Posty z podziękowaniami

Show post that are related to the Thank-O-Matic. It will show the topcis where you become a Thank You from an other users. (Related to the first post.)


Pokaż wątki - -yakushi-

Witam wszystkich na forum. Jestem nowy i jak zdążyliście zauważyć, moim pierwszym postem jest opowiadanie. Jak na razie jest to prolog, więc nie spodziewajcie się oszałamiającej ilości tekstu :P. Komentarze są mile widziane, chociaż wiem, że po prologu to raczej nie ma co wystawiać rozbudowanych opinii ^^

Prolog



Savannah. Miasto w Stanach Zjednoczonych, niegdyś państwa wiodącego prym jeśli chodzi o rozwój cywilizacyjny. Owy rozwój został powstrzymany wraz z nadejściem straszliwej epidemii, która przyniosła wiele cierpień niezliczonej ilości ludziom. Była to plaga zombie. Każdy, kto umarł, bądź też został ugryziony przez szwendacza, sam zamieniał się w niego. Chyba nie było osoby, która nie straciła kogoś bliskiego w ten sposób.
Dawid był jedną z nich. Właściwie to nie stracił jednej osoby, a całą najbliższą rodzinę. Stało się to niedługo po tym jak wraz z rodzicami wyemigrował z Polski do USA. Żyli spokojnie około roku. Ojciec z matką pracowali, Dawid uczył się, poznał nowych znajomych w szkole, imprezował. Wiódł normalne życie, jak na siedemnastolatka. No może nie aż tak normalne, jeśli mowa o narkotykach. Lubił od czasu do czasu popalić bądź też wciągnąć kreskę. Na początku było to fajne, później robił to z przyzwyczajenia. Chłopak był świadom, że popadał w nałóg. Jednakże, patrząc z dystansu, na chwilę obecną lepiej było być narkomanem, niż żyć w teraźniejszej rzeczywistości.
Pewnego upalnego dnia Dawid wracał ze szkoły. Mówiono co nieco o wybuchu jakiejś epidemii w radiu, gdy wracał autobusem do domu, ale nie zwracał na to uwagi. Kiedy wysiadł na przystanku przy domu, niczego nie podejrzewał. Wszystko wyglądało normalnie.
W jednej chwili runął cały świat. Nim się spostrzegł, wylądował tutaj, w Savannah, walcząc o przetrwanie.
Dawid westchnął. Co noc śnił o żywych truposzach chodzących wokół jego domu i dopadających wszystkich wokoło, włącznie z jego rodzicami. Za każdym razem, gdy się budził, myślał, że te sny to iluzja i czuł wielką ulgę. Do momentu, gdy sobie uświadamiał, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Z zamyślenia wyrwał go zgrzyt otwieranych drzwi. Do domu weszła blondwłosa, młoda kobieta ścięta na krótko. Ubrana była w, charakterystyczną dla niej, pomarańczową kurtkę.
- Łap! – Rzuciła do niego paczkę papierosów razem z zapałkami, które uprzednio wyjęła z plecaka, uprzednio zdjąwszy go ze swoich barków.
- Dzięki, Molly – odparł krótko. Sięgnął po papierosa, zapalił i mocno się zaciągnął. Wypuszczając powietrze, wyobrażał sobie jak wraz z nim uchodzi ten psychiczny syf, który siedział w Dawidzie od jakiegoś czasu. Krótko mówiąc: papierosy pozwalały mu się rozluźnić.
- Nie dziękuj. Jesteś za młody, by palić – mruknęła Molly, podchodząc do okna.
Chłopak ponownie wypuścił dym z ust i spojrzał znacząco na dziewczynę.
- Próbujesz zastąpić mi matkę? Daj spokój. Jesteś za młoda jak na moją…ale myślę, że byłabyś dobrym milfem. W przyszłości – Uśmiechnął się. Nawet w obliczu apokalipsy warto było zachować szczątki humoru. Nawet takiego chamskiego jak przed chwilą.
- Och, pie*dol się – sarknęła dziewczyna w odpowiedzi, odwracając głowę ku swojemu rozmówcy i wymachując środkowym palcem.
Dawid zignorował słowa dziewczyny. Podszedł obok niej i również spojrzał przez okno. Spojrzał w dół. Jego oczom ukazał się widok niewielkiej uliczki, po której chodziło kilku szwendaczy. Z taką grupką oboje powinni sobie poradzić.
- Co robimy? – spytał, gasząc peta o parapet. – Siedzę w Savannah od kilkunastu dni i myślę, że warto by było się stąd wynieść. Nie ma zbyt dużo zapasów jedzenia w okolicy. – Dawid zwrócił uwagę na zombie, które pozostało w tyle grupki. – Poza tym, za dużo tu potworów. Miasta nie są bezpiecznie. Nie wiem, jak ty przez cały czas dawałaś radę.
- Dawałam radę, bo byłam sama. – Molly sięgnęła po coś do plecaka. Tym czymś okazała się być zapuszkowana konserwa. Szybko otworzyła ją za pomocą noża, który nosiła w czymś przypominającym pokrowiec, który był podpięty do pasa.
Splótłszy ręce na piersi, Chłopak spojrzał na nią znacząco. Jego mina była podobna do mimiki twarzy policjanta w trakcie przesłuchiwania.
- Kłamiesz. Mówiłaś, że swego czasu pałętałaś się z grupą Clementine i tego całego Lee. Poza tym, uratowałem ci życie, pamiętasz? Gdyby nie ja, to byłabyś dziś chodzącą padliną - orzekł, machając palcem wskazującym w jej kierunku, niczym rodzic, ganiący dziecko. Chociaż głupio to wyglądało, biorąc pod uwagę fakt, że Molly była od niego starsza.
- Tfo bfyło dfafno i nie płafda – odpowiedziała blondwłosa, zapychając się konserwą. Przełknęła, spojrzała ponownie przez okno, w kierunku pobliskiej rzeki, po czym kontynuowała. – Ciekawi mnie, czy udało im się odpłynąć.
- Z tego co mówiłaś to mieli akumulator, paliwo i łódź. Czego jeszcze więcej potrzeba? – spytał z przekąsem Dawid, wyciągając rękę w stronę puszki. – No, podziel się. Umieram z głodu. – powiedział, zauważając brak chęci ze strony Molly w sprawie podarowania jedzenia. Niemniej jednak oddała konserwę. Zrobiła to z takim impetem, że mało brakowało, by chłopak upuścił jedzenie na podłogę.
- Wspominałeś, że Clementine była twoją sąsiadką. Jak to się stało, że nie trafiła do tego samego burdelu, co ty? No wiesz, chodzi mi o to, czemu nie ratowaliście się wspólnie? – nagle zainteresowała się dziewczyna, siadając na pobliskim krześle.
- Napfrafde muszę móffić? – Tym razem to on wpychał w siebie jedzenie. Molly nic nie odpowiedziała, tylko skinęła głową. – Więc muszę zacząć od samego początku…



