Posty z podziękowaniami

Show post that are related to the Thank-O-Matic. It will show the messages where you give a Thank You to an other users.


Wiadomości - Lady Makabret

- Zamknijcie się i siedźcie cicho, jeśli wam życie miłe - Miyoshi krzyknęła półtonem wybiegając z zakrystii.
- Co? Co się stało? - zapytał jeszcze bardziej zestresowany Michael.
- Widziałam ich z okna...
- Kogo? Uspokój się i mów o co chodzi! - Harrison powiedział to takim tonem, jakby musiał pozbyć się problemu i zostać w tym kościele, by sprawdzić każdy jego zakamarek.
- Szwendy! Jest ich tyle, że spokojnie zdążą nas zjeść w ciągu 10 minut.
- Ellie! Idę po nią!
- Lara, za późno. Jeśli cię zobaczą, to mamy przesrane. Ellie cały czas się rozglądała, pewnie teraz spokojnie leży w Vivaro.
- Harrison, do cholery! Nie mogę jej tam tak zostawić.
- Boże, Lara, nie rozumiesz, że Ellie jest bezpieczna, a to my będziemy mieli kłopoty, jeśli teraz tam wyjdziesz?
- Dobra, ale niech jej się coś tylko stanie, to mnie popamiętasz...

~

- Philip
- Tak Alice?
- Tak ci zależało, żeby zdobyć plecak z campera, a właściwie nic z nim nie zrobiłeś.
- Po prostu chcę go mieć przy sobie. Mam tam wiele rzeczy, do których jestem przywiązany.
- Tylko jakich?
- Tak bardzo cię to ciekawi? - Philip wstał, sięgnął do najmniejszej kieszeni w plecaku. - To są wysuwane noże po moim bracie... Chcę żebyś wzięła jeden. Pora stać się dzielną dziewczynką - Philip zasunął plecak i wręczył nóż Alice.
- Pora stać się dzielną dziewczynką? - zapytała z uśmiechem Alice.
- Tak. Nawet nie wiesz, jak wiele dla mnie znaczy to, że jesteś tu przy mnie. Jesteś moją podporą, Alice - Alice spojrzała w oczy Philipa i lekko poczerwieniała. - Alice, spójrz na naszą grupę. Ja, ty, twój brat i 4 innych facetów. Ufam tylko tobie i twojemu bratu. Nie podoba mi się to, by czterech dorosłych gości pozwalało, żeby rządził nimi najmłodszy z nich. Coś prędzej czy później musi się sta... - Alice słuchała przez chwilę Philipa, ale przerwała jego mowę pocałunkiem, po czym rzuciła go na łóżko. - Poczekaj, ja ci pokażę dzielną dziewczynkę...

~

Podczas gdy Philip i Alice zajmowali sie sobą, w salonie toczyła się poważna rozmowa.
- Panowie. Co zamierzamy zrobić z drugim wejściem do posesji? - Eric spoglądał na wszystkich.
- Gdzie jest moja siostra i Rocker? - Eric spojrzał z lekkim wyrzutem na Billego.
- W swoim pokoju... Rocker powiedział że ma to w dupie i idą spać...
Dylan przerwał niezręczną ciszę
- Powinniśmy podzielić się na grupy i iść wzdłuż płotu, aż coś znajdziemy.
- Dobra, ja i Abraham zaczniemy od lewej strony bramy, a Billy i Eric z prawej - do rozmowy wtrącił się Charlie.
- Charlie, a ja to co? Mam siedzieć na dupie i nic nie robić? - Dylan wrzasnął, lekko poirytowany całą sytuacją.
 Billy spojrzał na Dylana i dał mu szybką odpowiedziedź:
- Szanujemy cię, ale dostałeś w nogę. Szybciej pójdzie, jeśli to my się tym zajmiemy. Możesz wypatrywać jakiś zmian z dachu.
- Dobra niech wam będzie. Teraz proponuję iść się wyspać, czeka nas baaardzo ciężki dzień, eh.

~

- Miyoshi, wyjrzyj przez okno!
- Lara, chciałabym. Jest cholernie ciemno, nie jestem w stanie powiedzieć, ilu ich tam jest. I czy w ogóle jeszcze tam są.
- Dobra, rzucę tam okiem... Jest ich tylko kilka, sądzę że gdybyśmy szybko pobiegli do wozu, to nawet może by nas nie zauważyli.
- Bierzcie rzeczy! Harrison, zaraz się przekonamy, czy miałeś rację...
Grupa biegnąc do vivaro zwróciła uwagę tylko kilku szwend.
- Harrison! Kurwa! Nie ma jej!
- Wyrażaj się, Laro! - głos wydobył się z tyłu vivaro.
- O boże, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię słyszę...
- Lara wsiadaj do tyłu, musimy się spieszyć, ja prowadzę - jedynie Michael zdawał sobie sprawę, że goni ich kilka szwendaczy i trzeba się spieszyć.
- Udało się - odetchnęła z ulgą Miyoshi. - Wszyscy są?
- Tak, wszyscy są. W końcu jedziemy do domu - Harrison odpowiedział z dziwnym grymasem.

