Posty z podziękowaniami

Show post that are related to the Thank-O-Matic. It will show the messages where you give a Thank You to an other users.


Wiadomości - Ikeswd

Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się
Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się
Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się
Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się
Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się
(...) chłopak zbyt dużo razy zawiódł - (...) przez niego zginęła Carley  (..)

Wytłumacz mi, jaki Ben ma wpływ na śmierć Carley. To przecież nie jego wina, że została zastrzelona przez chorą na mózg Lilly. (Ja uratowałem w grze Douga ale wpływ Bena w obu przypadkach ten sam)

Bo się nie przyznał że to on sabotował grupę.


Co nie zmienia faktu, że Carley sama sobie zawiniła po prostu rzucając się do gardła Lily, gdy ona po prostu chciała się dowiedzieć kto wykradał zapasy.


Lilly chciała zabić osobę, która oddawała zapasy, a nie się tylko dowiedzieć. Ja osobiście wybrałem Douga wtedy Lilly od razu rzucała się na Bena
i kiedy Lilly straciła cierpliwość chciała zastrzelić Bena tylko wtedy Doug chciał go uchronić przed odstrzałem w wyniku czego sam został postrzelony
w głowę. Przy czym Carley w sumie głupio się zachowała bo sama mówiła, że kiedy Lilly popadnie w paranoję boi się co zrobi czy coś w tym stylu, a
następnie kiedy ta staje się totalnie załamana ta dokłada do pieca xD

Dobra, ale jaka w tym wina Bena że chora psychicznie Lilly usiłuje kogoś zastrzelić? To, że sie podejrzewa że ktoś wykrada zapasy to nie jest powód żeby kogoś zastrzelić. Jak dla mnie, jedyną osobą która ponosi winę za śmierć Douga (lub Carley) jest ta <cenzura> Lilly.

Sub Rozumiem, że nie lubisz Lilly. Niemniej nie możesz na tym forum używać wulgaryzmów !!
Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się
Ja dopatrzyłem się pięciu osób:
-Grupa Arvo (Wliczając go samego)
- Roberto (Chłopak z historii Shel z 400 days)

Więcej osób nie udało mi się znaleźć jeśli ktoś jeszcze wystąpił proszę o poprawienie  :)

Osób istotnie było 5, ale Arvo mówił po angielsku, a osobą która nie mówiła po angielsku jest Alvin Jr (który nie mówił w ogóle)

dnia: 15 Listopad, 2014, 23:47:30 3 The Walking Dead Serial / Ogólnie / Odp: Serialowi Hejterzy

Ok, rozumiem że można potraktować ten temat,  jako temat do narzekania? :swelol:

Powtarzam sobie pierwsze 3 sezony i kończąc 1 sezon czułam rozczarowanie że to już koniec, bo chciałoby się jeszcze. Porównując pierwszy sezon, a 4 i 5 widzę wielką przepaść. Zupełnie inna liga. Jej, pamiętam jak pierwszy raz widziałam 1 serie. Nie sądziłam że jeszcze któryś serial po LOST, wciąganie mnie tak, że dosłownie po obejrzeniu kolejnego odcinka, nie mogłam się opanować przed puszczeniem następnego. Co najważniejsze - oglądając go ponownie nadal to tak działa. Ten sezon posiadał wciągającą fabułę, świetny klimacik, elementy horroru z zombiakami na czele i survival (jatka w obozie, uwielbiam.). Wszystko jest ładnie wyważone - i akcja która się posuwa do przodu w odpowiednim tempie, ale jest też i czas na bohaterów. Rick, może i jeszcze pełen miłosierdzia, ale jego powolne przystosowywanie się do nowej rzeczywistości, brzemię liderowania, no był w tym ciekawy. Daryl, który był charakterystyczną i wyrazistą postacią - nie pojęte jest dla mnie, jak można było zrobić z takiej fajnej postaci, taką paprotkę bez wyrazu, której co raz częściej się w ogóle nie zauważa, był ten Dale, była ta Andrea, T-Dog, Szejnas itd.

A teraz? Dla mnie najgorsze co spotkało ten serial, to, to że został wykastrowany z klimatu i emocji. Stał się nijaki i nieangażujący. Z postaciami jest kiepsko (pisałam w innym temacie, więc nie będę się tu rozwodzić) i niestety nie zanosi się na poprawę. Boli mnie to, bo TWD po pierwszych sezonach, zwłaszcza pierwszych dwóch, stało się moją drugą serialową miłością, po LOST : ( Tym bardziej frustrujące jest, to że jestem pewna, że gdyby Darabont nadal siedział przy tym serialu, to ten serial utrzymałby swój początkowy poziom, a nie stopniowo się rozkładał. Frank to był gość, który miał konkretny pomysł i ideę, historię którą nam chciał opowiedzieć. Możecie pomyśleć że idealizuje, ale patrząc na podejście obecnych tfurców, to moje nieodżałowanie za Darabontem jest zasadne. Bo to nie jest tak że ja sobie myślę że Frank to jakiś wolonariat odwalał. Wiem, dobrze że dla niego to była praca, liczył się też zarobek, jednak nie było to na zasadzie takiego chamskiego dojenia na odwal, byle by tylko się jak najwięcej nachapać, tylko za tym szła jakość i poziom.

