszym poznaniu.

   Laura, bledsza niż zwykle, stanęła naprzeciw chłopaka. To nie wyglądało dobrze. Może i wiedziała jak zatrzymać krwawienie i unieruchomić ciało obce znajdujące się w ciele, ale wyjąć to…

– Do pracy w biurze nie potrzebuję takich dodatków. Jak coś spadnie komuś na łeb, dzwoni się po pogotowie, a nie wykonuje operację. – Paulina mruknęła dość ponuro.

   Czuła się w tym momencie bezradna, jednak nie potrafiła nie pójść za tymi idiotami i nie spróbować chociaż… Sama nie wiedziała czego, ale nie wybaczyłaby sobie, gdyby coś złego przydarzyło się Robertowi, podczas gdy ona siedziałaby na kanapie nie wiedząc co się dzieje. Nie żeby była w tym momencie pomocna i jej słowa, które skierowała do Izy, Gosi i Pauli, które też chciały pomóc wydawały się być śmieszne. Nie potrzebna mu widownia, planujecie stać i patrzeć? No cóż, ona najwidoczniej mogła, jej „patrzenie” w końcu nie przeszkadza, a pomaga. A przynajmniej taką głupią linię obrony mogłaby zastosować, gdyby nie to, że nikt nie kwestionował jej słów. Nawet Tomek - choć on głównie dlatego, że zwyczajnie w świecie nie mógł wypowiedzieć się, będąc kilka metrów od niej, oddzielony ścianami. A może ścianą? Ciężko było stwierdzić.

– To tylko pręt, damy radę. Przytrzymać w miejscu, zacisnąć powyżej rany i wyjąć. Proste jak budowa cepa. – Kamil starał się jakoś podbudować pozostałych, ale spojrzenia jakimi go obrzucili, wcale nie były zadowolone z tej próby.

   Jeżeli to było proste jak budowa cepa, to najwidoczniej cep wcale nie był tak prostym urządzeniem jak mogło się wydawać. Niemożliwym było by zrobili to od tak, a konsekwencje zrobienia czegoś źle… Nie byli pewni czy są gotowi je ponieść. Tym razem to nie chodzące zwłoki pozbawiłyby życia kogoś im bliskiego - apokalipsa ma to do siebie, że jednak nawet z obcych potrafi zrobić rodzinę, choć teraz to jeszcze nie aż tak zażyły etap - a oni. I nie mogliby zasłonić się zrządzeniem losu, szalonym doktorem czy wirusem kierującym nieżyjącymi. To byłaby w całości ich wina. Ich brak umiejętności. Ich… głupota. Ale zostawienie go w takim stanie skończyłoby się stuprocentową śmierci, więc albo mu pomogą i dadzą pięćdziesiąt procent szans na przeżycie, albo pozwolą umrzeć. Wybór w tym przypadku był niezwykle prosty.

– O ile tym cepem jesteś ty. – Paulina prychnęła w stronę Kamila, po czym podeszła do Roberta i uśmiechnęła się do niego delikatnie. – Nie będziemy tego odwlekać, okej? Weź to między zęby. – Podała mu szmatkę, którą pani Ewa wyjęła z jakiejś szafki i zerknęła na Laurę.

   Brązowowłosej nie trzeba było dwa razy powtarzać. Skinęła głową, jakby próbowała w ten sposób dodać sobie pewności siebie, po czym kucnęła przed Robertem i zacisnęła prowizoryczną opaskę uciskową na jego udzie, kawałek nad raną, dokładnie tak, jak mówiła książka i instruktor. Na ten moment jej praca była skończona, więc cofnęła się szybko, robiąc miejsce Karolowi. Paulina złapała Roberta za ramiona, a zaraz dołączył do niej Łukasz, by mieli pewność, że chłopak się jej nie wyszarpnie. Kamil przytrzymał jego nogę, w którą wbity był przedmiot, a Tomek zajął się drugą i jego biodrami. Może nie wyglądało to za profesjonalnie i Laurze niemal od razu zrobiło się słabiej, ale w tym miejscu nie mieli nawet do czego go przywiązać. No i nie myśleli też w stu procentach jasno. Każdy z nich był przerażony i ukazywał to na swój sposób - Tomek głupio żartował, ale widać było, że drga mu policzek, Kamilowi chodziła noga, Łukasz ciągle oblizywał i zagryzał wargę, Karol prawie w ogóle nie zmieniał wyrazu twarzy, ale oddychał niezwykle szybko, Laura miała łzy w oczach, zaś Paulina… Paulina wyżywała się na ramionach poszkodowanego chłopaka, wpijając palce w jego ramiona tak mocno, że ten aż syknął zaskoczony.

– Uważaj trochę. – Jego wzrok jasno mówił, że to nie jest prośba. Już bolało go wystarczająco mocno, nie musiał cierpieć bardziej.

   Z tym, że Paulina nie panowała nad swoimi palcami. Same zaciskały się, jakby w jakiś sposób mogło to zapobiec ewentualnym kłopotom, jakie ściągną na siebie i Roberta, jeżeli spieprzą sprawę. A trzeba przyznać, że mieli w tym wprawę. Sama Paulina raz po raz coś psuła i niszczyła, nie ważne czy były to przedmioty czy relacje. Tomek wiecznie pakował się w sytuacje, gdzie obrywał nawet za niewinność i chęć niesienia pomocy, czasem ciągnąc za sobą Kamila, któremu zależało na przyjacielu na tyle, by nie móc patrzeć jak później zbiera baty za idiotów, których uważa za kolegów. Byli zbyt beznadziejną grupą, nie było szans by wszystko poszło po ich myśli, więc dziewczyna podświadomie rozładowywała napięcie w swoich mięśniach za pomocą siły. Nie żeby była ona jakaś wielka, nigdy nie należała do osób, których uścisk powalał na kolana - za to umiała szczypać jak mało kto i Tomek do tej pory wypominał jej, że przez nią miał więcej siniaków niż po koleżeńskim meczu na wioskowym boisku.

– Przepraszam – mruknęła pod nosem, poluźniając uścisk.

   Ten moment wykorzystał Karol, stwierdzając, że powolne wyjmowanie pręta z ciała będzie torturą i szarpnął za nogę chłopaka. Wrzask jaki poniósł się po piwnicy pewnie był też słyszalny w salonie, w którym przebywali pozostali i nawet szmatka, na której ten zaciskał zęby, nie mogła tego choć trochę wyciszyć. Jedyny jej plus to to, że chociaż zęby miał całe.

   Po policzkach chłopaka spłynęły łzy. Mieli szczęście, że noga nie została przebita na wylot i że w ciele znajdował się tylko niewielki kawałek metalu, bo jego krzyki mogłyby zwabić niechcianych gości. A z rannym Robertem i kartką na głowie nie daliby rady uciec od tak. To nie kiepska komedia z dramatem i chodzącymi trupami w tle - to życie, którym ryzykowaliby w najgłupszy możliwy sposób. Bo popełnialiby błędy jak bohaterowie wszystkich seriali i filmów, na końcu których zostawała jedna osoba - tak, która nie powinna, a której się udało, bo pozostali jej bronili. I pewnie byłaby to Iza, bo skoro zdążyła już owinąć sobie Gosię dookoła palca to nie miałaby problemów zrobić to samo z tą częścią grupy, która nie była do niej negatywnie nastawiona.

   Wdech i wydech. Robert próbował uspokoić oddech, który gwałtownie przyspieszył, gdy ciało obce opuściło jego nogę. Nawet nie zauważył kiedy Laura opatrzyła go, a Kamil z Tomkiem wzięli pod ramiona. Był zamroczony i jedyne na czym teraz umiał się skupić to twarz Łukasza przed nim, który najwidoczniej coś mówił, próbując nawiązać z nim kontakt, ale sam Robert  raczej nie był na to gotowy. Za dużo nieprzyjemnych bodźców by wrócić do rzeczywistości. Jak na złość jednak, oderwanie się wcale nie równało się temu, że mógł odetchnąć. Czuł, jakby najgorsze wcale nie minęło, a wręcz przeciwnie, właśnie zaatakowało go z każdej strony, przypominając, że już od małego był wrażliwy na ból.

– Ej, ej! Nie odpływaj. Robert, halo. Haaalo. Odezwij się, bo nie wiem czy celować ci w czaszkę czy nie. – Tomek brzmiał na zaniepokojonego, choć na jego twarzy cały czas malował się uśmiech.

   W końcu to właśnie przez swoją postawę w takich sytuacjach był uważany za miłego i pozytywnie nastawionego do całego świata. Można by nawet rzec, że takim niefrasobliwym podejściem do wszystkiego zaskarbił sobie serca większości swoich znajomych. Niestety w tym momencie nie robiło to większego wrażenia na Robercie. Nie mając wyboru, wyprowadzili go po prostu z piwnicy. Może w mieszkaniu dojdzie do siebie.



– Boże, niech ktoś zamknie jej mordę zanim ja to zrobię. Mam serdecznie dość tej głupiej… - Paulina nie zdążyła skończyć, bo w tym momencie postanowił się wtrącić jej brat.

– Boże, zjadłbym jakąś kanapkę. – Uśmiechnął się w stronę Pauli.

   Szkiel odwzajemniła jego uśmiech, po czym odwróciła się w stronę blatu, na którym leżały wafle ryżowe i pomidory.

– Jesteś pewny, że nie masz pasożyta? Jesz więcej niż mój ojciec. – Zaśmiała się.

– Pan Franek coś w ogóle je? – Blondyn uniósł brew, zerkając przelotnie na swoją siostrę, która prychnęła cicho pod nosem, odwracając się w stronę szafek i przeszukując je z nadzieją, że znajdzie w nich coś, co może przydać się w poszukiwaniu kolejnej kartki.

   Iza zachowywała się niezwykle irytująco - bo choć normalnie Paulina potrafiła przymknąć oko na jej dziwaczne zachowania to teraz marudziła gorzej niż Robert, który - mówiąc na marginesie - potrzebował aktualnie wypoczynku, a nie trajkotania jakiejś wariatki nad uchem. No ale cóż, najwidoczniej tylko ona miała z tym problem, bo pozostali byli rozbawieni jej zbulwersowaną miną, gdy Tomek jej przerwał.