Post połączony: 19 Sierpień, 2014, 22:09:51
Rozdział I


Prieviously on The Walking Dead…*


- Hej, ziomek. Lecisz dziś na jakąś imprezę? Można by ogarnąć before i skoczyć do klubu. Mamy piątek, człowieniuu! – krzyknął rozentuzjazmowany Jack, jeden z najlepszych kolegów Dawida. W taki sposób oznajmił swoje zadowolenie z nadciągającego weekendu, że wszyscy stojący na placu przed szkołą spojrzeli na niego. Jedni się śmiali, a drudzy byli zażenowani jego zachowaniem. Otóż Jack słynął z tego, że lubił sobie porządnie pobalować. Kilka razy nawet przyszedł do szkoły pijany albo na kacu. Nie wykopali go z niej tylko dlatego, że jego ojciec był jakimś wysoko postawionym urzędasem w Atlancie.
Dawid westchnął.
- Sam nie wiem, stary. Nie bardzo mam ochotę. Poza tym, nie wiem, czy nie będę musiał zaopiekować się Clementine. Jej rodzice wyjechali, a podobno opiekunka musi gdzieś wyjść.
Jack oparł ręce na biodrach. Jego spojrzenie było poważne. Nie chciał dać za wygraną.
- Dlaczego twoi rodzice nie mogą się zająć tym małym bachorem? – Nastolatek odwrócił głowę w kierunku dwóch pięknych blondynek o olśniewającym uśmiechu, które, przechodząc kilka metrów od chłopaków, im pomachały. – Stary, te dwie dupeczki, siostry Cinders… Ugadałem się z nimi na wieczór. Musisz ze mną iść. Naćpamy się i je wyrwiemy. – Jack poklepał przyjaciela po ramieniu. – Nie bądź taki!
Dawid spuścił wzrok.
- Ziom, sam nie wiem. Myślę o rzuceniu tego gówna. Nie chcę ćpać. Nie chcę więcej kresek. To mnie niszczy. Alkohol również nie pomaga. Ty też powinieneś przystopować.
Jack wytrzeszczył oczy. Nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.
- Co ty wygadujesz, stary. Tyle dobrych imprez zaliczyliśmy. Świetnie się bawiliśmy, a ty chcesz się wycofać? – Chłopak szturchnął palcem w pierś kolegi. – Nie poznaję cię.
Ich konwersację, na całe szczęście dla Dawida, przerwał nadjeżdżający autobus. Nie chciał kontynuować tej donikąd zmierzającej rozmowy. Obejrzał się tylko na Jacka i w milczeniu wszedł do autobusu. Zajął miejsce niedaleko kierowcy i obserwował jak otoczenie za oknem powoli iluzorycznie zaczynało się poruszać. W radiu natomiast podawano najnowsze wiadomości.
- … następna fala kanibalskich ataków. Władze przestrzegają… - O, nie, tylko znowu nie to. Epidemia, czy nie, co mnie obchodzi jakaś banda chorych wariatów, pomyślał Dawid, a następnie założył słuchawki na uszy i rozkoszował się muzyką. Następnej części komunikatu już nie usłyszał. – Najnowsze doniesienia informują, jakoby to niecodzienne zjawisko dotarło do Atlanty…