Ile razy to oni nie naopowiadali i nie naobiecywali różnych rzeczy, po prostu kłamiąc w żywe oczy i robiąc z fanów głupków. Choćby to pianie jaki to finał 4 sezonu nie będzie kontrowersyjny i epicki, że się będzie o nim miesiącami będzie mówiło. Jak było w rzeczywistości, każdy wie. Delikatnie ujmując mocno wyolbrzymili.
Obecni twórcy z mojego punktu widzenia są nastawieni tylko i wyłącznie na zysk, a TWD to dla nich maszynka do zielonych papierków. Odnoszę wrażenie że nie mają już pomysłu, co dalej. Powielają wątki, bohaterowie wydają się snuć po ekranie bez większego celu. Za czasów 1 i 2 sezonu tego nie odczuwałam.

Obecnie brakuje mi również wyważenia między dialogami, a akcją. Weźmy ten ostatni odcinek. Był bardziej statyczny i nudny. Albo jest Moda na Sukces jak wspomniany odcinek z jałowymi dialogami albo jest tępa i pusta rozpierducha al'a 1 odcinek. Oczywiście TWD to nie jest bóg wie jak ambitny dramat psychologiczny, ale jednak w gatunku widnienie dramat. Tak że pójście w drugą skrajność i robienie Niezniszczalnych w Zombie-Apokalipsie, to też nie jest, to czego oczekuję.

Nawiązując do traktowania TWD przez Kirktrolli jako czystego biznesu, poruszę jeszcze jedną kwestię, która mi się nie podoba. Mianowicie "słuchanie fanów". Najlepszym przykładem jest na to Daryl, który już dawno się wypalił, ale i tak dalej będzie w tym serialu, choćby miał robić za 10 tło i gdzieś tam przemknąć po ekranie na 5 sekund ze swoją kuszo. Daryl jest powszechnie lubianym bohaterem, więc go nie uśmiercą, bo by im się trochę widownia posypała. To że robią to kosztem tej postaci, totalnie ją niszcząc, to nic.
Kolejnym przykładem na to jest "Caryl", a konkretniej - tfurcy co prawda (przynajmniej póki co) utrzymują relacje Daryla i Carolki bez podtekstów miłosno-seksualnych. Niemniej, doskonale się orientują co jest na topie w fandomie. Dlatego celowo dają Dixonowi interakcje z Carolą, bo wiedzą że to nakręca fanki/fanów Srarylu, którzy w każdej scence tej dwójki dopatrzą się wielkiej love. Dzięki temu tfurcy punktują u owych fanów i im słupki poparcia rosną, tak ujmując to na topie  : D To tak jakby dzieciom machać torbą z cukierkami albo pokazywać napalonym facetom rozbierającą się panią, która wydaję się że zaraz wyskoczy z ciuszków i w ogóle kusi i uwodzi. Może nie do końca trafne porównania, ale na takiej zasadzie to działa.

Dlatego też, obawiam się właśnie tego, że chcąc robić dobrze danym grupą fanów, wezmą i choćby przykładowo zrobią ukłon w stronę osób, które postrzegają TWD jako film akcji i 2 ostatnie odcinki będą polegały na wybuchach, strzelankach i innym Sajgonie na terenie szpitala u kolejnych wrogów. No i co dalej? Ricki po zrównaniu szpitala z ziemią i wyrznięciu (albo i nie) kolejnych zwyrodnialców, pójdą dalej przed siebie i tak naprawdę będzie to kolejna przygoda, nie mająca żadnego głębszego wpływu. No i tutaj przejdę do kolejnej rzeczy - zaczyna brakować mi w tym serialu jakieś ciągłości/spójności. No bo przykładowo czy historia z Woodbury, odcisnęła jakieś piętno na bohaterach? Miała na nich jakiś wpływ? Wygląda na to, że wszyscy zostawili to już dawno za sobą, tak jakby to w ogóle nie miało miejsca. Maggie ma głęboko gdzieś swoją siostrę, a przecież straciła też i ojca i co? Nic. Tak jakby Dziadek Green w ogóle nie istniał. Zresztą nie tylko dla niej, ale tak że i dla innych. Daryl stracił brata i też w żaden, dosłownie w żaden sposób to na niego nie wpłynęło. Te wydarzenia i te osoby dla naszych bohaterów już nie istnieją. Nie chodzi mi tu o to, żeby o ni jakiś spazmów dostawali, żeby co drugie słowo, to było przywoływanie imion tych, których już nie ma. No ale litości...przecież jak komuś umrze ojciec/brat jakakolwiek inna bliska osoba, to nie jest tak, że PSTRYK i na następnym dzień, już się o tym nie pamięta. To w człowieku siedzi i wpływa na niego.
Sorry but you are not allowed to view spoiler contents.
To samo bym chciała zobaczyć w serialu, choćby w przypadku Maggie czy tej Beth.