   Teraz jej głowę zajmowało coś dużo poważniejszego - na całe szczęście, bo mogłaby poważnie obrazić się na swoich znajomych za tak lekkie potraktowanie jej uczuć. Wskazówka, którą znaleźli i spisali wydawała się aż za banalna, bo poza tym, że była kiepskim wierszykiem to nie miała w sobie żadnych fragmentów, które trzeba by było jakoś idiotycznie zinterpretować – tym razem jasno na białym było napisane, że mają szukać pod mostem. Tylko… Oni nawet nie wiedzieli czy tu jakiś jest, a jeżeli tak - to ile takich budowli postawiono? Czekała ich kolejna, męcząca wycieczka, na którą nie bardzo się im spieszyło. Bo ile można? Czy ta gra w ogóle miała jakiś koniec? Ledwo ją zaczęli, a już byli zmęczeni - akcja w galerii, śmierć Kamili, a teraz to. Nie mieli ani chwili by porządnie odpocząć, a problemów z dnia na dzień było coraz więcej. Męka - to jedno słowo nasuwało się Łukaszowi na myśl, gdy myślał o tym, że każda kolejna doba będzie wyglądać podobnie. I że w końcu będą tak znużeni, że ktoś naprawdę zginie.

   Z ich winy.

– Nawet nie wiesz ile. – Szkiel zaśmiała się cicho. Jej tato potrafił wepchnąć w siebie obiad o osiemnastej, zaraz po pracy, kolację około dwudziestej czy dwudziestej pierwszej i jeszcze przed snem zrobić sobie jakieś kanapki. Ale gruby nie był, co niesamowicie dziwiło. Sama Paula do tej pory nie doszła do tego jak to działa.

– Kiedyś się dowiem, o ile do tego czasu nie stwierdzi, że przechodzi na dietę. – Puścił jej oczko.

– Ja wiem, że moja mama często to proponuje, ale póki stać nas na zapełnianie mu żołądka to raczej nie ma z tym problemu. Mówi, że jak będzie gruby to nie odejdzie do młodszej. – Blondynka pokroiła pomidora i ułożyła mu go na waflu ryżowym, po czym podała z uśmiechem i poprawiła swoje okulary. – Co planujemy dalej? – Jej ton drastycznie się zmienił i z miłego stał się poważny i dość smutny.

   Coraz mniej podobało jej się to, że osoby, na których jej zależy są albo z dala od niej, albo tuż obok narażają się na śmierć. Zdążyła też zauważyć, że Paulina, jej przyjaciółka, oddala się od niej coraz bardziej - i w sumie nie tylko od niej. Rozmawia z Olą, próbuje udawać, że wszystko jest w porządku, ale unika trudnych tematów nawet z własnym bratem. Kamil? Łukasz? Czasem miała wrażenie, że zaraz ją zastąpią, bo niebieskooka rozmawiała z nimi w dokładnie ten sam sposób - a ona nie chciała z przyjaciółki stać się tylko znajomą. Znały się tyle lat, że to wydawało się być niesprawiedliwe. Pomagała jej za każdym razem, gdy ta tego potrzebowała, wspierała, przychodziła, by prowadzić razem z nią wojnę przeciw tym, których Decowa nienawidziła - i wiedziała, że ta dla niej zrobi to samo, bo nie raz udowadniała, że nie ważne która jest godzina, ona przybiegnie, by pozwolić się jej wypłakać. Ich znajomość nie mogła umrzeć z powodu jakichś wałęsających się za oknem - z jednej bądź drugiej strony - zwłok. Czy czym te zombie były.

   Właśnie. Ostatecznie nadal nie wiedzieli nic na temat zagrożenia, z którym parę razy zdarzyło się im zmierzyć. Jakieś człekopodobne stwory grasowały na terenie Polski i z jakiegoś powodu chciały zabijać i jeść tych, co jeszcze żyli. Ich krew była niezwykle gęsta, a siła znacznie przewyższała ludzką, ciężko więc było uwierzyć, że pierwsze osobniki, które widzieli - te z żółtymi oczami - były kiedyś tej samej rasy co oni, ale po świecie nie chodziła żadna inna i z tego powodu nie dało się nie uważać ich za jakiś wybryk natury. A może eksperymentem nie było postawienie losowych grup ludzi przed niebezpieczeństwem, które do tej pory było jedynie fikcją na ekranie lub stronach książki, tylko samo stworzenie zombie i zobaczenie jak one będą sobie radziły w środowisku z małą liczbą osób, które mogłyby je zabić i zepsuć ten etap badań. A gdy oni przegrają, w życie wejdzie kolejny. Sama myśl o tym wywoływała ciarki na plecach. Żyć już do końca w ten sposób… Nie, nie chciała się na tym skupiać. To nie była wizja nad którą powinna się rozwodzić, bo przecież wygrają - żadne z nich nie wiedziało jak, ale wygrają. Nie mieli innego wyjścia.

–Ja, Kamil, Łukasz… - Tu Tomek zerknął na chłopaka, czekając, aż ten potwierdzi, że się zgadza, a gdy ten skinął głową, kontynuował. – I Paulina – dodał, widząc minę swojej siostry, choć nadal był sceptycznie nastawiony do tego, by chodziła z nimi. Nie była specjalnie szybka, a jej waga tylko wszystko utrudniała. Póki co jednak sprawowała się lepiej niż ktokolwiek, bo Robert leżał ranny, a ktoś - w tym wypadku Karol - musiał zadbać o bezpieczeństwo pozostałych. Mężczyzna wolał mieć oko na swoją rodzinę niż chodzić po mieście, szukając jakiegoś kartonika. Nie wybaczyłby sobie, gdyby któreś z jego dzieci lub żona, umarło przez to, że jakiś nastolatek nie dopilnował wszystkiego. I nawet nie winiłby tej osoby - ale ból w sercu by pozostał, więc jeżeli miał coś zrobić, to chciał to zrobić sam. Dzieciaki mogły zająć się grą, wydawały się dość szybko przystosowywać do sytuacji na zewnątrz, on miał własną misję. Może w teorii nie tak ważną jak ich, ale to go nie interesowało, dla niego rodzina zawsze była na pierwszym miejscu. – Pójdziemy sprawdzić mosty. Tylko najpierw musimy dorwać kolejną mapę, bo bez tego będzie ciężko. – Spojrzał na swoją siostrę. Nie miał jej za złe, że zgubiła tę ostatnią, ale trochę im to wszystko utrudniało. – Myślę, że zaczniemy od tego wielkiego na Odrze. Jeżeli dopisze nam szczęście to nie będziemy musieli chodzić po tych mniejszych. W końcu chyba to nie tak, że zależy mu na tym, byśmy nigdy ich nie znaleźli, no nie? – zapytał, ale raczej nie liczył na to, że ktoś mu odpowie.

   Jednak Paula, która właśnie bawiła się jabłkiem, uznała za stosowne naprostować odrobinę blondyna. W końcu nie bez powodu mieli wskazówki, no nie?

– Wydaje mi się, że lepszym powodem dla odwiedzenia go jest określenie „chory” na końcu wierszyka, ale mogę się mylić. – Uśmiechnęła się delikatnie, odkładając owoc i odsuwając się od szafki, o którą się opierała. – Idę z wami. – Ton jej głosu jasno mówił, że nie przyjmie odmowy.

   Problem w tym, że mieli już na karku jedną z Paulin, drugiej nie potrzebowali. W czwórkę mogli iść, wtedy nie musieli przejmować się, że przy konieczności rozdzielenia się - którego starali się unikać – ktoś zostanie sam. Jeżeli coś się stanie, to będzie można sobie wzajemnie pomóc, a w razie wypadku jedna z osób mogła wrócić i poinformować ich co się stało. Najgorszego ze scenariuszy woleli nie brać pod uwagę, ale gdyby stało się, że dwie osoby przez atak zombie zostaną pozbawione możliwości powrotu na czas to w dwoje łatwiej przeżyć. A przynajmniej tak sobie wmawiali. Samemu mogłoby zacząć być depresyjnie. Zaś w trójkę? Może gdyby Paula jakoś się wcześniej wykazała to jeszcze mogliby patrzeć na to przychylniej, ale tak? To był dodatkowy problem na głowie.

– Nie. Karol będzie potrzebował pomocy, sam nie da rady wszystkich obronić. Jeżeli chcesz pomóc, weź to. – Tomek podał jej pistolet, który prawie cały czas miał pod ręką. Czuł się z nim pewniej. – Ktoś pokaże ci jak strzelać. Laura wygląda na zdruzgotaną, Iza nie nadaje się do niczego, a Gosia…

– Wolę jej tego oszczędzić. Zrobisz to dla mnie? – przerwał mu Kamil, wstając i podchodząc do Pauli, po czym złapał ją za ręce, pochylając się w jej stronę z nadzwyczaj poważną miną.

   Paula zamarła. Kiedyś podobał jej się Kamil. Wtedy jeszcze nie chodził z Gosią, ale zapowiadało się na to, więc sobie darowała. Ledwo go znała, więc nie było to trudne, ale jednak nadal uważała, że jest świetnym kandydatem na chłopaka, a nawet i męża. Teraz też to potwierdził, starając się trzymać swoją ukochaną z dala od niebezpieczeństwa - nie tylko fizycznego, ale i psychicznego, bo zabicie, nie ważne czy trupa czy kogoś żywego, na pewno wpływało jakoś na ich umysły, widać to było chociaż po Paulinie.

   Skinęła głową, uśmiechając się nieznacznie. Mogła to zrobić. Tak naprawdę to nie chciała pchać się w wir walki, ale bycie bezużyteczną i bezradną ani trochę się jej nie podobało. To prawie jakby była na równi z Izą, a do tego dopuścić nie mogła. Jeżeli uda się jej w końcu ruszyć, na pewno będzie łatwiej. Gotowanie nie pomagało jej tak, jak Gosi czy pani Ewie. Czasem miała wrażenie, że po prostu tam zawadza, bo pięć czy sześć osób przy garach jednak tworzy niepotrzebny tłum. No i samo gotowanie wtedy zajmuje bardzo krótko, więc ociągają się niemiłosiernie, przez co dziewczyna zwyczajnie się nudziła. Ale jeżeli będzie mogła pomagać w czymś ważniejszym i będzie musiała obserwować okolicę, by żaden niepożądany osobnik nie podszedł za blisko, to będzie szczęśliwa. I bezpieczniejsza niż podczas wypadów na poszukiwania wskazówek.