Nie ma to jak w domu, pomyślał Dawid, opuściwszy autobus. Wszedł furtką na swoją działkę. Wraz z rodzicami mieszkali w skromnym, jednorodzinnym domku. Niemniej jednak, wiodło im się pod względem finansowym. W przyszłości były plany, aby przeprowadzić się do Atlanty, gdzie podobno ojciec chłopaka upatrzył, jak to określił, „coś większego i ładniejszego”. Poza tym, planowano poszerzyć rodzinkę, także z pewnością przydałoby się coś dużego.
Rozległ się szczęk zamka i dźwięk otwieranych drzwi. Dawid wszedł do domu.
- Mamo, jestem! – oznajmił, kładąc plecak na podłodze, a następnie przejrzał się w lustrze, wiszącym w przedpokoju. Piwne oczy, czarne włosy, lekki zarost, lekko zbudowana sylwetka i przede wszystkim sto osiemdziesiąt sześć centymetrów wzrostu. Tak prezentował się chłopak, jeśli chodzi o fizyczność. Jeśli chodzi o ubiór, to nie wyróżniał się nim jakoś spośród reszty nastolatków. Biała koszulka z napisem, jeansy i białe, sportowe buty – tak był odziany.
- Mamo jesteś tu?! – zakrzyknął, zdziwiony wcześniejszym brakiem odzewu. – Dziwne, o tej porze powinna już być w domu.
Wszedł do kuchni. Garnki, w których gotował się obiad, były pozostawione same sobie. To dziwne, mama nigdy nie zapomina o takich rzeczach, pomyślał Dawid, wyłączając kuchenkę i ratując jedzenie przed przypaleniem.
Nagle rozległo się jakieś charczenie. Nastolatek nigdy wcześniej nie słyszał takiego dźwięku, w dodatku wydobywał się on z sąsiedniego pokoju, toteż serce zabiło mu mocniej. Rozejrzał się i ujrzał delikatny cień na podłodze, tuż przy wejściu do kuchni. Jakaś postać szła w jego kierunku. Nie zastanawiając się, sięgnął po nóż. Gdzieś w domu był pistolet i Dawid umiał z niego korzystać, dzięki naukom ojca, ale nie było teraz czasu, by go szukać. Powoli ruszył na konfrontację z postacią, mimo że serce waliło mu jak młot, pocił się, a ręce trzęsły się ze stresu. A co, jeśli to będę ja lub on, pomyślał. Nie będzie czasu na zastanawianie.
Jakież było zaskoczenie, gdy zza rogu wyszła…jego matka. Chłopak opuścił nóż, wypuszczając powietrze z płuc.
- Mamo, nie rób mi takich numerów – rzekł. Jednak coś w zachowaniu jego matki było dziwnego. Szła, motając się, niczym pijana, z wyciągniętymi przed siebie rękoma. – Mamo, upiłaś się? Ty przecież nigdy nie pijesz – oznajmił podejrzliwie Dawid, cofając się lekko do tyłu. Przyjrzał się dokładniej kobiecie. Jej twarz była sina, a oczy zachodziły bielą. Z ust ciekła jej ślina, zmieszana z krwią.
Jego matka odpowiedziała charczeniem, wciąż podążając w jego kierunku z wyciągniętymi rękoma. Dawid czuł zagrożenie z jej strony, tak więc podniósł nóż ku górze. Tak jego matka się nie zachowywała, zdecydowanie.
- Kimkolwiek jesteś, ostrzegam, cofnij się albo… - głos mu się załamał - …albo zrobię ci krzywdę.
Nic to nie dało. Chłopak wciąż się cofał, aż poczuł z tyłu parapet. Został przyszpilony. Jego matka, a raczej to, co się z nią stało, wciąż parło do przodu. Dawid uniósł wysoko nóż i przymknął oczy. Chwilę potem poczuł ciężar, prący na jego ręce. Uniósł powieki i to, co ujrzał, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Stwór nadział się głową na ostrze i znieruchomiał. Chłopak zepchnął go z noża. Rozległ się odgłos uderzającego ciała o podłogę.