~

- Philip, Philip, wstawaj, szybko, to nie są żarty, stało się coś strasznego!
- Boże młody jest siódma rano. Daj mi spać, do cholery!
- Nie Philip, to coś poważnego, wstawaj, szybko, musimy uciekać! Philip, Philip!


- Philip, Philip. Obudź się! Znowu miałeś ten koszmar?
- Tak Alice, znowu ten koszmar. O rany... Ufff - Philip udał się do łazienki. Najpierw spojrzał w lustro, a później na swoją siekierę.
- Tato, przepraszam. Tak mało brakowało... Tak mało brakowało i bylibyście tutaj ze mną...

~

- Michael zaparkuj vivaro koło hummera i pomóż mi nieść rzeczy. Panie, możecie iść na statek.
Miyoshi po drodze zaczepił Larę. - Wiesz może o co mogło chodzić z tym kościołem?
- O co ci chodzi? - zapytała zdezorientowana Lara.
- O Harrisona. Całe tamto miasto było straszne, a on chciał sobie obejrzeć kościół? Coś jest na rzeczy.
- Sama chciałabym to wiedzieć. Harrison nigdy nie zachowywał się tak dziwnie, aż do teraz...
- Co bierzemy najpierw? Leki,  jedzenie czy ubrania?
- Jakie ubrania, człowieku? - zapytał Michaela dosyć zdziwiony i poirytowany Harrison.
- Tak. Zapomniałem, że nie wzięliśmy żadnych ubrań. Miyoshi zauważyła, że koło apteki był jeden sklep z ubraniami.
- Proponujesz, żebyśmy tam jechali? - Harrison szybko popatrzył w stronę Michaela.
- No raczej. Zauważyłeś, jak nasze ubrania śmierdzą?
- Dobra. Jedziemy tylko we dwójkę koło wieczora. Chcę, żeby było widno, gdy tam dojedziemy.
- Koniec tego gadania Harrisom, bierz rzeczy i idziemy.
Harrison oznajmił swój plan grupie.
- Jadę z wami! - Miyoshi jeszcze nigdy nie wyglądała na tak wściekłą
- Nie, Miyoshi, nie możesz - Harrison spojrzał na nią złowrogo. - Nawet Lara się nie wtrąciła, ale ty oczywiście musisz?
- Poczekaj Harrison, ja się tym zajmę. Chodź na zewnątrz, Miyoshi.
- To niby dlaczego nie mogę z wami jechać?
- Po pierwsze, to miejsce jest straszne. Po drugie, razem z Harrisonem pójdzie nam szybciej. Po trzecie, nie chcę cię stracić Miyoshi...
- Co? Michael, czy ty? - wściekłość na twarzy Miyoshi nagle zmieniła się w szok.
- Tak Miyoshi, podkochiwałem się w tobie jeszcze w obozowisku, ale wtedy żył Hiro. Od kiedy uciekliśmy stamtąd, nie dbałem o to, co będzie ze mną, chodziło mi tylko o to, byś była bezpieczna.
- Michael, ja nie wiem co powiedzieć...
- Najlepiej prosto z mostu. Tak lub nie.
Miyoshi przytuliła się do niego. - Tak Michael, tak. Uważaj tam na siebie. Jemu nie chodzi o ubrania, tylko o kościół. Nie wiem, o co z tym chodzi, ale on jest jakby opętany.
- Spokojnie, wrócę w jednym kawałku.