– Jasne, nie masz się o co martwić – przytaknęła radośnie, a pozostali wręcz odetchnęli z ulgą za jej plecami.



   Noc była ciężka. Grupa nie mogła narzekać na tłumy pod oknami, ale warkot, jaki wydawały z siebie te jednostki, które od czasu do czasu przechodziły ulicą przy domu, nie pozwalał spać ani Pawłowi ani Oli. Ewa spędziła cały ten czas przy łóżku dzieci, zapewniając, że na pewno są bezpieczni. Pozostali dzielili się na pary i czatowali przy oknach, zmieniając się co trzy godziny, by każdy zdążył się wyspać przed kolejnym dniem w tej parodii horroru.

   Było około dziewiątej, gdy czwórka przyjaciół wyruszyła na miasto, pozostali zaś zajęli się swoimi sprawami. Gdy zrobiło się jaśniej, Ola i Paweł w końcu usnęli, więc i ich mama mogła pozwolić sobie by odpocząć, a to znaczyło, że Gosia z Laurą same mogły zająć się przygotowaniem śniadania i planowaniem kolejnych posiłków. W ten sposób Robert i Iza zostali sami. On leżał na kanapie, a ona malowała sobie paznokcie.

   Po wczorajszym płakaniu nad stanem swojego chłopaka, dzisiaj zdawała się wcale nie zwracać na to uwagi. Niby była to u niej norma, bo większość rzeczy robiła dla atencji i wcale niczym poza sobą się nie przejmowała, ale Robert od dawna uważał, że ta potrafi się zmienić. Że dla niego taka nie będzie. A jednak, gdy ta dzisiaj nie chciała mu nawet podać kanapek i dostał je od Decowej - która, choć wiedział, że nie przepada za nim jakoś specjalnie, bo chodzi z Izą, była nadzwyczaj miła: nie warczała, nie rzucała mu zirytowanych spojrzeń i choć jakoś specjalnie nie kwapiła się do rozmowy z nim to odpowiadała na jego pytania i nie olewała odpowiedzi. W przeciwieństwie do Izy.

– Mogłabyś podać mi tabletki przeciwbólowe? – zapytał głośno, by nie było opcji, że dziewczyna nie dosłyszy.

– Za moment, tylko przeschnie mi lakier. – Uniosła dłoń, pokazując mu swoje paznokcie, które teraz lśniły od bladoróżowej, mokrej warstwy.

   To nie tak, że Robert był przewrażliwiony przez bliskie spotkanie ze śmiercią. Gdy Tomek powiedział, że zaraz z Kamilem pomogą mu się przesiąść, tylko skończy czyścić nóż to nie miał z tym problemu. W końcu to coś ważnego, oczywistym było, że poczeka, bo aż tak zmieniać pozycji nie musiał. Chciał jedynie posadzić gdzieś indziej tyłek, bo od miękkiego zaczynał go boleć. Ale malowanie paznokci? Poza Izą nikt tego nie robił. Gosia nawet nie zmyła swoich, pozwalając lakierowi odprysnąć, co raczej ładnie nie wyglądało, ale jakoś jej to nie przeszkadzało. I może gdyby nie byli właśnie w środku apokalipsy, uznałby, że to słodkie, jak Iza dba o siebie nawet w tak najmniejszych i niezbyt zauważalnych szczegółach. Ale walka trwała, a ona zamiast robić coś pożytecznego, marnowała czas na trucie ich smrodem farby, które ostatecznie nie dawało nic poza tym, że jej dłonie wyglądały ładnie. A tego nie potrzebowali w tym momencie. Nie dziwił się, że Paula i Paulina krzywo na nią patrzą, sam miał jej ostatnio dość - jak to możliwe, że w „normalnym świecie” te wszystkie jej cechy uważał za urocze? Może jednak potrzebował wstrząsu jakim jest otarcie się o śmierć by zrozumieć, że jednak liczy się coś więcej niż ładna buzia i siła przebicia.

   Czy przestał ją kochać? W jego wieku ciężko było mówić o prawdziwej miłości, ale nie potrafił powiedzieć, że tak. Nadal czuł do niej to samo, potrzebował jedynie przerwy by uspokoić myśli i na spokojnie sobie wszystko poukładać. Nie był pewien jak podejść do tego tematu, ale wiedział, że jeżeli nie zrobi tego teraz to później zabraknie mu odwagi i utknie, pogrążając się coraz bardziej i ostatecznie kończąc jako frajer, który daje się wykorzystywać lasce liczącej, że będzie dookoła niej skakał. Może krótkie rozstanie sprawi, że Iza zrozumie co czuje i jak chce by funkcjonował ich związek. W najgorszym przypadku nie będzie chciała do niego wrócić, ale jeżeli tak się stanie to czy będzie to coś złego? Pocierpi, ale na dłuższą metę efekt będzie pozytywny, bo jeżeli dla niej był tylko chwilową przygodą to chyba wolał tego nie ciągnąć. Nie był aż takim masochistą.

– Lakier? – prychnął cicho pod nosem – Chyba musimy porozmawiać, Iza – zaczął odrobinę niepewnie, ale zaraz jego twarz przybrała poważniejszy wyraz.

– O lakierze? – Zaśmiała się w odpowiedzi. – Jak powiesz, że kolor jest brzydki to ci nie uwierzę, Gosia potwierdziła, że jest śliczny. Osoba, która tu mieszka ma niezły gust. – Wyciągnęła rękę przed siebie, przyglądając się swoim paznokciom. Zastanawiała się czy nie zabrać ze sobą tego koloru na stałe. Drobna cena dla jego właścicielki za to, że uratują świat.

– O nas. Wydaje mi się, że to nie czas na bycie razem. Nasz związek się rozpadnie przy różnych podejściach jakie mamy do życia w tym momencie. Myślę, że... – Urwał, zastanawiając się jak delikatnie to przekazać, ale ostatecznie zdecydował się na szczerość. – Przyda nam się przerwa. Mam nadzieję, że to rozumiesz. – Jeszcze zanim skończył to mówić, wiedział, że jest całkowicie na odwrót.

   Iza wyglądała jakby ją piorun strzelił. Nie sądziła, że Robert kiedykolwiek wpadnie na tak idiotyczny pomysł. Jedyną osobą, która mogła zerwać tę relację, była ona. Jej się nie rzuca, to ona rzuca innych. Może i najlepszą dziewczyną nie była, ale myślała, że Wijko akceptuje ją taką jaką jest i widzi, że plotki o tym jaka to jest zepsuta i toksyczna są zwykłą, głupią gadką, którą powtarzają zazdrosne pizdy, nie mające pojęcia czym jest prawdziwe życie. Gdyby spotkał je trud prawdziwego życia i naprawdę pocierpiały, to nie patrzyłyby na nią w ten sposób. A teraz jeszcze Robert…

– Dlaczego? – zapytała zaskoczona, próbując nie dać po sobie poznać jak bardzo zraniła ją jego propozycja. Nie po to od lat powtarza wszystkim, że zbywała każdego faceta, by teraz płakać za „kolejnym”.

   Z tym, że poza Robertem wszyscy poprzedni byli wyimaginowani lub poznani w Internecie. Owszem, podobało jej się kilku chłopaków, ale mało kto chciał zwracać na nią uwagę - nie rzucała się w oczy do dnia, gdy nie poznała Moniki, która sprawiła, że poznała parę ciekawych osób. I owszem, robiła za jej tło, ale nie narzekała - nauczyła się czego tylko mogła i wypięła na dziewczynę, gdy zaczęła sobie radzić bez jej pomocy. Już od dziecka była oczkiem w głowie całej swojej rodziny i gdy przyjaźniła się z Pauliną to ta dbała, by jej znajome zawsze odpowiednio ją traktowały, ale gdy przestała z nią gadać… Kontakty się urwały i jedynie czasem mówiły sobie „hej”, gdy mijały się na wiosce czy w szkole. Nie potrzebowała ich, bo znalazła sobie nowe towarzystwo, jednak uważała, że to nie fair traktować ją w ten sposób. Była w końcu wrażliwa, nie można było z taką lekkością traktować jej uczuć.

– Bo ta apokalipsa nas psuje. Dajmy sobie czas. Nie zrywam z tobą, nie chcę tego, ale lepiej będzie jak…

– Jak zostaniemy przyjaciółmi na jakiś czas? – dokończyła za niego dość gorzko.

   Podniosła się z krzesła i rzuciła mu tabletki przeciwbólowe. Nie była zabawką. Przyjaźń to było stanowczo za mało. Ba, teraz nie była pewna czy na pewno chce go w ogóle kochać.

– Świetnie. Mam tylko nadzieję, że to twój pomysł, a nie Pauliny. – Zmierzyła go zirytowanym spojrzeniem, ruszając w stronę wyjścia.

– Pauliny? A co ona ma do tego? – zapytał zaskoczony, poprawiając się na kanapie i wychylając, choć wiedział, że to nie pozwoli mu jej zatrzymać.

   Iza nie odpowiedziała. Nie wiedziała co mogłaby mieć do tego Paulina, ale gdy coś szło nie tak, to zawsze była jej wina. Od dnia, gdy się pokłóciły ciągnęła się za nią klątwa Decowej. Ale ona się zemści, nie da jej psuć bezkarnie swojego związku. Blondynka pożałuje, że w ogóle tu się z nimi znalazła.



– Paulina, oszalałaś? – Tomek złapał siostrę za nadgarstek, śmiejąc się cicho. – Nawet nie wiesz jak tam jest głęboko. Jak cię porwie to będziemy mieli problem. To nie jest gra.

   Dziewczyna przewróciła oczami, choć zdawała sobie sprawę z tego, że obawy jej brata są całkowicie uzasadnione. To, co planowała zrobić było głupie, ale w inny sposób nie mieli jak sięgnąć kartki. Dzisiaj prawie w ogóle się im nie przydała, jakby chłopakom nagle przypomniało się, że jest dziewczyną i że należy ją wyręczać w takich rzeczach jak wynoszenie śmieci, otwieranie drzwi oraz zabijanie pająków i zombie. I jak jeszcze z pierwszymi trzema nie miała problemu, tak to ostatnie było zwyczajnie śmieszne. Bo w końcu już parę razy to zrobiła, co niby się stanie jak zrobi to jeszcze raz? Sama stanie się trupem? Mieli na to równe szanse. No, dobra, może ona miała większe, bo jednak była najgrubsza i najwolniejsza, ale tego tematu lepiej było nie poruszać. Niepotrzebnie by zmartwiła blondyna, lepiej było jak uważali, że jest pewna siebie i swoich umiejętności - których nie było, ale w czaszkę umarlaka trafiała, więc uważała, że się nadaje by walczyć z nimi ramię w ramię. A oni i tak nie mieli wyboru i musieli ją ze sobą brać.