Ufff, się rozpisałam.

dnia: 05 Listopad, 2014, 16:31:05 4 The Walking Dead Serial / Sezon 5 / Odp: S05E04 Slabtown - wrażenia

Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się
Swoją drogą nie wiem jaki by był cel w zabijaniu Doktorka. Na jego miejsce by raczej nie wskoczyła : D Kolo jest jedyna osobą, która wydaję się tam być w porządku, jest wobec niej ok (no jest jeszcze Noah), a ta go chce zarzynać  i to w dosyć ostentacyjny sposób :razz:
Ale ona chyba nie miała w planie go zabijać. Wydaje mi się, że trzymała to ostre narzędzie w pogotowiu, żeby szybko dobić nowego pacjenta gdyby mu się zmarło. Ale ciężko wyczuć co autor miał na myśli.
Jeśli chodzi o sam odcinek, jestem zdziwiony tymi porównaniami do "Still". Zdaje sobie sprawę z tego, że "Slabtown" jest epizodem średniej jakości ale w przeciwieństwie do tej abominacji o szukaniu wódy, przy oglądaniu nie czułem wszechogarniającego zażenowania. Sama Beth też była jakaś strawniejsza. Może ze względu na większą ilość postaci na których można było skupić uwagę. Doktora całkiem przyjemnie się oglądało. Nawet mnie zaciekawił. Zaś w "Still" był tylko Daryl który również irytował. Jedyny element "Slabtown" który budzi porównania z poszukiwaniami gorzały to Kinney. Jakiś randomowy człowiek wzięty z ulicy wcale nie zagrałby gorzej. Ale pomijając Emily, uważam, że ostatni epizod na aż tak miażdżącą krytykę nie zasługuje.
Odcinek fenomenalny. Dychę daję. Wszystko tam grało. Nie było żadnego zbędnego elementu. Usiłuję sobie przypomnieć co mi się nie podobało i nic mi na myśl nie przychodzi. No i nie było Karolki :swelol:.

Z tak dobrego epizodu trudno wybrać jedną rzecz która mi się najbardziej podobała ale chyba będzie to spowiedź Gabriela. W komiksie robiło to duże wrażenie ale w serialu wyszło o niebo lepiej. Seth Gilliam był świetny. Miałem ochotę wstać i bić mu brawo. Jak dla mnie to jedna z najlepiej zagranych scen w historii serialu. Smutek i rozpacz niemalże wylewały się z ekranu. Po tym wszystkim zrobiło mi się Gabriela szkoda.

Przy "tainted meat" również się nie zawiodłem. Kolejna scena wyciągnięta z komiksu która wyszła rewelacyjnie. Tutaj z kolei zasługi przypadają Larry'emu Gilliardowi i Andrzejowi Westowi. Płacz przeradzający się w śmiech wyszedł bardzo wiarygodnie. Tekst o niedźwiedziach również. Sceny przenoszone z komiksu w stanie niemalże niezmienionym znacznie zyskują gdy kwestie bohaterów również się z pierwowzorem pokrywają. Przy spowiedzi Gabriela jak i przy skażonym mięsie zrobiło to swoje.

Nareszcie Abe się pokazał. Szkoda, że tak długo trzeba było na to czekać. Pierwsze spięcie z Rickiem wyszło dobrze. Widać, że Ford nie da sobie w kaszę dmuchać. Mam nadzieję, że to tylko początek jeśli chodzi o Rudego i pomiędzy nim a szeryfem będzie iskrzyło nadal. Liczę też na przeniesienie z komiksu kilku scen związanych z Abrahamem. Mogłyby nadać mu więcej głębi.

Glenn w roli rozjemcy wyszedł bardzo dobrze. Już trzeci epizod Koreańczyk zachowuje się sensownie. A za tą odzywkę do Ricka, wielkie brawa. Jeśli jeszcze Kinney nauczy się grać to zacznę wierzyć w cuda. Szkoda, że Maggie trochę ginie w tle. Mogłaby się częściej pokazywać.

Tajris nadal rozchwiany ale może tym razem się przełamał. Gdy w ekipie są same zakapiory to taki koleś który sobie z tym wszystkim nie radzi jest ciekawym kontrastem. Fajnie, że rozwinięto relację na linii brat-siostra. Trochę tego ostatnio brakowało.

Saszka nareszcie w pełni rozwinęła skrzydła. Mam tylko nadzieję, że ich już nie zwinie. Ta determinacja, gniew, rozpacz. Tak wyrazistych postaci trochę brakuje. Sceny z konającym Bobem bardzo mnie zasmuciły. Obawiałem się, że może wyjść trochę ckliwo ale nic takiego nie miało miejsca. Wyraz twarzy Sashy po zobaczeniu ugryzienia Boba czy płacz po jego zgonie dość mocno łapały za serce. Duża w tym zasługa Soneqi Martin-Green. Przy pożegnaniu Boba z Rickiem lekko powiało optymizmem. Generalnie ze śmiercią Stookeya jest podobnie jak ze zgonem Hershela. Pomysł uśmiercenia Dziadka też uważałam początkowo za głupi. Ale sposób realizacji zgonu mi to zrekompensował. Przy Bobie mam to samo.

Rozwalenie Łowców mnie nie rozczarowało. Odstrzelony palec i Gareth na kolanach. Na to liczyłem i to dostałem. Świetny duet dwóch Andrzejów stanął na wysokości zadania. Sama masakra może trochę zbyt szybka ale było widać ten gniew i agresję Ricków.