~

- Jak się spało, księżniczko? - zapytał Charlie.
- Myślisz, że jak jesteś starszy, to nie dostaniesz ode mnie w ryj? Przypomnij sobie, dzięki komu tutaj jesteś...
- Wyluzuj Rocker. Gdy ty tak do mnie, powiedziałeś siedziałem cicho.
Rocker zakasał rękawy w bluzie.
- Mam to gdzieś, ty dla mnie nie zrobiłeś nic, a ja uratowałem dupę tobie, twoim kolegom i twojej dziewczynie.
- Dzięki mnie jesteś w tym domu - oznajmił przytłoczony Charlie.
- Jestem tutaj tylko dzięki Victorowi, Dylanowi i Alice. - Po tych słowach Philip poszedł na dach budynku.
- Dylan? Dylan?
- Tak. Co się stało?
- Przepraszam że cię obudziłem, ale szukam jakieś mocnej taśmy.
- Jest w camperze. A mogę spytać, po co ci?
- Zobaczysz, jak skończę, spadam na dół...
- Hej, Rocker! Chciałem cię przeprosić.
- Za co? - Philip odwrócił się w stronę Charliego.
- Za to, że nazwałem cię księżniczką. To było głupie, przepraszam.
Philip, odwracając się od Charliego - To jest drobnostka. Są rzeczy, które zauważają tylko nieliczni, licz się z tym, bo popełniłeś zbyt duże błędy... - nie oglądając się za siebie Philip poszedł do swojego pokoju po siekierę i noże.
- Alice, mogę na chwilę pożyczyć twój nóż?
- Przecież masz jeden, po co ci drugi?
- Zobaczysz. To mogę?
- Pewnie, tylko nie rób niczego głupiego...
- Możesz być spokojna. Zresztą, chodź ze mną, pomożesz mi.
- Jasne - razem udali się w stronę campera.
Wszyscy oprócz Dylana byli na dworze. Zdezorientowany Philip zawołał:
- Co wy tu wszyscy robicie?
- Masz to w dupie - odpowiedział Eric. - Alice, Billy i Charlie zaczęli się śmiać, a Eric i Philip patrzeli na siebie złowrogo. Rocker wiedział że "to" już się zbliża. - Chodź Alice, mamy plany...
Grupa rozeszła się na trzy strony.
- Ty, Abraham, Rockera chyba coś gryzie.
- Ta, to dzieciak, co się dziwisz.
- Niby dzieciak, ale dzisiejsze czasy go zmieniły.
- Jak każdego...
- Jak każdego? Jaki normalny dzieciak potrafi odciąć komuś głowę tylko dla tego, że mierzy do bezbronnych ludzi?
- Rocker? - Zaśmiał się Abraham. - Powinieneś się cieszyć. Ten dzieciak ma jaja, może odbija mu trochę szajba, ale nigdy by nam nie zrobił krzywdy.
- Miejmy nadzieję.

~

- To do czego jestem ci potrzebna? Jeśli o to ci chodzi, to mogliśmy to zrobić na górze - Alice uśmiechnęła się do Philipa.
- Nie chodzi mi o to, po prostu chcę przyczepić nóż do trzonka siekiery. Nie zawszę mogę wziąć zamach, a na razie mogę tylko uderzać trzonkiem, co jest dosyć słabe. Jeśli będę miał tam nóż, to wysunę ostrze i mogę zdziałać więcej.
- Aha - odparła lekko zawiedziona Alice.
- Nie smuć się, mała, przykleiłem już nóż, będzie się trzymał, tylko nie mogę wysunąć ostrza. Podaj mi swój, to zrobię miejsce na suwak. - Alice podała nóż, a Philip zaczął kończyć coś, co według niego ułatwi mu życie. ? No, działa.
- I tylko po to mnie tu chciałeś? - spytała zawiedziona Alice.
- Tutaj? Tak. Zabieram cię na małą wycieczkę. Tylko pójdę po klucze.

~

- Lara, musimy pogadać.
- O co chodzi?
- Michael powiedział mi, że mnie kocha...
Zszokowana Lara odparła tylko:
- To chyba dobrze, Miyoshi?
- Nawet bardzo dobrze, ale nie chcę, żeby Michael jechał z Harrisonem wieczorem do miasta.
- Pogadam z nim, ale nie obiecuję, że się zgodzi. Powiem ci szczerze, że nikt nie powinien jechać do tego miasta.
- Dziękuję. Też tak myślę.

- Harrison!
- Czemu tak krzyczysz? Coś się stało? - Harrison w ciągu paru godzin spotulniał, nie miał już tego kaprysu na twarzy.
- Słyszałam, że jedziecie jutro z Michaelem po ubrania do miasta.
- Tak, uparł się że niby nasze już śmierdzą, haha
- A czy ty chcesz jechać do miasta?
- Może. Na pewno nie dzisiaj. Dzisiaj chcę się tylko wyspać. Może jutro, albo pojutrze.

~

- Alice, jak myślisz, czy Charlie zostawił kluczyki w Dodgu?
- Pewnie tak, po co miał by je brać, przecież nikt mu go nie ukradnie.
- Nikt poza nami - Philip odpalił silnik. - No! Elegancko! Wsiadaj, a ja idę otworzyć bramę.
- Philips, czy to aby na pewno dobry pomysł?
- Tak Alice, zaufaj mi - Philip już otworzył bramę. ? Philip, poczekaj! Wyjadę, a ty zamknij bramę.
Podczas, gdy Dylan spał na dachu pozostała czwórka przybiegła pod bramę. Rocker zapiął kłódkę.
- Rocker! Kurwa! - krzyk Erica nie zdał się na nic, Philip był już w dodgu.
- Spokojnie Eric, on wróci.
- Skąd ta pewność, Billy. Co? Jak nie wróci, to chcąc wyjść będziemy musieli rozpieprzyć kłódkę. Kurwa! - Eric z wściekłości kopnął bramę.
- Spokojnie. Tam jest moja siostra. Ona by mnie nie zostawiła.