– To jest gra – poprawiła go z szerokim uśmiechem, rzucając swoje buty na brzeg i wkładając nogę do wody – Po prostu trzymajcie sznurek, ta kartka wcale nie jest tak daleko. – Odwróciła się do brata i złapała go za dłoń, którą ten zaciskał na jej ręce. Pogładziła ją delikatnie, a gdy ten puścił, sama ją ścisnęła, patrząc mu w oczy z taką pewnością siebie, jak jeszcze nigdy. Może i była to tylko maska, ale nie mogła pozwolić by Tomek niepotrzebnie się zamartwiał. Nadal miał problem by normalnie stawać na własnej nodze, a Łukasz przyznał się, że boi się wchodzić do wody w takich miejscach. Niby mogli pozwolić zrobić to Kamilowi, ale Paulina wiedziała, że w razie problemu łatwiej będzie im wyciągnąć ją niż jej, osłabionemu Tomkowi i Łukaszowi Maleca. Zgłosiła się więc na ochotnika z nadzieją, że sięgnie tego głupiego kartoniku, a nie utopi go w wodzie.

– Jakbyś czuła, że coś jest nie tak, wołaj i wstrzymaj oddech, możemy z wrażenia lekko cię podtopić. – Kamil klepnął ją w ramię i obwiązał ją sznurem, który znaleźli w sklepie jakiś kawałek dalej.

   Na szczęście Tomek zawsze myślał z wyprzedzeniem, więc byli przygotowani na tak ekstremalne zadanie. Wcześniejsze nie były aż tak survivalowe jak to, kojarzyły się bardziej z komedią, która ma w sobie ułamek horroru, a nie z prawdziwą walką na śmierć i życie, rodem z seriali, które większość z nich tak namiętnie oglądała. Teraz jednak to nie było nużące zadanie skupiające się na przeszukiwaniu pomieszczeń i ich wyposażenia. Tym razem miała to być szybka akcja - wejść do wody, wziąć kartonik, wyjść i zobaczyć co dalej mają zrobić. Gdzie poprowadzi ich kolejna wskazówka? Nadal będą musieli siedzieć tutaj czy ruszą w drogę swoim wspaniałym, powoli przepełniającym się busem? O dziwo myśl o wyjeździe nie była nieprzyjemna. Będąc w ruchu wiedzieli, że prą na przód, a nie tkwią w martwym punkcie, nie wiedząc co począć i snując się z kąta w kąt. Choć akurat ta czwórka nie mogła narzekać na nudę, na ich nieszczęście zombie - w przeciwieństwie do złośliwych kartoników - lgnęły do nich, nie pozwalając na to, by płakali z powodu braku zajęć. Wręcz przeciwnie - mogli mieć już dość, choć ich przygoda zaczęła się stosunkowo nie dawno.

– Postarajcie się nie, nie marzy mi się usta-usta, które później mogłaby wypominać mi Iza. – Pokazała im język i zanurzyła się głębiej w wodę.

   Starała się iść jak najbliżej brzegu, ale nawet tutaj woda sięgała jej już ponad kolana. Nie była jakoś specjalnie wysportowana, więc nie było szans, aby przedarcie się przez ten żywioł nie obdarło ją błyskawicznie z sił. Ale i tak szła przed siebie, pomagając sobie rękami i powtarzając sobie, że nie może się zatrzymać. Jeżeli to zrobi, chłopcy zrozumieją, że jest słaba, a słabej jednostki nie powinno się brać ze sobą. Musi dać radę, nawet jeżeli spoci się przy tym jak świnia. Najwyżej zanurzy się w rzece do samego końca, by nie było widać kropel potu na czole i mokrych plam na ubraniach.

   Nie patrzyła już na pozostałą na brzegu trójkę, więc nie widziała ich niepewnych i zmartwionych spojrzeń. I w sumie to dobrze, bo mogłaby stracić całą pewność siebie jaką czuła, a to nie pomogłoby w wykonaniu zadania. Musiała skupić się na tym, że się uda, a nie roztrząsać to, że coś może pójść nie tak. Jeżeli dotrze do celu, to później będzie z górki. Powrót będzie jak spacerek zwycięstwa, zwykła formalność. Jeżeli w jedną stronę dała radę to druga nie będzie stanowić problemu. Pozytywne myślenie w tym przypadku było najważniejsze, a przynajmniej to próbowała sobie wmawiać, by utrzymać dobry humor aż do samego końca.

   Krok za krokiem pokonywała - zdawać by się mogło - niewielką odległość, jaka dzieliła ją od miejsca docelowego. Wszystko szło w miarę sprawnie i tylko raz zachwiała się, potykając o dno, jednak szybko odzyskała równowagę, unosząc rękę z wyciągniętym w górę palcem wskazującym, gdy usłyszała z tyłu jak któryś z chłopaków zawołał jej imię. Żyła, nic jej nie było, może trochę najadła się strachu, ale istniała szansa, że dzięki temu odmówi sobie obiadu i trochę schudnie, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Utrata wagi w aktualnych warunkach wydawała się być najrozsądniejszą rzeczą na jaką wpadła dziewczyna. Musiała zacząć ćwiczyć - i w sumie już to robiła, gdy odłączała się od grupy i próbowała przypominać sobie to, co kiedyś widziała na filmikach Ewy Chodakowskiej i kilku zagranicznych trenerek. Czy dawało to jakieś efekty? Nie była pewna, nie ważyła ani nie mierzyła się, ale starała się za wiele nie jeść, no i większość ostatnich dni spędzała na świeżym powietrzu, chodząc po mieście jak durna, więc może i widać na pierwszy rzut oka nic nie było, ale wierzyła, że cyfry by rozwiały te wątpliwości na jej korzyść.

   Gdy znalazła się pod mostem, tam, gdzie na sznurku wisiała wskazówka, uśmiechnęła się do siebie zwycięsko. Zrobiła dwa dłuższe kroki i odwiązała ją, po czym odwróciła się gwałtownie, czytając co tym razem mieli zrobić.

   Na kartce, poza logo, wiele nie było. Krótkie zdanie, które bez kontekstu wydawało się całkowicie bezsensowne. „Panowie proszą panie”. Nic więcej. Mrużąc oczy próbowała dojrzeć jakiś jaśniejszy tusz czy bardzo drobny druczek, ale niczego tam nie było. Nawet nie zwróciła uwagi na to, że jej znajomi krzyczą, próbując zwrócić na siebie jej uwagę, ale gdy pociągnęli za sznurek, poderwała głowę, rzucając im pytające spojrzenie.

   Jednak wtedy było już za późno. Coś chlupnęło obok niej głośno, a później poczuła szarpnięcie za nogę.



   Wszystko rozegrało się bardzo szybko. Gdy Paulina nie zwróciła uwagi na ich nawoływanie, a zombie wpadł do wody obok niej, Tomek ruszył biegiem w jej stronę, nie przejmując się tym, że właśnie moczy sobie buty. Nie mógł strzelać, nie ufał sobie na tyle, by mieć pewność, że jej nie trafi, gdy ta zanurzyła się po szyję w wodzie. Widział jak wierzga, próbując najprawdopodobniej odkopać od siebie potwora, ale z każdą chwilą bardziej zaplątywała się w linę, uparcie próbując nie zamoczyć kartki i uciec z dala od zagrożenia. Nie miała nawet jak sięgnąć po nóż, bo puszczony przez nich kawałek liny stał się dla niej zabójczą pułapką, oplątując jej dłoń i szyję. Chłopcy mogli tylko obserwować jak raz po raz próbuje złapać oddech i trzymać głowę na powierzchni. Słyszeli jej krzyki, jednak równie szybko jak te się zaczęły, skończyły się. W tym momencie wydawało się im, że dzieli ich kilka kilometrów a nie kawałek rzeki. Tomek nawet nie zanotował, że za nim rzucili się pozostali, gotowi zrobić wszystko, by pomóc jego siostrze. Towarzyszył im tylko irytujący plusk, który brzmiał stanowczo za radośnie jak na sytuację, w której się znaleźli.

   Gdy tylko znaleźli się przy dziewczynie, blondyn rzucił się w stronę trupa, wbijając mu sztylet w czaszkę z takim impetem, że ten znalazł się w niej aż po rękojeść. Odepchnął zwłoki butem, odwracając się w stronę Pauliny, którą teraz trzymał Kamil, ściskając ją w pasie i pozwalając uspokoić się, polegając na tym, że w razie czego utrzyma ją na powierzchni. Dosłownie wisiała w jego ramionach, prawdopodobnie nawet nie stojąc na własnych nogach, a półsiedząc w wodzie, jednak jego przyjacielowi najwidoczniej to nie przeszkadzało. Wyglądał na wystraszonego i zmartwionego i dopiero, gdy Dec odwrócił się do niego, podciągnął jego siostrę, pomagając jej znaleźć się w pionie.

– Wszystko w porządku? – zapytał Tomek, stając bliżej niej i łapiąc ją za rękę, która wyraźnie drżała.

   Paulina nie potrafiła wydusić z siebie żadnego słowa, więc jedynie pokiwała głową, choć do „ w porządku” było jej daleko. Ale żyła. Jej narządy były na miejscu, więc wszystko skończyło się dobrze. Poklepała Maleca po ręce, dając znać, że już jest w stanie sama utrzymać się na nogach i odwróciła głowę w jego stronę z uśmiechem, ale nie trzeba było być jakoś specjalnie spostrzegawczym, by zauważyć, że nie był on ani trochę szczery. Brązowowłosy puścił ją, a ona poszła trochę niżej, schodząc z palców na pięty i zaraz skrzywiła się, jęcząc cicho z bólu. Kolana się pod nią ugięły, więc Kamil i jej brat wzięli ją pod ramiona, by nie narażała prawdopodobnie zranionej podczas szarpaniny nogi.