Aktorsko odcinek stał na bardzo wysokim poziomie. Gilliam, Gilliard, Martin-Green, West i Lincoln odwalili kawał fantastycznej roboty. Reszta obsady nie odstawała. Szkoda, że West i Gilliard już się z serialem żegnają. Będzie to niepowetowana strata dla TWD.

Podsumowując, moim zdaniem najlepszy odcinek jak do tej pory. Twórcom należą się wielkie brawa. Tak w ogóle to początek sezonu robi bardzo dobre wrażenie. Trzy pierwsze epizody stoją na bardzo wysokim poziomie. Są nieporównywalnie lepsze od trzech pierwszych odcinków sezonu poprzedniego. Mam nadzieję, że w następnych epizodach poziom nie spadnie. Obawiam się tego ponieważ na tapetę wchodzi Beth. Jej solowy odcinek może być traumatycznym przeżyciem. Krótko mówiąc "Brace yourself, Emily Kinney is coming".
Widzę że znów jestem w opozycji do większości użytkowników : D

Więc tak...mam mieszane odczucia. Na pewno ten odcinek nie podobał mi się tak jak poprzedni. Nie wiem jak go ocenić i ciężko mi powiedzieć co tu było nie tak, ale czegoś ewidentnie mi zabrakło i znowu czułam tą nijakość z 4 sezonu. Ten odcinek kompletnie mnie nie zachęca do obejrzenia kolejnego.

Zaczyna mnie wkurzać to budowanie pseudonapięcia czy nie wiem nawet jak to nazwać. Chodzi mu to o takie coś:
Rick się pyta Pączka jak się znalazł w Terminus - 10 sekund ciszy "Ta droga mnie zabiła" "Nie, wcale nie". Aha...nie dość że te przerwy mnie irytują, to jeszcze odnoszę wrażenie że znów wracamy do czwartosezonowych "mundrych" i "błyskotliwych" gadek, które nie dość że nudzą, to jeszcze dodatkowo człowiek nie może się oprzeć wrażeniu, że oni zwyczajnie chrzanią od rzeczy.

Pierwsza scenka z jeden strony była fajnie zrobiona (zwłaszcza to odbicie Garetha), ale z drugiej strony te monologi Garetha o niedźwiadkach...ech, miałam nie odpartą myśl "Ten koleś bredzi od rzeczy...". Plusik za niewybredny epitet pod adresem Carolki :swelol: śmiech Boba albo ten tekst "Zachowuj się jak człowiek, mówię do ciebie", przyznam szczerze że mnie to rozbawiło, niżeli jakoś wstrząsnęło.
To skomlenie na koniec nieco zepsuło wrażenie, jakie wywoływał na mnie do tej pory Gareth.
Kolo w czapeczce ma ode mnie + za to, zwrócenie uwagi na przeciągające się monologi jego przywódcy.
W ogóle nadal nie czaję dlaczego oni postanowili zostać kanibalami, ale ok....

Na plus jest oczywiście Sasha. Jak Sasha płaczę, to ja też. Podobało mi się to, jak zjechała Świętego Pączka, który powiedział jej że ma wybaczyć ludziom, którzy porwali jej faceta i wszamali jego nogę, ludziom którzy zjadali ludzi, którzy omal nie przerobili ich na mielone. Jedyne co sensownego powiedział, to, to że Sasha może żałować że nie będzie jej przy Bobie w jego ostatnich chwilach (na szczęście z Bobem wszyscy się zdążyli pożegnać, bo zdychał pół odcinka).
Ten obrazek z ostatniej wieczerzy nad głową Pączusia...Pączek=Jezus :O ?

Podobał mi też Gabriel i jego dramat. Właściwie jego motyw i Sashy, to jedyne co mnie ruszyło.

A i Glenna widzę że zaczynają naprawiać.

Jestem bardzo rozczarowana tym, że Carl i Mich, zeszli na dalszy plan (dobrze że Michonne chociaż katanę odzyskała)
Jestem również rozczarowana Abrahamem, który po prostu zwyczajnie zaczyna być żałosny i irytujący z tym swoimi Judżinem i Waszyngtonem. Nie dość, że jest zepchnięty na dalszy plan, to dodatkowo jak dostaje trochę czasu, to  praktycznie jest ograniczony do bycia idiotą, który bredzi w kółko jedno i to samo i  nikt go nie słucha. Myślałam że to będzie nieco inaczej wyglądać, ech...:/

Tak samo jest dla mnie rozczarowujące to, że znowu jakieś głupie rozdzielanie grupy i znowu w kolejnym odcinku będzie tylko Becia, a w następnym nie wiadomo czy nie skupią się tylko na Rickach, potem na Abrahamach w kolejnym i będzie powtórka z 4 sezonu. Jeżeli tak będzie, to...przemilczę.

Normalnie bym dała 5,5/10, ale że się tak nie da, to daję 5.

dnia: 21 Październik, 2014, 13:47:09 7 The Walking Dead Serial / Sezon 5 / Odp: S05E02 Strangers - wrażenia

Karen z Davidem przecież byli odseparowani od reszty i owszem, były już inne przypadki zachorowań, więc tym bardziej zachowanie Carol, było po prostu głupie...Lizzie i Karen były chore, ale nie na to samo,a ty piszesz w taki sposób jakby Karen, która jedyne co zrobiła złego, to, to, że  zachorowała, stanowiła takie samo zagrożenie jak niezrównoważona Lizzie, która posunęła się do zamordowania własnej siostry. Idąc takim tokiem rozumowania to trzeba było wyrznąć wszystkich chorych, nie chciałabym w takiej zombie-apokalipsie siedzieć z ludźmi, którzy popierają wyrzynanie chorych, ale never mind, temat nie o tym.