~

- To dokąd jedziemy? Przed siebie, skarbie. Przed siebie.
- W jakimś konkretnym celu?
- Po zapasy, zbadać teren. Może znajdziemy kogoś ocalałego?
- Wierzysz, że ktoś poza nami żyje?
- Tak. To jest niemożliwe, by na całym świecie żyło tylko siedem osób...
- W sumie... A po zapasy jedziemy do sklepu? Przeszukamy jakiś dom?
- To drugie. To miejsce to zadupie. Same drzewa.
- Philip, widzisz to?
- Dom czy polną drogę?
- I to, i to. Chodź, najpierw wejdźmy do domu.
Dom wyglądał na nienaruszony. Brama zamknięta, ale nie na kłódkę. To mogło oznaczać, że w domu były trupy, albo domownicy pojechali do większego miasta.
Philip zostawił dodga na drodze - Weź to.
- Siekiere? Dzięki, mam mój nóż, misiu - W głosie Alice można było usłyszeć ekscytację.
- To ja też dziś postawię na nóż - Philip wyszedł z wozu i wysunął ostrze. - Jest trzech, ciekawe jak w domu?
- Ja biorę tego z lewej. Reszta jest twoja, Philip. - Siekiera z nożem była jak mała dzida, ale można nią było jeszcze roztrzaskać lub uciąć łeb. Dwa szwendacze skończyły z  podziurawioną czaszką, a głowa ostatniego została zmiażdżona.
- Wchodzimy do domu czy garażu?
- Do garażu.
- Nie tego się spodziewałem, Alice. Nie poznaję cię - powiedział z uśmiechem.
- Bo ty mnie jeszcze dobrze nie poznałeś...
Philip uniósł bramę.
- o cholera!
- O cholera? - Alice spojrzała ze zdziwieniem na Philipa.
- Tak Alice, tam stoi harley davidson wide glide.
- Walić to, obok jest enduro.
- Skąd ty się znasz na crossach?
- Mówiłam ci, że jeszcze mnie dobrze nie znasz. Mój wujek miał takiego, nauczył mnie na nim jeździć.
- Oba są zatankowane do pełna. Zima w tym roku nie jest silna. Czasami przyprószy śnieg, a droga jest teraz przejezdna. Czuję, że zostawimy tu dodga i weźmiemy motory.
- O taaak! Jestem za - wykrzyczała to z entuzjazmem Alice.
- Wiesz, że coraz bardziej mi się podobasz? - Alice złapała za rękę Philipa, po czym namiętnie go pocałowała.
- Pewnie. I chyba wiem, na co masz teraz ochotę.

~

- Skoro już tu jesteśmy - znaleźliście coś? Bo u nas nic. - wściekłość znikała z twarzy Ericka.
- U nas też nic. Facet wszedł tu po drabinie, albo jest jebanym magikiem - odparł poirytowany Abraham
Do rozmowy wtrącił się Billy:
- Wiecie co, zostawmy tą sprawę.
- Co?
- Tak, Abraham, młody ma rację. Od czasu, kiedy założyliśmy kłódkę, żaden szwendacz się tu nie dostał.
Billy i Eric poszli do Dylana, a Charlie spojrzał na Abrahama - Chyba tego nie zostawimy?
- Tak, Charcie, wrócimy tu jutro. Drugie wyjście może uratować nam tyłki - Abraham udał się do środka, a Charlie pozostał na dworze. - Gdzie może być to wejście? Dlaczego tu jest tak mało zombie? Jak by dom miał jakąś aurę, która nie pozwala się zbliżać szwendom do płotu. Ten dom jest jedną wielką zagadką...

~

- Alice?
- Tak?
Philip kończył się ubierać.
- Musimy poważnie porozmawiać.
- O co chodzi? - Alice otworzyła bramę garażu.
- Nie wracam tam. To już jest pewne.
- Co, dlaczego?
- Mówiłem ci. Nie odpowiada mi grupa. Jedziesz ze mną, czy wracasz tam?
- Nie! Ja mam tam brata. On nie odejdzie, a ja go nie zostawię. Ty powinieneś być przy mnie! Nie możesz mnie zostawić - Alice starała się przekonać ukochanego, by został przy niej, ale on był niewzruszony.
- Alice, muszę odejść. Wam radzę to samo. W takich grupach zawsze staje się coś niedobrego. Noś mój nóż i uważaj na Erica i Charliego. - odpowiedział ze smutkiem w oczach.