– Mogło być gorzej. – Spróbował pocieszyć ją Łukasz, zdejmując swoją koszulę i z pomocą chłopaków zarzucając ją jej na ramiona, by choć trochę ogrzać dziewczynę. W tym momencie trzęsła się tak strasznie, że chłopakowi zrobiło się jej szkoda. Wiedział, że to nie wina temperatury, a tego, co przeżyła, jednak takie gesty potrafiły uspokajać.

   Nikt mu nie odpowiedział, więc w ciszy wyprowadzili Paulinę z wody. Gdy znaleźli się na brzegu, Tomek odgarnął siostrze z twarzy mokre włosy i nagle usłyszał głośne „kurwa”. Spojrzał na Kamila, a widząc, na co ten patrzy, sam przesunął wzrok na nogę swojej siostry. Jak echo powtórzył słowa Maleca, blednąc momentalnie.

   Na łydce, tuż nad kostką Pauliny widniało spore ugryzienie. I to na pewno nie był odcisk zębów zwierzęcia.



   Na ekranie monitora w momencie pokazania śladu pojawił się wielki napis „BUM”, otoczony czerwono-biało-czarnym dymkiem rodem z komiksów. Grubszy, na oko dwudziestopięcioletni chłopak, zamarł z rękawiczkami w dłoni. Śledził uważnie show, a w ich pracy relacja leciała niemalże cały czas, nawet na kanale z muzyką były co jakiś czas aktualizacje na temat tego co dzieje się w Polsce. W miejscu, gdzie przeważnie leciała reklama ich zakładu, teraz był przekaz na żywo z apokalipsy dziejącej się dosłownie kraj dalej. Czy ugryzienie go zaskoczyło? Nie, już kilka osób umarło od tego, przyjmując zadanie od szalonego naukowca, który obiecywał im, że jego antidotum nie da im umrzeć i pozwoli szybko zaleczyć ranę. Problemem było to, że znał tę dziewczynę i jej brata, bo kiedyś pracowali z nimi, gdy odwiedzali rodziców. Wiedział, że nikt teraz nie będzie nastawiał się na powodzenie dziwnego eksperymentu, jednak…

– Gracjan, idziesz? – Czarnowłosa kobieta zajrzała do kantyny, uśmiechając się do niego przyjaźnie. Na szczęście póki co nie spojrzała na ekran. Wiedział, że to dlatego, że ciężko jest jej obserwować swoje dzieci zmagające się z potworami setki kilometrów od niej, ale prędzej czy później mogła by zerknąć, a on… Nie mógł pozwolić jej się rozkleić. Może jeszcze wszystko się ułoży. – Daniel nas goni, bo jesteśmy potrzebni na innej hali.

– Temu to zawsze się spieszy, mamy przecież jeszcze przerwę. – Przewrócił oczami i ruszył do drzwi, popychając ją delikatnie w odpowiednim kierunku. – Macie z Sławkiem jakieś plany na dziś? – zapytał lekko.

   Gdy wyszli, w telewizji rozległ się głos doktorka.

– Mamy kolejnego ochotnika! Ile dajcie mu czasu?


– Niewiele – mruknęła różowowłosa dziewczyna, zajadając paluszki przed laptopem.

   Wszyscy zginą. Czuła to. A rząd nie robił nic by rozwiązać to w inny sposób. Na szczęście ona zdążyła zrobić już część zapasów na „wszelki wypadek”. Nie da się zabić bez walki.





***

Dziękuję za przeczytanie, głosy w ankiecie i komentarze <3 Przepraszam, że rozdział tak późno, postaram się by kolejne pojawiały się częściej!



Pozdrawiam ;*



Post połączony: 19 Luty, 2019, 22:39:35
I ankieta!
Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się

dnia: 03 Styczeń, 2019, 14:58:04 2 Świat Zombie / Twórczy Kącik / Odp: Zombie Game

Wiem, że dawno nie było nowego rozdziału ;-; Jednak już wracam z publikacją! :)

9. Widz ma zawsze rację


   Paulina z Kamilem zbiegli na dół, kierując się prosto do salonu, gdzie teoretycznie powinni przebywać pozostali. Nie pomylili się, bo w momencie, gdy przekroczyli próg, ich oczom ukazała się cała grupa, wbijająca wzrok w pozostałości po jakiejś figurce, które rozsypały się po podłodze.

– Ktoś nam zdradzi co się stało? – zapytała Decowa, nie bardzo rozumiejąc o co ten cały raban. To tylko figurka.

   Okej, może byli w cudzym domu i zniszczyli cudzą własność, ale przecież to nic takiego. Jeżeli gra rozprzestrzeni się na cały świat to raczej ta jedna Matka Boska nie będzie aż tak wielką stratą. A jednak coś w ich minach mówiło jej, że to nie chodzi o strach przed złością właścicieli. Ich spojrzenia jasno dawały znać, że nie do końca wiedzą co się stało.

– Ta figurka… Po prostu spadła. – Ola podeszła do Pauliny i złapała ją za rękę, prowadząc do szafki. – Stała tam i spadła. – Uniosła dłoń, wskazując na samą górę. Jej delikatny głosik był dziwnie przyciszony, jakby bała się, że samo wypowiedzenie tych słów sprawi, że ponownie coś zleci im na głowę.

   Cóż, ustawienie miało sens, a jeżeli Matka Boska stała blisko krawędzi… Blondynka oparła rękę o mebel i pchnęła go lekko. Tak jak myślała - lekko się zakołysał.

– Kto z was biegał po salonie? – Zaśmiała się i poczochrała dziewczynkę, odwracając się by powiedzieć pozostałym, że prawie udało im się ją nabrać, ale oni nadal patrzyli w tamtą stronę dziwnym wzrokiem. – O co chodzi? – zapytała, wyraźnie zirytowana, ale i zaniepokojona. Jeżeli planowali sobie z niej dalej cisnąć bekę, to była gotowa dać im nauczkę.

   Jednak zanim zdobyła się na urażone prychnięcie i rzucenie tekstem, że takie żarty są słabe - bo może i boi się horrorów oraz tego, że mogą istnieć demony, ale nie jest na tyle głupia, by uwierzyć, że trafili do nawiedzonego domu - odezwał się Tomek.

– Nikt nie biegał. Samo spadło. – Podniósł się powoli z kanapy i kopnął jeden z większych fragmentów figurki. To jedno słowo zostało powtórzone już któryś raz z kolei i zaczęło irytować blondynkę. Samo na pewno nie spadło. – Ale coś szurało za ścianą. – Jej brat spojrzał jej w oczy.

   I teraz to miało sens. Znaczy… Nadal nie miało, ale przynajmniej wiedziała, że nie wierzą w duchy. Czyżby ktoś był po drugiej stronie? Ale teoretycznie to był koniec domu, więc niby jak? Nie żeby rozwiązań było wiele, z czego jedno głupsze od drugiego... Chyba że za domem były zombie i to one uderzyły w ścianę. To by mogło zostać uznane za jedną z najlepszych teorii na ten temat. Jednak przecież patrolowali okolicę, nie powinno nic ich zaskoczyć...

– Chcecie to sprawdzić? – zapytała w końcu.

   Na odpowiedź długo nie musiała czekać. Jej brat oraz pan Karol i Robert niemal od razu znaleźli się przy niej. Czyli pewnie zaplanowali to zanim zeszła z Kamilem. No cóż.

– Możemy iść. – Westchnęła.

   No co poradzi? Najwyżej podziurawią kilka czaszek i wrócą, nie ważne jak przerażające się to wydawało. Choć od dnia, gdy dowiedziała się, że zabijają też ludzi, których ugryzły te stwory, jej podejście do sprawy zmieniło się. Jakby ktoś przełączył trybik w jej mózgu. Liczyło się przetrwanie. Przez fakt, że ciągle mówiła sobie, że to nie czas na płacz, bo muszą walczyć, zaczynała obojętnieć. I wiedziała, że w końcu ten mur nie wytrzyma, a ona rozryczy się jak głupia. Ale to nie był ten czas. Liczne seriale nauczyły ją być twardą nawet wtedy, gdy ulubiona postać ginie. Bo one zawsze wracają. Jak nie w tym to innym serialu, ale wracają.

– Ty nie idziesz. – Tomek wskazał na dzieciaki. – Popilnujesz pozostałych. W końcu mieliśmy mieć dziś dzień wolny, no nie? – Uśmiechnął się i wyjął nóż z pochwy, którą miał przymocowaną do paska.

   Na jasnej twarzy dziewczyny na moment pojawiło się niezrozumienie. A co to ma do tego? To przecież żadna wymówka, oni też mieli sobie dać na wstrzymanie, a podczas ataku wiadomym było, że każdy powinien dać z siebie wszystko. A jednak postanowili ją odsunąć. Szybko jednak zrozumiała, że to nie dlatego, że jest dziewczyną lub że się o nią martwią. Wzrok Izy i Gosi, która siedziała obok niej był tak przeszywający, jakby obie chciały dorwać się do jej duszy i podzielić ją między siebie jak dwa demony nienawiści.

   Wzdychając cicho, skinęła jedynie krótko głową, po czym spojrzała na Olę.

– To co? Zajmiemy się sprzątaniem tego bałaganu? – Ponownie zburzyła dziewczynce fryzurę i ruszyła w stronę składziku, gdzie w tym domu przetrzymywane były wszystkie sprzęty i środki czystości.

   Słyszała za sobą, że Iza coś do kogoś szepcze i domyślała się, że pewnie to Gosi sączy jad do ucha. Nie bardzo wiedziała o co mogło pójść, w końcu ostatnio chyba się nie dogadywały, a przynajmniej tak wnioskowała z opowiadań Pauli. A jednak teraz czuła jakby zrobiła coś bardzo złego, choć totalnie nie miała pojęcia co.

   Nie zwlekając, wyjęła ze schowka miotłę i szufelkę, po czym wróciła do pozostałej w salonie grupy. Poza tamtą trójką wyszedł jeszcze Kamil. Na całe szczęście Łukasz został z nimi, teraz rozmawiając o czymś ze swoją siostrą.

   Paulina, nie patrząc na nikogo, podeszła do stłuczonej figurki, ale zanim zdążyła odłożyć szufelkę, pani Ewa wzięła od niej miotłę.