Ja się nie dziwię Pączkowi że zabicie dwójki niewinnych ludzi, gdzie jedna z tych osób była mu bliska, jest dla niego sprawą większej wagi, niż Lizzie. Owszem, powinno się poruszyć kwestie sióstr Samules, ale ja nie miałabym pretensji do Pączka o to, że to dla niego sprawa drugorzędna. Każdy z Nas morderstwo bliskiej osoby stawiał by wyżej.

dnia: 20 Październik, 2014, 15:47:33 8 The Walking Dead Serial / Sezon 5 / Odp: S05E02 Strangers - wrażenia

No...i o to chodzi.

Pączek przy Ksioncu Kanibalu, to jest twardziel. Rozbawiło mnie akcja na kamieniu i ten rzyg  : D Ksionc generalnie to straszna galareta i cały czas się wydaje że zaraz się rozpłacze. Oczywiście na kilometr czuć że coś ukrywa. Patrząc na jego "zaprawienie" w boju, to już dawno powinien wąchać kwiatki od spodu. Twierdzi że nie ruszał się z kościoła, a potem mówił że gdzieś tam łaził po okolicy za jedzeniem. Zdziwiłam się że nikt mu tego nie wytknął.

Widzę że Rysiek zatrudnił Pączka na etacie niani...cóż szczerze powiedziawszy, to podoba mi się on w roli opiekunki Judith, aczkolwiek takie podejście do niego przez grupę na zasadzie "Niech Ty sobie nie brudzi rączek i lepiej bawi Judith" może się okazać dla niego zgubne i trochę się dziwę że taki wielki chłop, chce być traktowany jako pipka nadająca się tylko do bawienia dziecka.

Carolka i Darylek pojechali w piz...daleko. O tak, tak. Taki obrót spraw mi odpowiada. Wierzcie mi lub nie, ale nie piszę tego tylko z powodu mojej niechęci do Carolci, ale sceny w których ona + Daryl albo Rysiek czy Pączek z nią rozmawiają, zwyczajnie wiały dla mnie nudną i się wierciłam w fotelu z zniecierpliwieniem "Dobra, pokażcie kogoś innego". To chuchanie i dmuchanie na nią...tu Rysiek z jakimiś patetycznymi gadkami "To my się przyłączamy do ciebie", "Przyjmiesz nas?" - brakowało żeby padł na kolana i zaczął bić przed nią pokłony, tu Pączek wielce zatroskany tym, aby inni zrozumieli zarznięcie Karen i Davida, tutaj Daryl z jakmiś pustymi frazesami "Możesz teraz zacząć od nowa, zapomnij o tym bla bla bla". Sam Daryl i jego "wyczuwanie" rozbawiły mnie. A tak to był, bo był. Zniknął, a równie dobrze mógł zostać - i tak zlewa mi się z tłem.

Podobała mi się w tym odcinku Mich (jak chciała sięgnąć po katanę a tu zonk  :swelol:), liczę że będzie jej więcej i że jakiś cudem katana do niej wróci, bo Mich bez katany to jak Daryl bez kuszy albo Coral bez kapelusza. Coral też na propsie i tak jak w przypadku Michonne, czuję niedosyt. Mniej Carolci więcej ich.
Podobają mi się też relacje Maggie z Tarą (Tara znowu żółwikuje :swelol:).
Abe przypomina mi trochę Kennego z gry Telltale, tylko tutaj zamiast "boat, boat, boat" jest "Waszyngton" "Judżin" "Lek" "Ratowanie Świata" i tak na okrągło, a i tak go nikt nie słucha. Mam nadzieję że w kolejnych odcinkach będzie pełnił bardziej znaczącą rolę i nie sprowadzą go do roli gościa, którego nikt nie traktuje poważnie.
Sasha też nie zawojowała w tym odcinku, poza dziubdzianem z Bobem.

Dla mnie najlepiej w tym odcinku zaprezentował się Rysiu. Jego dystans i czujność i pouczenie Carla...wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują że Rick się ogarnął i jest liderem z prawdziwego zdarzenia. Oby tylko to nie było chwilowe.

Co do Boba, to ech...dla mnie jego nagłe wyeksponowanie wyszło sztucznie, bo zalatuje "Dobra mamy zamiar go uśmiercić, więc pokażemy go wam od najlepszej strony, jaki to on fajny i ciekawy". Żali mi go, bo żal, ale tak naprawdę
Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się
Co zaprezentował Bob poza akcją z flachą, retrospekcją i paroma buziaczkami z Sashą? Niewiele.
Do tej pory, on się gdzieś tam tylko snuł na drugim planie. Gdyby go zaczęli stopniowo z tego drugiego planu wyciągać do przodu, to ok, a tak to po prostu wyszło sztucznie. Generalnie już nie raz mówiłam że dla mnie Sashka jest ciekawsza i fajniejsza, owszem, u Boba czuć potencjał (zwłaszcza po dzisiejszym odcinku), ale jakoś wielce po nim rozpaczać nie będę.