- Trzymaj klucze - Philip pocałował Alice i wiedział, że to już po raz ostatni. - Wyprowadzę twojego enduro i odjedź stąd...
- Obiecaj mi, że się zobaczymy - po policzku Alice spływały pojedyncze łzy.
- Tak, zobaczymy się. Obiecuję ci to. Będzie lepie, jeśli już stąd odjedziesz - oznajmił przygnębiony Philip.
- Do zobaczenia...
Philip oparł się o dodga i patrzał na odjeżdżająca Alice. Kiedy znikła z pola widzenia, na twarzy Philipa pojawił się szyderczy uśmiech. - Żegnaj Alice, haha. Witaj wide glide, witaj polna drogo.
Philip wyprowadził wide glida, zamknął bramę i wyciągnął z dodga swój plecak. - Pora jechać, polna drogo - liczę na ciebie...
Po dłuższym czasie jazdy, kiedy zaczynało robić się ciemno, Philip zaczął poznawać okolicę. - Niech mnie szlag, to nasze stare obozowisko. - Philip zgasił silnik, gdy nagle na plecach poczuł lufę pistoletu - Zejdź z motoru i ręce do góry!

~

- Dylan, słyszysz to?
- Tak, Billy, jakby motor.
- Patrz! Tylko jeden. Wołamy jakoś?
- Lepiej nie...
- On zwalnia. Zatrzymał się przy naszej bramie, biegnę tam... - Billy wybiegł z drzwi i zobaczył, że to jego siostra.
- Alice! Czemu płaczesz? Gdzie jest Rocker? ? Alice, dziwnie się kolebiąc, była w stanie powiedzieć tylko - On, on, on...
Billy przytulił siostrę, i zaczął głaskać ją po głowie.
- Cicho, uspokój się. Chodź na górę, wypłaczesz się, prześpisz. Wszystko będzie dobrze.
Billy odprowadził Alice do pokoju, po czym poszedł do salonu.
- Rocker chyba nie żyje...
- Jak to ?chyba?? - zapytał zdziwiony Abraham.
- Alice cały czas płacze. Powiedziała tylko że on? i dalej nie mogła nic wydusić.
Eric wtrącił się do rozmowy.
- Pójdę to powiedzieć Dylanowi
- Przynajmniej zamienił rozwalony wóz na motor.
- Co ty mówisz, człowieku. On uratował ci dupsko, prawdopodobnie nie żyje, a ty się cieszysz, że zamiast rozwalonego wozu mamy motor? - Billy był na skraju nerwów. Wiedział, że stracili jeden z ważniejszych punktów grupy. - Idę do Alice. Róbcie co chcecie.
- Poczekaj!
- Czego chcesz, Abraham? - powiedział nie zatrzymując się.
- Niech ci się nie wydaje, że tylko ty i Alice będzie płakać po Rockerze. Chłop uratował mi życie. Lubiłem go.
- Dzięki za zainteresowanie, ale mam nadzieje, że on żyje. Pójdę pogadać z Alice. Dam ci znać, jak będę coś wiedział.

~

- Michael, mogę prosić cię na słowo?
- Tak, Harrison, o co chodzi?
- Dziś wieczorem...
- Dobra.
- Tylko żeby nikt cię nie zauważył. Nie pozwolą nam odejść.
- Spokojnie, nie zauważą mnie, lepiej uważaj na siebie...
- Nie jedziemy tam tylko po ubrania, Michael. Zostaniemy tam na dwa dni.
- Dlaczego?
- Przekonasz się jutro rano, gdy tam dojedziemy. Uśpij jakoś czujność Miyoshi.
Kiedy Harrison odchodził, Michael spojrzał w jego kierunku z dziwnym wzrokiem...