– Ja to posprzątam. Ty weź może Gosię i zacznijcie szykować obiad, co? Miałyście w planach przecież jakieś wymyślne danie. – Puściła jej oczko, po czym machnęła ręką, dając jej znać, że nie ma co dyskutować, bo jej decyzja jest świętością.

   Blondynka uśmiechnęła się jedynie, podając Oli szufelkę i spojrzała na swoją przyjaciółkę. Od zawsze chciały razem gotować, więc cieszyła się na myśl, że będą mogły to w końcu zrobić! I przy okazji porozmawiać, bo mina Rudzińskiej wyraźnie mówiła, że o coś się złości.

– Ja sobie odpuszczam, nie czuję się najlepiej. – Brązowowłosa założyła ręce na piersi, odchylając głowę w tył i patrząc na Decową mało przychylnym wzrokiem.

   Okej, to było coś niespodziewanego. Nie raz zdarzało im się pokłócić, ale Gosia nigdy nie obdarzyła jej aż tak chłodnym spojrzeniem. Nie wiedziała co Iza mogła jej powiedzieć, ale musiało to być coś niezwykle złego skoro Rudzińska odrzuciła ją od tak.

– Gosia. – Pani Ewa rzuciła ostro w stronę swojej córki. Nigdy nie lubiła Izy, bo dziewczyna już wcześniej pokazywała jak złym towarzystwem jest dla osoby tak ufnej jak jej dziecko, dodatkowo Paulina trzymała się od małego z Gosią, więc teraz nie była zbyt obiektywna. No i nie wiedziała o co złości się brązowowłosa, ale w tym momencie nie miało to aż takiego znaczenia. Bo w końcu nie ważne jak złe coś mogło się wydawać to te dwie zawsze dochodziły do porozumienia. Po minutach, godzinach, czasem dniach, ale nigdy się nie zdarzyło by trwało to dłużej niż tydzień. Za bardzo lubiły swoje towarzystwo. – Idź. – Jej ton jasno mówił, że nie życzy sobie żadnych sprzeciwów.

   Zanim jednak Gosia zdążyła po raz kolejny stwierdzić, że nie może wziąć udziału w tym jakże ważnym przedsięwzięciu, Paulina machnęła ręką.

– Ugotuję z Paulą i Laurą, nie ma sensu nikogo przemęczać, mamy sporo drogi do przebycia. – Na twarzy blondynki pojawił się uśmiech, choć w jej oczach widać było zawód. Na szczęście dziewczyny jej nie wystawiły, podnosząc się radośnie z miejsc.

– Mam nadzieję, że makaron z sosem wpasowuje się w pojęcie skomplikowanego dania. – Szkiel klasnęła w dłonie radośnie.



   Tomek wyszedł z domu jako pierwszy. Paulina ostatnio robiła sobie wrogów wśród znajomych, zbliżając się za to niepotrzebnie do Kamila. Niby nie było to coś wielkiego, wcześniej już ze sobą gadali, ale siedzenie razem na strychu… Go może by to nie ruszyło, ale Iza przedstawiła to Gosi w dość brutalny sposób. Doskonale słyszał jak szeptała o wspólnym oglądaniu zdjęć ręka w rękę, noga w nogę, bez przestrzeni między sobą. Wierzył w to? Nie wiedział. Ale nawet jeżeli tak było to był pewien, że między nimi nic nigdy nie zaiskrzy. Paulina nie interesowała się jakoś specjalnie chłopakami. Lesbijką nie była, wiedział o tym, ale z jakiegoś powodu interesowali ją bardziej chłopcy 2D lub serialowi - Kamil musiałby zostać bohaterem Supernatural, The Walking Dead lub jakiegoś anime by zaczęła do niego wzdychać. Z Gosią jednak było inaczej. Dziewczyna może i znała oboje, ale jej ta sprawa dotyczyła, nie patrzyła na to z szerszej perspektywy. Nie miał zamiaru się wtrącać między nich, był pewien że załatwią to szybko, ale i tak szkoda mu było siostry. Mieli prywatną apokalipsę zombie, musiała zabijać ludzi, narażać własne życie, użerać się z Izą i jeszcze teraz radzić sobie z Gosią. On sam miewał problemy by normalnie funkcjonować, niby pchał się razem z innymi do walki, ale nie dlatego, że chciał. Ba. Nie dlatego że musiał. Tak wypadało. Pasowało mu do charakteru. Głupie? Owszem, ale od tak dawna robił wszystko by być kojarzony i uważany za “tego” Tomka, że i w tym momencie było to bardziej przyzwyczajeniem niż czymkolwiek innym. No i nie chciał pozwalać innym walczyć samym. Może i nie był specjalnie silny i szybki, ale nadawał się do tego bardziej niż Robert czy Paulina. A nawet i dwie Pauliny.

– Jest cicho – zauważył Karol.

   Miał rację. Zombie zawsze wydawały z siebie jakieś niezrozumiałe powarkiwania, czasem w coś uderzały, a w tym momencie nie słyszeli nic. Jakby nikogo za domem nie było.

   Dec przyspieszył, wyglądając zza rogu domu na jego tyły i…

– Pusto – powiedział zaskoczony.

   Kamil, jakby mu nie wierząc, sam zerknął za budynek, a zaraz za nim dołączyli pozostali.

– Nie rozumiem. – Robert wyglądał jakby ktoś mu strzelił w twarz.

   Jego zaskoczenie było tym dziwniejsze, że chłopak raczej nie wyglądał jakby palił się do walki. Jego dziwne zachowanie sprawiło, że Karol oderwał wzrok od ściany.

– A co tu jest do rozumienia? – Prychnął głośno Kamil, ale od dalszej wypowiedzi powstrzymał go Tomek.

– Coś pominęliśmy i tyle. W domu nie ma duchów, jeżeli to wam przeszło przez myśl.  – Blondyn potrząsnął głową z rozbawieniem.

   Jego żart jednak nie został przyjęty tak, jak myślał. Pozostali przedstawiciele płci męskiej rzucili mu wiele mówiące spojrzenia, po czym rozejrzeli się po okolicy.

   Skoro zombie nie stały przy ścianie to gdzie? A może to nie one? Może to ludzie? To też byłaby jakaś opcja. Nie pomogło by im powiększenie grupy o kolejne osoby, ale przecież lepsze to niż kolejna walka z chodzącymi trupami. Rozwalanie czaszek stało się w ostatnich dniach tak częste, że przestawali uważać to za coś dziwnego i niewłaściwego.

– Halo?! Jest tu ktoś?! Nie chcemy problemów! – Tomek uniósł ręce w obronnym geście, chcąc w ten sposób pokazać, że nie ma złych zamiarów.

   Robert spojrzał na niego jak na debila.

– Co ty odwalasz? – zapytał, unosząc brew z prowokacyjnym uśmiechem – Myślisz, że zombie kulturalnie ci odpowie “Hej, tutaj jestem!”? Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale to dość bezrozumne istoty. – Lakoniczny, pełen wyższości głos chłopaka sprawił, że Kamil nie mógł przejść obok tego obojętnie.

   Tomek był jego przyjacielem. On mógł to wyśmiewać, nie jakiś leszcz, który gówno potrafi zrobić, a ciągle zachowuje się jak nie wiadomo kto.

– A ty skąd to niby wiesz skoro ciągle się migasz od roboty? – Na twarzy Maleca widać było pogardę. Nienawidził takich ludzi. Teraz też nie chciał z nimi iść, ale pan Karol wjechał mu na ambicję przy dziewczynach, więc ruszył szanowną dupę z fotela, obdarzając ich tak zirytowanym spojrzeniem, że przez chwilę pożałowali, że postanowili choć w pięciu procentach uwierzyć w jego zdolności i pozwolić mu pilnować własnych pleców.

   Między nimi zapanowała cisza. Wijko wyglądał jakby zaraz miał przywalić Kamilowi, Kamil mrużył oczy jakby na to liczył, Tomek obserwował ich z zainteresowaniem, a Pan Karol nie wiedział co zrobić. Z jednej strony wiedział, że jako osoba dorosła powinien zareagować i powstrzymać ich od zrobienia czegoś naprawdę głupiego, co mogło by ściągnąć na nich niebezpieczeństwo, ale z drugiej czuł, że Robertowi należała się jakaś nauczka. Zanim jednak zdecydował się by coś zrobić, coś zaszurało kawałek od nich.

   Zlokalizowanie źródła dźwięku zajęło im chwilę. Kierując się wzdłuż ściany, tuż pod oknem z drugiej strony domu, znajdowały się drzwi prowadzące pod budynek.

– W takich momentach krzyczy się na filmach by tam nie schodzić, nie? – zapytał Malec, przenosząc wzrok z drewna na Tomka.

   Żaden z nich nie spodziewał się znaleźć tu takiego zejścia. W amerykańskich filmach było to popularne, ale w Polsce nigdy czegoś takiego nie widzieli. Nie pasowało to do zwyczajnej wioski - czy też miasta - w ich kraju. Jakby ktoś specjalnie to tu postawił, by urozmaicić historię.

– Uznaj w takim razie, że ja krzyczę. – Tomek nie brzmiał na zadowolonego ze znaleziska. Musieli wiać stąd póki mogą, kto wie czy w środku nie ma innego wejścia, którym te stwory mogłyby dostać się do domu, bo tego, że coś w środku się znajduje byli bardziej niż pewni.

– A jak tam ukryła się rodzina? No wiecie, z tego domu… – Robert wyprostował się gwałtownie.

   Pozostali z góry założyli, że to miejsce nie jest bezpieczne, ale co jeżeli mylili się, a tamci utknęli w jakiejś dziurze bez jedzenia i wody? Mieli zostawić ich na pewną śmierć? Może i Wijko nie należał do najodważniejszych osób, ale nie planował pozwolić komuś umrzeć, bo im szkoda było chwili na zajrzenie i upewnienie się czy to na pewno zombie. Może i właśnie tkwili pośród prywatnej, małej apokalipsy, ale to nie znaczyło, że mieli przestać być ludźmi! Choć widząc Paulinę, która bez skrupułów rozwalała czaszkę jakiegoś umarlaka zaczynał wątpić w stan psychiczny ich “ekipy wypadowej”, jak nazywała ich Ola.