Nie za bardzo ogarniam postępowanie Ricków. Nie dobili Garethów, jak widać jednak trza to było zrobić, no ale ok - co się stało, to się nie odstanie. W takiej sytuacji powinni po prostu uciekać jak najszybciej, jak najdalej od Terminusa. Tutaj popieram Abrahama, który cisnął żeby wyjść na drogę, znaleźć pierwszy lepszy wehikuł i się wynosić z tych rejonów. Mich powiedziała o zebraniu zapasów - ok, logiczne (choć można by było szukać ich po drodze,no ale ok). Ja myślałam, że oni zbiorą zapasy na drogę, a oni sobie urządzili imprezkę w kościele z darciem mordy, tak że ich każdy zombiak (i nie tylko) w okolicy usłyszy...:facepalm:

Ostatnia scenka, zwłaszcza z Garethem jedzącym kawałek Boba z tekstem że "smakuje lepiej niż myśleli" - świetna!
Jak już zauważyliście, był tam kolo w czapeczce - tak czułam że Pączek się nie zdobędzie na to, żeby go zabić i całkiem możliwe, że to on naprowadził resztę na Ricków. Bardzo mi się podoba, to w jaki sposób Terminusy przeszli w komiksowych Hunterów. Naprawdę fajnie to rozegrali.

Podsumowując, ten odcinek o wiele bardziej mi się podoba od poprzedniego. Nie ma tu tępo-pustej rozpierduchy z unlimited ammo, wiecznym fartem, latającym flakami itd. jest za to, jak ktoś wspomniał jakiś survival - poszukiwania jedzenia, wody, broni, jakieś planowanie co dalej, do tego tajemniczy Gabriel i Garetho-Huntresi czający się w krzakach. Jest w tym po prostu KLIMAT.

8/10

dnia: 19 Październik, 2014, 21:36:55 9 The Walking Dead Serial / Sezon 5 / Odp: S05E01 No Sanctuary - wrażenia

Z Carol jest troszkę tak jak z przemianą jakiegoś naszego kumpla. Kumpel, cichy gościu, nigdy się nie bił, nie kłócił etc. a tu nagle, po tym jak ten kolega poszedł szkołę wyżej, nagle zaczyna siać postrach, bić wszystkich, dodatkowo mówi, że to normalne. To się nazwa zaburzenie psychicznie, a takich u Carol nie brakuje.

Po ponownym seansie odcinka, nie jest już tak kolorowo, jak pod wpływem "pierwszego wrażenie". To co przykuło mój wzrok to strasznie dynamiczne zabójstwa trupów, a także ujęcia. Przy scenie z ty wytatuowanym gościem, gdzie Rick, Glenn, Daryl i Bob zabijali szwendy tylko zabójstwo Daryla było dla mnie wyraźnie i nie rozmyte. Personalnie efekt ten mi przeszkadza(dodam, że oglądałem w pełnym 1080p. więc jeśli chodzi o jakoś obrazu to nie tu tkwi problem).

Co do sceny z Tyreesem oraz tym Martinem, to ja uważam, że była ona zbudowana adekwatnie do charakteru i stanu psychicznego jaki reprezentuje Tyresse, więc nie czepiał bym się go, że nie miał "jaj" aby zabić go na samym początku

dnia: 19 Październik, 2014, 19:41:18 10 The Walking Dead Serial / Sezon 5 / Odp: S05E01 No Sanctuary - wrażenia

Cytuj
Mimo wszystko tutaj chcę stanąć w obronie Carol.  :) Nie pojmuję, czemu wszyscy nazywają ją "rambo". Myślę, że gdyby rozstawienie postaci było całkiem inne (czyli część bohaterów z Terminus była na zewnątrz), to ta rola równie dobrze mogłaby przypaść małemu Carl'owi. Jej postać rozwijała się przez cały czas. W 1 sezonie była szarą myszką, prześladowaną przez męża. Na spokojnie można stwierdzić, że w świecie apokalipsy zombie nie ma po prostu miejsca dla takich osób, co z kolei mogło spowodować decyzję o zmianie Carol. Stawała się coraz odważniejsza, pewna siebie.. Przełomem poniekąd była śmierć jej córki. Każdy stałby się w pewnych sprawach ostrożniejszy, twardszy, może nawet mniej wrażliwy i bardziej obojętny. Stąd rozumiem jej rozwój w takim, a nie innym kierunku. Fakt, sama sytuacja z tą fajerwerką jest mocno naciągana. Jednak jak wcześniej wspomniałam, takie coś mógł wykombinować każdy, bo to było chyba najbardziej logicznym rozwiązaniem.