~

- Co ty odpieprzasz, człowieku? Celujesz do zera, nie mam nic, straciłem wszystko, co miałem, teraz szukam tylko schronienia... - Philip spojrzał na chłopaka, który do niego celował. Był w jego wieku. Był nawet podobny do niego - długie włosy, czarny ciuchy. itd
- Skąd mam wiedzieć, że nie chcesz nas okraść?
- Was? Czyli nie jesteś sam?
- Nie. Jest jeszcze sześć osób.
- Pozdrów ich, a ja jadę dalej. - Philip wsiadł na motor, gdy nagle zauważył lufę innego pistoletu wymierzoną w jego twarz. Tym razem celował do niego ktoś sporo starszy.
- Zejdziesz teraz z tego, albo sobie nie pojeździsz ...
Philip zsiadł z motoru.
- Będziemy się tak bawić czy przejdziemy do sedna?
- hahaha - Nie wiadomo skąd pojawił się tęgi człowiek. Wzbudzał zdziwienie już samym swoim wyglądem. Biały dres, czerwona koszula w białe kwiaty, i kapelusz.
? Shane, zostaw go, Rile, idź do Jeffa. Chłopak jest w tej samej sytuacji co my, nawet gorszej. Pogadam z nim i dam wam znać. Hah, masz motor, pasowałbyś do naszej grupy. My właśnie też jeździmy na motorach. Sęk w tym, że cie nie znamy.
- To może jest dobra pora, by się poznać?
- Czemu nie? Liczy się każda para rąk. Jemy to, co upolujemy, więc nie będziesz pasożytniczył. Chodź do mojego namiotu, tam pogadamy.
- Dobra, co mi szkodzi.
- Więc? Skąd przybywasz?
- Z gorszego świata.
- Hah, już cię lubię. Masz podobny styl do mojego.
- Nie wydaje mi się. Dowodzisz tą grupą?
- Nie. Jestem dla tej grupy jak woda dla roślin, wspieram ich, daję im nadzieję i pielęgnuję. Naszą grupą dowodził niejaki Ethan. Kiedy zatrzymaliśmy się przy drodze, on usłyszał jakieś wrzaski, powiedział, że to sprawdzi. Za nim poszli Jack i Mark. Było słychać strzały, poszliśmy tam, usłyszeliśmy ryk silników, zobaczyliśmy Ethana bez głowy, a Jack, Mark i jakaś dziewczyna leżeli zabici. Żona Marka, Holly, rzuciła się na jego ciało, a on ją ugryzł. Cztery osoby mniej, to nawet było dla nas lepiej. Teraz z tych wybuchowych został tylko Shane.
- I ja.
- Heh, ufam ci. Rozumiesz, że tu zostajesz.
- Sądzę że też mogę ci zaufać. Jesteś raczej typem tego spokojnego. Więc czemu nie? Jest nas ośmioro.
- Skoro tak, to chodź. - Tajemniczy ktoś zapukał w gong. Po chwili siedem osób było przy ognisku.
- Ja nazywam się Bray. Shana i Rilea już znasz, a to jest Jeff - Jeff był podobny do Philipa i Rilea. I jak się okazało Bray, Riley i Jeff grali w jednej kapeli. - Teraz czas na nasze damy. Olivia i Emily - o dziwo Emily była typową rockmenką, chodziła z Jeffem zanim to się zaczęło. Olivia zaliczała się do spokojnych dziewczyn, stała się z parą z Rileyem dopiero po apokalipsie.
- To razem sześć osób, mówiłeś że jest was siedem...
- Tak, Paige leży w namiocie, ale czy ty nie zapomniałeś o czymś bracie?
- Rzeczywiście, nazywam się Corey.
- Miło cię poznać, Corey. Więc siódma osoba leży w namiocie. Całą to sytuację przeżywa najbardziej. Nie jedliśmy nic od sześciu dni, ona ledwo żyje.
- Nie myśleliście, żeby się stąd przenieść?
- Nie. Lepiej żyć w zgodzie z matką naturą niż ładować się w gówniane miasto, zwłaszcza teraz.
- Chyba mogę wam pomóc. Przez kilka dni żyłem z pewnymi ludźmi. Mieli całą spiżarnię żarcia i zbrojownię.
- Co proponujesz? - W rozmowę wtrącił się Shane.
- To, że możemy na nich napaść. Niedaleko stąd zostawiłem dodge rama. Możemy da niego wziąć broń i jedzenie
- Jutro po niego jedziemy.
- Nie. To trzeba bardziej przemyśleć. Mają trzymetrowy płot i bramę zamkniętą na kłódkę. Wam nie otworzą, mi tak.
- To co planujesz, młody?
- Pakujemy wszystkie rzeczy na motory, jedziemy po dodga, przerzucamy je na niego. Kiedy tam będziemy, wy poczekacie za płotem. Jak już otworzą bramę, zabijemy jedną osobę, żeby pokazać, że nie żartujemy. Chłopaki i ty będziecie trzymać ich na muszkach, a ja, Bray i dziewczyny wyczyścimy ich do zera. Przy okazji wyrównam rachunki.
- Mi to pasuje. Da się ciebie lubić, Corey - Shane po raz pierwszy uśmiechnął się do Coreya. - Zbliża się wieczór. Dziś na warcie stoi Riley, chodźmy spać. Po dodga pojedziemy z samego rana.
Przy ognisku zostali tylko Bray i Corey.
- Jesteś w stanie od tak napaść na ludzi, których znałeś?
- To nie ludzie. Cały czas coś knują za moimi plecami.
- U nas cię to nie spotka. Mamy tylko dwuosobowe namioty. W pierwszym śpię ja i Shane, w drugim Jeff i Emily, w drugim śpi Riley i Olivia.
- A w trzecim ta ledwo żywa?
- Ta ledwo żywa, to ja. - Corey odwrócił się w jej kierunku. Zobaczył wychudzoną, bardzo bladą, kruczoczarną brunetkę. Ten widok zatrzymał jego serce, przez chwilę nie kontaktował, co się dzieje.
- Jestem Paige.
- Corey.
- Chyba będziemy spać w jednym namiocie. - Paige uśmiechnęła się do niego. Corey to odwzajemnił - Jeśli chcesz, mogę spać w śpiworze przy ognisku.
- Nie, w nocy jest zimno. Lepiej, żebyś spał w namiocie. Chodź ze mną, oprowadzę cię po moim mieszkanku.
- Nie. Pójdę po motor, wezmę śpiwór z plecaka, skoro twierdzisz, że jest tak zimno.