   Kamil westchnął cicho. Ten idiota miał rację. Nie mogli tak po prostu stwierdzić, że jedyne co się tam znajduje to kierowane nieznaną im siłą zwłoki, choć logika podpowiadała, że skoro było tak spokojnie przez dłuższą chwilę to teraz czeka ich jakaś mało przyjemna sytuacja. Prawie jak z tą ciszą przed burzą w horrorach, gdzie widz przyzwyczaja się do miłej atmosfery i nagle dostaje jumpscara na twarz. Ale mieli wybór? Jeżeli tam naprawdę byli ludzie to zostawienie ich na pewną śmierć było równie złe jak morderstwo. Nie mogli sobie pozwolić na to, by ich własny strach odebrał im te z odruchów, które świadczyły o tym, że są ludźmi a nie potworami.

– Robert ma rację. Nie możemy tego po prostu olać. I choć serio wolałbym tam nie schodzić… – Malec spojrzał na Tomka z wyraźnie niezadowoloną miną, ale w jego oczach błyszczała pewność siebie. – To chyba nie jesteśmy takimi skurwielami, by zostawić kogoś w potrzebie, co nie?

   Tomek nie odpowiedział mu na to pytanie. Szczerze? Wolał by zostawić tę rodzinę w spokoju - w końcu skoro zeszli to pewnie przygotowali się na spędzenie tam dłuższej chwili, no nie? Jednak brązowowłosy tymi kilkoma słowami obudził jego sumienie i choć umysł wołał jedno, to serce zaczynało drzeć się po swojemu. Nie mógł z tym za bardzo dyskutować, zwłaszcza, że cała grupa wyglądała na zdecydowaną by sprawdzić to dziwne i niepokojące miejsce, więc - by nie wyjść na gorszego, tchórzliwego czy też słabego, bo Tomek wręcz nie lubił jak się go pochopnie oceniało - po prostu machnął ręką, dając znać chłopakom, że mają otwierać. W końcu nie ma po co czekać, im szybciej to zrobią tym szybciej wrócą do domu. Musiał trzymać się tej myśli by nie zacząć szukać wymówek.



– Nie schodźcie tam, nie schodźcie tam, nie schodździe… – Powtarzała pod nosem czarnowłosa dziewczyna, siedząc na kanapie i wpatrując się w swojego laptopa.

   Od jakiegoś czasu to stało się jej rutyną. Wracała ze szkoły, włączała laptopa i oglądała to cholerne show, czując jakby robiła coś złego. Ale i bawiła się przy tym dobrze. Bo może i cudze cierpienie nie powinno być tematem tweetów i filmików na YouTube, ale z jakiegoś powodu wciągało to ją. Nie była pewna czy to wina tego, że dzieje się to naprawdę, kilkaset kilometrów od niej czy może wytypowanych uczestników, ale naprawdę czuła się uzależniona.

   Miała szczęście, że to nie ona i jej rodacy zostali poddani tak powalonej próbie. Że może bezpiecznie obserwować te wydarzenia z daleka. Że…

   Że jest chroniona przez dziwną barierę, która nie pozwala się wydostać trupom poza obszar Polski. To, że nie pozwala innym wejść to inna sprawa. Mało istotna. W końcu to nie ona ryzykuje życie, więc dlaczego miałaby się tym przejmować? Poradzą sobie. To tylko show.

– Cholera – zaklęła głośno.

   Nagle zza drzwi wyjrzała równie ciemna głowa, tym razem chłopaka widocznie starszego od niej.

– Weszli? – zapytał, wycierając talerz i zerkając na ekran za swoją kuzynką.

– Idioci. – Westchnęła w odpowiedzi, kiwając głową na potwierdzenie jego przypuszczeń.

   Czasami naprawdę się zastanawiała jak można być aż tak głupim. Już tyle razy prawie dali się zabić!

– Jak tak dalej pójdzie to skończą jak pierwsza grupa – powiedział posępnie chłopak, jakby czytając jej w myślach.

   Dziewczyna spojrzała na niego z krzywym uśmiechem. Miał rację. Każda kolejna akcja tego typu mogła doprowadzić do ich zguby, ale najwidoczniej im wydawało się, że doskonale wiedzą co robią. Cóż. Nie jej sprawa, ale szkoda by było. Przyjemnie oglądało się jak zżyta grupa zaczyna się ze sobą kłócić. Zwłaszcza ta nagła niechęć Gosi do Pauliny… To mogłoby być ciekawe.

– Za głupotę się płaci. – Rzuciła z przekąsem.

   Długo tęsknić za nimi nie będzie. Nie byliby pierwszymi ofiarami, których zgon wstrząsnął światem, dając znać, że to jednak nie głupi żart. Pierwsze nazwiska były tragedią, każde kolejne to tylko liczby. Ot, statystyka.



– Co znowu jest z wami nie tak? Ostatnią kłótnię jaką miałyście, rozpoczęłyście przez jakąś randomową wariatkę, która rozgadywała o was niestworzone rzeczy, twierdząc, że to ta druga jej powiedziała. Macie zamiar znowu się na siebie boczyć przed dwa tygodnie i próbować nawzajem ściąć nieprofesjonalnie włosy lub wepchnąć się w kupę? – Paula wskazała na Decową oskarżycielsko nożem i zaraz wróciła do krojenia warzyw.

   Blondynka przewróciła oczami. Przecież ona nic takiego nie zrobiła! Nie rozumiała czym mogła urazić lub podpaść Gosi, by ta tak łatwo dała się omotać Izie, ale szczerze? W tym momencie miała ważniejsze sprawy na głowie niż fochy przyjaciółki. Musieli dorwać karteczki, zakończyć to całe szaleństwo i - co najważniejsze - przeżyć. Pogadać mogą później, a zawsze też istniała szansa, że jakoś wszystko się wyjaśni podczas tej mało przyjemnej przygody. Po co więc miała sobie psuć humor skoro i tak nic na tym nie zyska? Prawie w ogóle się nie widują, mimo, że spędzają razem całe dnie, bo po wypadach Gosia ciągle siedzi z Kamilem lub dziewczynami, a Paulina… No. Śpi, je, udaje, że odpoczywa i czasem - ukryta przed oczami innych - ćwiczy, by w razie dłuższej ucieczki nie męczyć się tak bardzo.

   Boże! Jak ona żałowała, że jednak nie zaczęła tej diety! Niby potrafiła się rozpędzić, nie miała jakoś specjalnie ograniczonych ruchów, ale i tak widziała, że zawsze jest w tyle. Nie chciała by ludzie musieli się za nią oglądać i - co chyba było nawet ważniejsze niż to pseudo empatyczne pierdolenie - dać się pożreć, bo tłuszcz ją spowalniał. Może i nie był to najlepszy moment na dietę i ćwiczenia, ale lepiej późno niż wcale, no nie? Ważne tylko by nie mieć zakwasów i nie zemdleć z głodu! Choć pewnie nie jedna dietetyczka i trener personalny by się złapał za głowę na pomysły, jakie zrodziły się jej w głowie.

– Po pierwsze, to była poważna sprawa. Po drugie, pchanie w psią kupę od zawsze było najgorszą możliwą karą. Po trzecie… – Paulina urwała na chwilę. Zabrakło jej argumentów potwierdzających, że wtedy naprawdę nie było innego wyjścia niż cicha wojna pełna pułapek. – Czego ty wymagasz od dziesięcio- i czternastolatki? Ufałyśmy obie Uli, a że przyjeżdżała jedynie na wakacje do babci to jak mogłyśmy ją podejrzewać o cokolwiek? To tylko miła wnuczka pani Dagmary! – Blondynka potrząsnąła głową. – Ale wątpię, że to coś tak trywialnego jak plotki wyssane z palca. Gosia nie jest już dzieckiem. Znaczy… Okej. Może nadal obie za dorosłe nie jesteśmy. – Przewróciła oczami, gdy jej przyjaciółka uniosła brew. To, że ma dziewiętnaście lat nie znaczy, że jest dorosła! Pełnoletność to tylko niewyraźna granica, z której przekroczenia każdy cieszy się jak głupi. Ale to tylko iluzja. – Ale znamy się na tyle, by nie obrażać za pierdoły. – Uśmiechnęła się, wrzucając makaron do wody, a po chwili jej twarz spochmutniała. – A przynajmniej tak mi się wydawało. – Westchnęła.

   Nie chciała o tym rozmawiać. Lepiej było udawać, że wszystko jest w porządku - dla swojego i ich dobra. Może i stosowała w tym momencie technikę ignorowania problemu, mając nadzieję, że ten magicznie zniknie, ale kogo to obchodziło? Każdy czasem sięga po najprostszą broń, więc nie im oceniać było jej zachowanie. A przynajmniej tak próbowała sobie wmówić.

– Paulina… – zaczęła Laura, ale dziewczyna nie dała jej dokończyć.

– Mamy jakieś mięso? Na samych warzywach i makaronie długo nie pociągniemy. – Zerknęła w stronę lodówki. – Zresztą co ja się łudzę. I tak pewnie już zepsute. – Ton jej głosu jasno mówił, że zmiany tematu dokonała specjalnie i wolałaby, aby przy nim pozostać. Na jej nieszczęście towarzyszki miała równie irytujące i upierdliwe, jak ona sama.

– Tak zepsute jak twój mózg. – Burknęła Laura, mierząc ją zirytowanym spojrzeniem.

   Nie przepadała za Decową, ale były na siebie skazane, a to oznaczało, że jej relacja z tą grubą krową będzie wpływała na jej ogólne samopoczucie. No i powiedziała jej o ciąży. Musiała mieć pewność, że ta się nie wygada, bo tym, czego chciała najmniej były oskarżycielskie spojrzenia rzucane w jej kierunku przez tych wszystkich idiotów. Wolała być nadal uznawana za wyluzowaną, fajną Laurę, którą wszyscy lubią i która potrafi wkręcić się w każde towarzystwo. Naklejka “dziwki” czy też “nastoletniej matki” nie bardzo jej pasowała. Psułaby jej wizerunek.

– Słuchaj. Jeżeli myślisz, że pozwalanie Izie na trucie waszej znajomości jest w porządku to jesteś większą debilką niż myślałam. Weź się w garść i łaskawie zepnij poślady, dorwij Gosię i porozmawiaj z nią, bo inaczej… – Nie dane jej było skończyć.

– Bo inaczej co? Wykpisz mnie? Nic innego robić nie umiesz. To nie twoja sprawa, więc łaskawie zamknij mordę, albo… – W tym momencie w jej potylicę uderzyła cholernie twarda książka. Blondynka jęknęła głośno i spojrzała zaskoczona na Paulę. – Co to miało być? – zapytała urażona.