- O kur*a, o ja je*ie – powiedział sam do siebie załamanym głosem, szarpiąc się za włosy. – Zabiłem swoją matkę. Kur*a… - Matka czy potwór. Dawid już sam nie wiedział, kim była osoba leżąca na podłodze. Czuł, że wariuje. Miał rzucić narkotyki, ale zapragnął zapalić jointa jak nigdy dotąd. To by go porządnie zrelaksowało.
- Otrząśnij się, do cholery! – zakrzyknął sam do siebie. Musiał coś zrobić. Nie mógł teraz stać i rozpaczać. Wyciągnął komórkę, wszedł w spis połączeń i wykręcił numer do ojca.
- Odbierz, do cholery, odbierz… - niecierpliwił się. Jedyną odpowiedzią były kolejne sygnały. W międzyczasie, gdy dzwonił, przeczytał nagłówek najświeższego wydania lokalnej gazety, który brzmiał: „Wykładowca z Uniwersytetu Georgia, Lee E. zatrzymany pod zarzutem zabójstwa”. Musiał przyznać, że świat był pełen psycholi.
- Cholera – zaklął, reagując na fakt dodzwonienia się do poczty głosowej.
Spojrzał przez okno. Jego oczom ukazały się dwie postacie, które były w podobnym stanie, co jego matka. Dawidowi coś przemknęło przez myśl. Mówiono w wiadomościach o jakiejś epidemii, czy coś w tym stylu. Wspomniano również o jej objawach. Chłopak zastanowił się nad tym głębiej. Wszystko pasowało. To musiało być to.
Nagle serce zabiło Dawidowi mocniej. Przypomniał sobie o Clementine. A co, jeśli coś jej się stało? Jej rodzice wyjechali, a dziewczynka została pod opieką jedynie opiekunki.
Natychmiast wybiegł z domu z nożem w ręku. Ostrożnie podszedł do ogrodzenia i przykucnął za nim. Musiał przejść wzdłuż długości płotu i przez ulicę, by znaleźć się przy domu Clementine. Tak też zrobił, a dwa zombie, pałętające się po ulicy nie zauważyły go. Wcześniej potwór, przypominający jego matkę nadział się sam na ostrze, a teraz jeszcze to. Dawid doszedł do wniosku, że nie są zbyt inteligentnymi stworami.
Kucając, otworzył furtkę od działki rodziny Clementine. Rozejrzał się po podwórku, ale nie dostrzegł w pobliżu jakichkolwiek znaków, świadczących o obecności dziewczynki. Następnym krokiem było wejście do domu. Zbliżył się do otwartych szklanych drzwi i poczuł, jak żołądek mu się wykręca. To, co zobaczył, spowodowało u niego odruch wymiotny. Na posadzce leżała kobieta-zombie z rozłupaną czaszką. Wszędzie dookoła było mnóstwo krwi, a w dodatku śmierdziało niemiłosiernie padliną. Dawid przeszedł nad ciałem, w celu eksploracji wnętrza. Oprócz pootwieranych szuflad, nie zastał niczego nadzwyczajnego. W okolicy nie dostrzegł zombie, podobnego do Clementine. Uznał więc, że dom musiał zostać porzucony przez nią. Miał nadzieję, że dziewczynka znalazła bezpieczne miejsce.
Przemyślenia Dawida przerwały wibracje w telefonie. Urządzenie było wyciszone, gdyż chłopak zapomniał je podgłośnić po wyjściu ze szkoły. Spojrzał na ekran. To Jack dzwonił.
- Halo, Jack? Tak, też spotkałem się z tym czymś… Co gorsza, dotknęło to moją matkę… Dobrze, spotkajmy się jak najszybciej. Trzeba coś wykombinować...