Krytyka względem Carol jest po prostu uzasadniona. Oczywiście nie neguję jej za wykorzystanie hordy w celu pokonania Terminusu i pragmatyzm w działaniu, niemniej takie akcje niestety nie pasują do jej rysu charakterologicznego i ogólnego usposobienia. Obrazek szarej myszki, która ni z gruchy ni z pietruchy stwierdza, że idzie zabijać ludzi jest najzwyczajniej w świecie śmieszny. Tego nic nie zmieni. Już sam fakt, że kobieta bez żadnego doświadczenia militarnego i obycia w z ciężką bronią palną przechadza się po opanowanej bazie wroga niczym rasowy żołnierz wybierając sobie jak z witryny kolejne ofiary wprowadza sporo absurdu. Weźmy sobie także pod uwagę to, że kilka epizodów wcześniej musiała być ratowana przez Ricka po tym jak wybrała się poza mury więzienne. Mam zatem uwierzyć, że w przeciągu niespełna dwóch tygodni od tego wydarzenia Carol nabrała aż takiego doświadczenia? Nie wydaje mi się. Owszem, nie dokonała tutaj niczego czego nie zrobili by inni, aczkolwiek ci inni mają na swoim koncie zdecydowanie większe obycie w tak problematycznych kryzysach.
Ogólnie rzecz ujmując, obraz rozbicia Terminusu i obraz Carol to dwa wykluczające się kwestie, które nijak do siebie nie pasują.

Po kolejnym przeanalizowaniu odcinka mogę jeszcze powiedzieć, że Carol sprawnie zabiła dramatyzm, który leżał w upadku Terminusu. Jako postać kompletnie nic nie wniosła do opowiadania poza samą akcją. Niestety dla mnie to jest odrobinę za mało. Wprawdzie w recenzji o tym nie wspominałem, ale zrobię to teraz. Konfrontacja z kanibalami czyli z synonimem całkowitego upadku moralnego powinna być bardzo drastycznym testem dla światopoglądu bohatera, który odgrywał tutaj zasadniczą rolę. U Peletier tego nie było widać dlatego, że ona już dawno zaliczyła upadek. Spotkanie z Mary po prostu odbiło się niczym piłka od ściany i nie pozostawiło po sobie żadnego odzewu na protagonistce. W mojej ocenie o wiele lepie wypadłaby tu osoba, która posiada silne człowieczeństwo lub waha się pomiędzy dwoma stanami. Z żywych można wymienić tutaj chociażby Maggie lub Sashę, z martwych natomiast Merla i Andreę. Każdy z nich nie jest/był jeszcze w pełni ukształtowanych bohaterem i takie punkt w ich procesie ewolucji byłby na swój sposób rewolucyjnym. Biorąc jeszcze pod uwagę wcześniejsze doświadczenia, to dostalibyśmy tutaj niezwykle wybuchową i intrygującą mieszankę która pogłębiłaby ich dalsze character development. Wiem, że tutaj się w jakimś stopniu powtarzam ale po prostu takie są moje odczucia co do samego założenia wątku Terminusu.

dnia: 13 Październik, 2014, 19:04:26 11 The Walking Dead Serial / Sezon 5 / Odp: S05E01 No Sanctuary - wrażenia

Jak przeczytałam recenzje Tomba i zobaczyłam 10/10, to postanowiłam zobaczyć ten cud nad którym się tu tak wszyscy rozpływajo

Nie dałabym temu odcinkowi 10, nie porównywałabym go też do pierwszych odcinków 1 czy 2 sezonu, bo tamtych w mojej ocenie towarzyszyło napięcie, klimat przede wszystkim. Tutaj nie doświadczyłam ani, jednego ani drugiego. Obejrzałam nie najgorszy film akcji z kilkoma dobrymi momentami.

Jeśli chodzi o bohaterów, to generalnie jeno ogarnięty Ryszard i Gareth mi się podobał. Coral, Abe, Czekolady nie mieli w tym odcinku wiele do pokazania. Judżin uprawiał zgrabne wodolejstwo i zrobił zabawny unik przed zombiakiem. Bob naturalną koleją rzeczy w sytuacji jakiej się znalazł, ratował się jak tylko mógł. Glenn o dziwo nie jojczał, a nawet gadał z sensem.
Akcja Siwej nie była jakaś kosmiczna, może być Mścicielką wymierzającą sprawiedliwość, może nawet założyć czarną pelerynkę i maskę z nietoperzowymi uszami - i tak tego babsztyla nie trawię. Na tym zakończę kwestię tej bohatyrki.
Żal mi Pączka. Żali mi, bo odnoszę wrażenie że go kastrują, żeby pokazać pomyślunek i owesłomowatość Carolki. Dodają jednej postaci, kosztem drugiej. Idzie zombiak, a Pączuś zamiast go ubić, to on jakieś problemy robi że "Nie mogię", choć w 4 sezonie wyskoczył z akcją hammer time (w 3 sezonie bez problemu kasował walkersów) i w tym epizodzie posprzątał wszystkie trupki przed tą drewnianą chałupką. Ja rozumiem że ma opory przed zabiciem żywego człowieka i stara się jak może unikać takich sytuacji. To jest ok. Ale jakieś opory przed zabijaniem zombie na zasadzie "nie, bo nie", jest dla mnie niezrozumiałe i niepoważne. 
Tak naprawdę najbardziej podobał mi Gareth. Aktor ma charyzmę, a postać jest po prostu ciekawa (zaintrygowało mnie to, że Mary to była jego matka). Pewnie już go nie zobaczę, a nawet jeśli to nie na długo.