~

- Powiedz mi Bray. Jesteś przeciwny temu napadowi?
- Nie. Sam Corey powiedział, że to źli ludzie. Mają pełno broni, ale jeśli on to dobrze rozegra, to wszystko pójdzie po jego myśli.
- I co? Zabijemy ich wszystkich? Jego też?
- Czy ty jesteś chory? On oferuje ci broń i jedzenie, a ty chcesz go zabić?
- Tak o tym myślisz? Dobra, myślałem że masz inne plany wobec jego...
- Trzeba docenić to, co masz. Mówiłem Ethanowi, żeby olał te krzyki i co? Sam widziałeś, jak skończył.
- Tak, masz rację, ale tam bez trupów się nie obejdzie!
- Hahaha, pewnie że nie, rozumiem że bierzesz to na siebie?
- Tak, jasne. Pan brudna robota się melduję. Idę spać, tobie proponuje to samo. Będziesz prowadził dodga, a ja sprzątał. Nie powinniśmy wyglądać jak trupy.

~

- Jesteś?
- Tak... Wchodź.
- Wcale nie wyglądasz na taką ledwo żywą.
- No, staram się - Oboje uśmiechnęli się do siebie.
- Poczekaj do jutra. Będzie lepiej.
- Tak, słyszałam. Gdybym z tobą nie pogadała, to wzięłabym cię za psychola, a tu taka niespodzianka.
- Dzięki, miło słyszeć coś takiego, ale w tych czasach każdy jest psychopatą. Kiedy byłem w tamtej grupie, myślałem że jestem bezpieczny, ale do czasu. Miałem tam dziewczynę, rzuciła mnie. Postanowiłem odejść stamtąd. Tam były same dziady, o których musiałem się troszczyć. Na dodatek knuli za moimi plecami, a Alice nie mógł bym spojrzeć w twarz.
Paige położyła rękę na jego ramieniu.
- Nie martw się, będzie dobrze. Ja miałam chłopaka przed tym wszystkim, ale trupy go dopadły. Gdy wybiegłam z domu, spotkałam Emily, Jeffa i Rilego. Zabrałam się z nimi i potem jakoś to poszło.
- Twój chłopak przynajmniej oddał za ciebie życie, a ja co? Zostałem po prostu olany. Cieszę się, że przynajmniej mam was. Ja idę spać, chcę być wyspany jutro.
- Dobranoc - odrzekła Paige.

~

- Szybko Philip! Wstawaj!
- Co jest młody?
- Ubierajcie się, musimy uciekać! Szybko!
- Tak tato. Chwila spakuję się.
- Nie ma czasu!
- Po co ci ta siekiera?
- Nie uwierzysz Philip!


~

- Spokojnie Corey. Chyba miałeś koszmar.
- Znowu! przyzwyczajaj się do tego.
- Pora wstawać.
- Dopiero co słońce zaszło.
- Co? Zawsze budziłem się z koszmarów rankiem.
- Nie wiem. Kładź się.
- Dobra, choć się tego boję - Corey prawie zasnął gdy poczuł obejmującą go rękę. - Pewnie Paige już zasnęła i ręce jej się miotają, pomyślał Corey, jednak uścisk stał się silniejszy. Corey odwrócił się w stronę Paige.
- Przepraszam, myślałam że śpisz - Corey przytulił się do Paige.
- Nie szkodzi - Paige już nic nie odpowiedziała tylko zatopiła się w jego ustach...