– Opamiętanie. Ogarnij się i nie wściekaj, Laura dobrze mówi. Zachowujesz się jak dziecko, któremu mama nie pozwoliła się pobawić na dworze, więc marudzi na widok każdej zabawki, którą ta podtyka mu pod nos. – Dziewczyna poprawiła okulary na nosie i odłożyła z trzaskiem tomiszcze. – Jesteś dorosła, więc się zacznij tak zachowywać. I nawet nie zaczynaj z tekstem o apokalipsie i odłożeniu tego w czasie, bo są rzeczy ważne i ważniejsze – dodała, gdy niebieskooka otworzyła usta by zaprotestować.

   Okej. Prawdopodobnie Raba i Szkiel miały rację, ale co z tego? Paulina nie chciała rozmawiać z Gosią. Można powiedzieć, że raz na jakiś czas miewała momenty, gdy potrzebowała się na kogoś powściekać i popłakać, że jest niewinna i obrywa za nic. Dobre ściśnięcie serca jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a gula w gardle pozwalała czasem na wydobycie tych słów, które wcześniej nie były w stanie się przez nie przecisnąć. Ale nie mogła machnąć na nie ręką, bo nie dość, że nie zaznała by spokoju to jeszcze by się obraziły, a utracić kolejnego oparcia nie mogła. Bez Pauli… Bez Pauli nie miałaby nikogo. No dobra, może lekko dramatyzowała, ale nie chciała by ta ją opuściła, więc grzecznie skinęła głową, uśmiechając się przepraszająco.

– Pogadam z nią. Jutro. – Na widok niezadowolonych min dziewczyn uniosła dłoń, by dać znać, że jeszcze nie skończyła. – Dam jej czas. Teraz jest zbyt zła, by mnie wysłuchać, skończy się na jednej, wielkiej kłótni. Ale zrobię to! Jakem Paulina Dec! – Blondynka przyłożyła rękę do piersi i uśmiechnęła się szeroko.

   Cóż. Lepsze kłamstwo i późniejsze konsekwencje niż prawda i kara w tym momencie.



   Schodząc do tej dziwnej piwnicy, młodzi mężczyźni czuli niepokój. Tak, już nie byli zwykłymi chłopcami. Byli na tyle dorośli by podjąć świadomą decyzję i wpierdolić się w największe bagno, jakie widzieli, a wszystko tylko po to, by upewnić się, że nie zostawiają przypadkiem na śmierć niewinnych cywilów.

   Cywilów, którymi i oni byli, ale w przeciwieństwie do zabunkrowanej rodziny - postanowili walczyć. Dać z siebie wszystko i pokonać każdą przeszkodę, by zakończyć ten głupi eksperyment społeczny. Co było prawdziwym celem gry? Nie wiedzieli. Podejrzewali jednak, że chodzi o zachowania ludzi w sytuacjach *realnego* zagrożenia życia, konieczności przetrwania w niesprzyjających warunkach oraz o to jak długo posiadać będą ludzkie odruchy.

   Posuwali się powoli do przodu, starając nie rozdzielić, ale też nie iść w kupie - źle by się mogło dla nich skończyć, gdyby od przodu zaatakowała ich horda trupów. Tomek, choć przeciwny schodzeniu, szedł na czele, świecąc latarką, którą ostatnio nosił przy sobie niemal cały czas i trzymając broń w pogotowiu. W razie czego gotowy był strzelać. Obok niego, z nożem w ręku, podążał Kamil. Twarz chłopaka była skupiona, ale zmarszczka między oczami wyraźnie mówiła o tym, że czymś się stresuje - i co najlepsze, to nie były zombie. Gosia zachowywała się dziwnie, a on bał się, że mogła dostać gorączki. W takim stanie zawsze się na wszystkich obrażała, a jako że nie widział innego powodu to…

   Nagle coś trzasnęło za zakrętem. Malec momentalnie się zatrzymał i wbił wzrok w swojego przyjaciela. To nie brzmiało przyjaźnie, to raz, a dwa - im bardziej brązowowłosy wsłuchiwał się w odległe odgłosy, tym bardziej był pewny, że to nie ludzie, a…

– Zombie. – Pan Karol złapał Tomka za łokieć, ciągnąc go delikatnie w tył.

   Powinni się wycofać. To na pewno była lepsza opcja niż pchanie się w łapy nieumarłego wroga, któremu nie tyle zależało na ich śmierci co na posileniu się. Zwykły, pierwotny instyknkt, tak zabójczy dla niewyszkolonych nastolatków. Nie powinni mieć im za złe, że chcą przetrwać, sami robili to samo, ale gdy patrzyli w te żółte oczy - jak mogli ich nie nienawidzić? Te potwory zabiły Kamilę. Może i nie była przyjaciółką każdego z nich, ale jakaś nikła więź się między nimi pojawiła. Choćby troska o drugiego członka grupy.

   Niestety zanim zdążyli wykonać taktyczny odwrót, Robert ruszył przed siebie, wymijając ich z głośnym prychnięciem. Tchórze. Jeden dźwięk nie świadczył o tym, że nie było tam żywych ludzi. Może się wystraszyli ich? Głupcy. Aż miał ochotę pokazać im, że mają wypierdalać skoro boją się działać, ale wiedział, że pomoc zawsze się przyda.

   Niewiele myśląc skręcił w prawo i to prawdopodobnie był największy błąd w jego życiu. Nawet nie zdążył się rozejrzeć - choć bez latarki Tomka było to utrudnione - a już ktoś rzucił się mu do gardła. Chłopak wrzasnął głośno, próbując się wyrwać, ale jedyne co osiągnął to kilka kroków w tył. Kroków, które sprawiły, że atakujący go zombie ruszył przed siebie, napierając ciałem na chłopaka, aż…

   Z ust Roberta wydobył się przeraźliwy wrzask. Pozostali, niewiele myśląc, rzucili mu się na pomoc, gotowi odciągnąć potwora jak najdalej i zabić, gdy będą pewni, że nie ugryzie żadnego z nich. Problemem jednak było to, że trup najwidoczniej nie był typem samotnika i potrzebował towarzystwa by się dobrze bawić. Dla chłopaków nie oznaczało to niczego dobrego, bo gdy oni dorwali się do jednego, pozostałe postanowiły włączyć się do zabawy.

   Tomek zaczął strzelać na oślep, mając nadzieję, że jakoś trafi chociaż część zombie, bo w tym mroku ciężko było dostrzec ile ich naprawdę jest. Trzy? Pięć? Może więcej… Nie byli jakoś specjalnie dobrzy w określaniu ilości za pomocą zmysłu słuchu. Warczenie to warczenie - na pewno nie było jedno, ale konkretniej określić żaden z nich nie umiał. Nawet Karol, któremu wydawało się, że to nie może być takie trudne.

   Kamil sprawnym ruchem wbił w czaszkę trupa trzymany w ręce nóż, kątem oka sprawdzając czy coś nie przedostaje się za blisko jego przyjaciela. I kuźwa miał idealne wyczucie, bo jeden z trupów właśnie czołgał się w stronę blondyna. Pozwalając opaść na ziemię poprzednim zwłokom, sam padł na kolana, by przypadkiem nie znaleźć się w zasięgu strzałów Tomka. Powoli przesunął się w stronę przyjaciela i gdy tylko zombie wyciągnął swoje łapy, by pochwycić blondyna - zamachnął się. Jeden celny cios i było po problemie. I w tym momencie jakby czas przyspieszył. Kamil podniósł się, Tomek zmienił broń z pistoletu na nóż, a Karol ruszył w dziką szarżę, prosto na atakującą ich grupę… Trzech zombie.

   Tylko. Zaskoczeni tak małą ilością żywych trupów na moment dali im szansę, by zbliżyły się do mężczyzny, szarpiąc za ubrania. Karol jednak nie należał do osób, które łatwo poddawały się emocjom - nawet jeśli strach sprawił, że drżała mu ręka. Złapał najbliższego napastnika i próbował za pomocą jego ciała odgrodzić się od pozostałych. Zombie może i miały więcej siły, ale adrenalina pozwoliła mu przez tę chwilę walczyć z nim jak równy z równym. I właśnie te kilka sekund, które sam wyrwał przeznaczeniu, pozwoliły Tomkowi i Kamilowi dobiec do pozostałej dwójki i szybko się ich pozbyć.

– Następnym razem, gdy pojawi się choć cień szansy, że to scena z taniego horroru to pamiętajcie, żeby mi przypomnieć, że widz jednak zawsze ma rację. – Mruknął cicho Tomek.

   W odpowiedzi wszyscy usłyszeli głośny jęk Roberta, a to, co zobaczyli… No, nie mogło być gorzej.



   Mężczyzna w srebrnej masce rozłożył szeroko ręce, uśmiechając się niemal przyjaźnie. Musiał przyznać, że nie spodziewał się, iż jedna grupa wpadnie w nieświadomie zastawioną zasadzkę drugiej. Poprzedni “mieszkańcy” tego domu zagonili zombie do piwnicy, nie chcąc ich zabijać. Byli mniej skłonni do odbierania życia niż obecna na ekranie paczka przyjaciół. Cóż. Liczył na to, że rozwinie się to w coś ciekawego, bo mimo upływającego czasu, widzów nie ubywało. Nadal ludzie śledzili losy Polaków, jakby to było zwyczajne show. I dostawał odpowiedzi na swoje pytania. I na ankiety.

– Kochani! – zawołał – Jak myślicie? Której grupie powinniśmy rzucić więcej kłód pod nogi? A może… Chcecie zobaczyć powolną przemianę w zombie? Głosujcie na mojej stronie, a nie zabraknie wam rozrywki! – Zaśmiał się, a w zminimalizowanym ekranie pokazała się wykrzywiona bólem twarz Roberta.

   Tak. Musiał ich jeszcze przetestować. Osoba, która miała zakończyć apokalipsę musiała być idealnym kandydatem. Nie ważne ile osób przez to zginie, w końcu ratują świat, prawda?

***
Przepraszam, że tak długo nic nie pisałam (chociaż pewnie mało kto to czyta), ale już pisze rozdział 10! I obiecuję, że wrzucę go od razu jak skończę! ^^
Strony: [1]