Akcja z początku wyszła nieco komicznie. To znaczy - to jak Gareth wszedł z swoim notesikiem i przerwał oczywiście akurat wtedy kiedy mieli zająć się Skośnym i zaczął poruszać jakąś nieadekwatną i mało znaczącą kwestię. Zapewne chcieli przez to pokazać jak bezwzględny jest to bohater i że dla niego Ricki są jak świnki czy inne zwierzątka, które się przygotowuje do kolacji. Dla mnie to wszyło nieco śmiesznie. No ale ja mam skrzywione poczucie humoru. Miałam cichą nadzieje że jednak rozwalą Glenna albo Gareth zrobi kuku Bobowi - żeby mnie coś zaskoczyło!

 Reakcja Grimesów na widok Judith oraz spotkanie Sashy z bratem na plus.

Na plus również to o czym wspomniał Tomb w recenzji - grupa nie potakuje potulnie Szeryfowi, ale wyraża własne zdanie.

Darlena i Carolcia - fanki/fani Srarylu musieli mieć podczas tej scenki kilka orgazmów pod rząd :razz:
Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam - już Sraryl się zbliża, już póka do naszych drzwi.
Swoją drogą jak widziałam jak Reedus gdzieś tam z boku znowu wykrzywia swojego ryjka, co miało być chyba płaczem/wzruszeniem... :facepalm: W sumie ledwo co mu już twarz widać spod tych kłaków  :swelol:

Tak na koniec, bardzo mi się podobały dwie sceny:
Kolo w czapeczce grożący że skręci kark małej przyjaciółce Pączka - aż osobiście poczułam beznadzieje i niemoc Pączka w tamtej chwili.
oraz ostatnia scena - kiedy wrzucają do wagonu przerażoną Mary, która najprawdopodobniej została pobita i zgwałcona i wyciągają kolejna kobietę.
Te dwie sceny, to jest dla mnie przykład scen dramatycznych, mocnych, wstrząsających, takich które oddziałują na mnie jako widza i wywołują emocje. A nie te pusta, przysłowiowa jucha i flaki na ekranie w postaci podrzynania gardeł, mini rzeźni, zombie zjadające kogoś żywcem - takie sceny wywołują obrzydzenie i głośne "fuj" i nic poza tym. Za dużo jest teraz tych wszystkich Pił i innych takich.

Tak więc, moja ocena to 6/10

Omid - Na samym początku
Michelle - Zabita przez Christe
Winston - Zabity przez Clem
Sam - Pies, dobity lub nie przez Clem
Roman - widzimy jego ciało ( postać z 400 days )
Pete - Ugryziony i umiera
Matthew - Kumpel Waltera, zabity przez Nicka
Johnny - zabity przez Kennego
Walter - zabity przez Carvera
Alvin - Przez Carvera zabity
Reggie - Zabity przez Carvera
Hank zabity przez Alvina, ale może przeżyć
William Carver - Wiadomo, zabity przez Kennego
Troy - Pomocnik Carvera, postrzelony przez Jane i zjedzony żywcem przez trupy
Carlos - trafiony w szyję i pożarty przez trupy
Sarita - zjedzona przez trupy
Nick - Przemienia się w trupa i jest dobity przez Clem lub pożarty przez Zombie
Sarah - Pożarta żywcem
Rebecca - Umiera z wyczerpania i jest dobita przez Clem/Kenny
Natasha - siostra Arvo, ginie od kogoś z naszej grupy
Buricko - jeden z Rusków, zabity przez naszych
Vitali - jw
Luke - Ginie w ostatnim epizodzie, wpada pod taflę lodu i topi się
Bonnie - Może zginąć razem z Lukiem, ale nie musi
Kenny - Może zginąć lub przeżyć
Jane - jw

Trzymaj ..
Kenny to przede wszystkim bohater destrukcyjny. Od samego początku krąży wokół fatalizmu wymieszanego z katastrofizmem własnych działań. Wbrew pozorom jest on słaby i kompletnie nie przystosowany do obecnych warunków. Większość decyzji przez niego podjętych kończą się tragicznie odbijając się głębokim echem na kondycji grupy oraz jego psychice. Jest impulsywny, natarczywy, ciężki do opanowania i z tendencjami do depresji wyrażającej się w alienacji i agresji. Przejawia także silny egoizm, który nie pozwala mu racjonalnie ocenić sytuację. Jest na tyle zapatrzony, że nie zwraca uwagę na negatywne warunki panujące w danym momencie. Uważa swoją rację za najbardziej słuszną pomimo tego, że druga strona zawsze prezentuje o wiele stabilniejsze i pewniejsze kontrargumenty. Śmierć Larrego to dopiero preludium do jego wewnętrznego zatracenia. Jego radykalizm wymknął mu się spod kontroli uniemożliwiając klarowne podejście. Zbyt szybko ulega panice, paranoi oraz strachowi. Był w stanie ciągłego pobudzenia. Zabicie go było jedynym słusznym krokiem, ponieważ Clementine ulżyła w cierpieniu zarówno jemu jak i sobie samej. Przedłużanie jego życia byłoby niczym innym jak walką z wiatrakami, ponieważ stan Kenny'ego był zbyt mocno pogłębiony, aby przywrócić go do świata normalnie żyjących ludzi. Nie pozwoliła aby jego stan pociągnął ją na dno. Dała sobie nowy start.
Strony: [1]