~

Rankiem, kiedy wszyscy spali, Abraham poszedł do pokoju Billego. Nie było go tam, udał się więc do pokoju Alice. Nie było tam ani Billego, ani Alice.
- Co jest? - pomyślał Abraham - Pewnie są na dachu.
Jak pomyślał, tak zrobił i udał się na dach.
- Jezu,. dzieciaki, ale tu zimno. Chodźcie do salonu.
Na dachu była tylko Alice. Siedziała tam w bezruchu, jakby umarła.
- Alice? Wszystko w porządku?
- Nie, Abraham, nic nie jest w porządku.
- Chodź do salonu, przeziębisz się.
- Alice! - Rozległ się krzyk spod bramy.
- Abraham powiedz mi, że widzisz to co ja!
- Tak, Alice, to on - Alice pobiegła po klucze i otworzyła bramę Careyowi. Rzuciła mu się na szyję. - Nawet nie wiesz, jak za tobą tęskniłam.
- Zrób coś dla mnie.
- Zrobię wszystko!
- Idź zawołać wszystkich. Powiedz im, żeby nie brali broni, to nic pilnego.
Ucieszona Alice pobiegła do domu. Po chwili wszyscy byli na zewnątrz. Billy spojrzał na niego i tylko powiedział:
- Ty mały skurwielu! Dobrze cię znowu widzieć!
Eric spojrzał z podejrzeniem na Coreya.
- To czego chcesz?
- Znalazłem obóz uchodźców. Czekają tam na was.
Abraham odetchnął z ulgą
- To na co czekamy? Idziemy po rzeczy...
Jednak Abraham nie poszedł do domu, nie poszedł już nigdzie, w jego głowie tkwiła teraz siekiera Coreya.
- Na to! Teraz! - Za bramy wyszli wszyscy z obozowiska. Corey wyjął pistolet i wycelował w stronę Erica. - Shane! to ten. On zawsze ma przy sobie broń, przeszukaj go. Alice, Oddaj mój nóż! - Alice stała jak zamurowana. - Dobra sam go sobie wezmę. Jak zawsze w tylnej kieszeni - odparł Corey. - Jeff, Shane i Riley ustawcie ich pod ścianą. Jak któreś się ruszy, to zabić! Bray, Oliwia, zaprowadzę was do zbrojowni, bierzecie wszystko! Paige i Emily, wy bierzecie żarcie, najpierw zaprowadzę ich, a później was. W drogę! - Corey zaprowadził wszystkich na swoje miejsce. - Dziewczyny, zaraz do was dołączę, tylko wezmę moje stare graty. - Tak. Moja czapka, tęskniłem za tobą. Chyba nic tu dalej niema. Pójdę jeszcze po lornetkę Dylana.

- Dobra, jestem.
- Teraz? Wszystko już sprzątnięte.
- Dobra. W takim razie załatwię pewną sprawę. Charlie! - Corey uderzył go trzonkiem siekiery, Charlie upadł bezwładnie. Corey zaciągnął go do pokoju miłości i przykuł kajdankami do łóżka. Paige stanęła w progu. - zapomniałeś swojej siekiery skarbie.
- Tak, dzięki Paige, teraz pobawię się z kolegą.
- Co ty mu będziesz robić? Po wczorajszej nocy nie sądzę, byś był gejem...
- Ten gnój popełnij za duże błędy. Myślał, że się nie zorientuję, że chciał się dobrać do mojej byłej.
- To co mu zrobisz?
- Chciałem go zabić. Za to, że chciał się dobrać do osoby, którą kochałem. Ale teraz kocham ciebie, więc jego błąd zmalał.
- I co zamierzasz z nim zrobić? Chcesz mu ciąć rękę?
- To będzie za mało śmieszne. Gdy ktoś zobaczy go bez ręki, będzie się nad nim użalał. Muszę mu zrobić coś, by wstydził się tej ręki.
- Może utnij mu cztery palce, zostaw środkowy - Philip zaczął się śmiać. - Czytasz mi w myślach kochana, ale teraz stąd wyjdź... Palce u lewej dłoni, sztuk cztery, hahaha! - zaśmiał się oszalale Corey...

- Obudź się, księżniczko.
- Co? Co się stało?
- Sam zobaczysz - Corey trzasnął drzwiami, po chwili był przy bramie. ? Jeff, chodź tu!
- Tak?
- Pomożesz mi złapać trupa.
- Po co?
- Tamtego. Ruchy! - Corey odwracał uwagę szwendy, a Jeff chwycił go za szyję.
- Szybko! - Krzyknął przestraszony Jeff.
- Boisz się? - Corey w tym czasie wsadził klucze od kajdanek do kieszeni szwendy.
- Dobra. Gotowe. Chodź za bramę!
- Nie mają broni?
- Nie - odparła cała trójka.
- To teraz do domku, dziady. W pokoju miłości macie niespodziankę, hahaha.
- Dobra, jedziemy stąd! Nie wracamy tam, skąd przybyliśmy. Teraz szukamy nowego miejsca - wykrzyczał Bray.
- Idźcie na motory. Ja zamknę bramę.
- Jaki z ciebie dobroczyńca - zaśmiała się Paige.
Wszyscy ruszyli, Corey zamknął bramę i przecisnął przez kratę klucze.
- Chodź Paige. Spadamy stąd...

Obejmuję patronat nad Coreyem i Paige
Dedykacja dla najlepszej fanki #1 gabsjdm <3
Strony: [1]