- Po prostu nie zastałeś jej w domu? – spytała Molly.
- A co, rozczarowana jesteś? Chciałaś się dowiedzieć, to ci opowiedziałem – odparł Dawid. – Całe szczęście, że trafiła w dobre ręce, choć byłe czyny Lee stawiały go w nieciekawym świetle. Z tego, co mi opowiedziałaś wynika, że wcale nie jest takim złym gościem, mimo zbrodni.
- Ano, nie jest – przytaknęła dziewczyna. Wstała z krzesła i podeszła do drzwi.
- Co ty robisz? – zaniepokoił się chłopak. Molly miała zwyczaj znikać gdzieś, nie mówiąc dokąd idzie.
- Opuszczamy Savannah – odparła zwięźle, nawet nie odwracając się do swojego rozmówcy. – Podążymy wzdłuż rzeki, na północ. Po drodze jest kilka mniejszych miasteczek, gdzie możemy znaleźć zapasy i jakieś schronienie.
Dawid uśmiechnął się i podszedł do Molly.
- No i to rozumiem.
Dziewczyna otworzyła drzwi, ale nie przekroczyła progu. Odwróciła głowę w jego stronę i rzekła:
- Przykro mi z powodu twojej mamy.
Chłopak momentalnie spochmurniał.
- Dzięki – odparł krótko.


*Sorki, nie mogłem się oprzeć, by nie użyć tego zwrotu :D. Będę nim oznaczał retrosy.

Tak się zastanawiam, bo widzę dwie drogi, jeśli chodzi o rozwój przeszłości Dawida. Albo zacznę inne opko, w którym opiszę zdarzenia mające miejsce do czasu spotkania Molly lub zrobię to w formie retrosów. Sam jeszcze nie wiem.
Strony: [1]