Posty z podziękowaniami

Show post that are related to the Thank-O-Matic. It will show the topics where you give a Thank You to an other users. (Related to the first post.)


Wiadomości - PI

dnia: 28 Październik, 2013, 11:26:49 1 The Walking Dead Serial / SPOILERY / S04E04 Indifference - Spoilery

Na razie tyle:

Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się

Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się


Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się

dnia: 07 Maj, 2013, 20:20:41 2 Świat Zombie / Twórczy Kącik / Opowiadanie by Nie znany

Rozdział 1: Koniec ludzkości cz.1 Początek końca.



No nie jest teraz geografia i nic nam się nie chce robić. Ta siedzimy i gadamy o grach. Niestety nie wolno nam grać na komórkach. Kręcimy sobie bekę z tego, że co 2 min jedzie na sygnale policja, pogotowie lub straż pożarna. Śmiejemy, się że wybuchła wojna albo meteor spadł lub też zabrakło w biedronce rzeczy do sprzedaży. Po jakimś czasie zaczęliśmy się niepokoić ponieważ już z godzinę jeżdżą te karetki i policje. Pani, której nie znam imienia wyjechała na wycieczkę szkolną. Przez to było dzielenia klasy ponieważ nie było kogoś kto by mógł ich uczyć. Siedzą z nami i mają większą bekę z tego co się dzieje niż my.
-Marcin- zawołała mnie pani- Nie przechodzisz do liceum.
-No przecież wiem- nerwowo jej odpowiedziałem
-To dobrze, że wiesz. Z geografii  masz na koniec roku jedynkę
-Ja pierdole- powiedziałem do siebie pod nosem.
 Widać, że się nie przejmują tym. Jedna z dziewczyna z ich grupy źle się czuje. Byli dość spory czas temu z nią u pielęgniarki ale nie ma, żadnej poprawy. Rodzice po nią przyjadą dopiero za godzinę. No to sobie ona poczeka. Jej koleżanki mówiły, że u pielęgniarki są takie kolejki, że niektórzy  czekają ponad godzinę, a pielęgniarce kończą się leki. Rodzice ich nie mogą zawieść do domu lub do lekarza ponieważ nie mogą dojechać do szkoły gdyż są korki. Hm? Co się dzieje dzisiaj? Rano było wszystko jak zawsze. Dzień dziś jest piękny ciepły, niebo bez chmur, a słonce przygrzewa.   Z USA  dochodzą jakieś wieści o tym, że są zamieszki i dzikie zwierzęta atakują ludzi. Podobno ludzie maja coś jak by wściekliznę. Ludzie i wścieklizna? Dobry żart.  Znowu jakaś głupia plotka ale jedno jest pewne jest tam epidemia czegoś i chyba ta dziewczyna ma objawy tej choroby. Jest za chwile dzwonek   na  przerwę. Potem tylko jedna lekcja i do domu w końcu weekend. Dziewczyna chyba zasnęła. Ma głęboki sen ponieważ nie mogą jej obudzić. O nie! Nie ma ona pulsu. Dobrze, że zostaliśmy przeszkoleni w reanimacji. Radek z Mikołajem zaczęli ją reanimować ale nie przynosi to za dużego skutku. Nagle dziewczyna się obudziła. Ha chłopacy uratowali jej życie. Dziewczyna rzuciła się na chłopaka odgryzając mu kawał mięśni z ramienia, a agresor dalej atakowała innych. Zraniła 3 osoby i ruszyła na mnie, Piotra, Miłosza, drugiego  Robert, Kubę i Kewina. Radek przewrócił ławkę co spowodowało, że to coś nie poszedło w stronę dziewczyn z mojej klasy tylko na nas.
-Dawać krzesłami się bronimy!- krzyknąłem
-Dobra-odpowiedzieli mi
Przez przypadek Kuba wbił nogę prosto w serce dziewczyny ale nic to jej nie zrobiło.
-O mój Boże!- ktoś krzyknął na ten widok i dodał- Nie zabijajcie jej!
 My obkładaliśmy to coś po całym ciele  ale i to nie dawało to, żądnego skutku. To coś tylko się zakołysało gdy obrywało. Widząc, że nie da nam rady nam wybrała sobie Sandre.
-Aa! Pomocy! Proszę zabierzcie to! Proszę!- krzyczy
Rozległ  się trzask rozbitego szkła i dziewczyna wraz ze Sandrą  wypadły przez okno.
-O nie!- rozległy się krzyki i płacz.
-Hej! Pomocy wiszę tutaj!- W ostatniej chwili musiała się złapać parapetu. Jakoś daliśmy radę ją wydostać stamtąd. Dziewczyna spadła i nie żyje. 
 -Co to do cholery było!?- Paulina   zapytała z przerażeniem.
-Ona nie mogła przeżyć ciosu Jakuba. Dostała prosto w serce i nic jej nie było.- powiedział Kewin- Nie miała prawa przeżyć.
Chłopak, który został ugryziony wykrwawił się. Część naszej klasy podeszła do ona patrząc na leżącego na dole szwędacza, a druga cześć okrążyła nie żywego, leżącego w kałuży swojej krwi  chłopaka.
-Mam nadzieje, że on nie wstanie?- zapytał pewien przerażony chłopak z innej klasy.
-Także mamy taką nadzieje- powiedziała nauczycielka.
Z innych części szkoły rozlegały się krzyki rannych i wołania o pomoc. Z klas, które sąsiadowały z naszą także dobiegały krzyki. Coś zaczęło się dziać na korytarzu. Słychać było jak ktoś walczy z sporą grupą osób. Ta walcząca osoba wbiegła do naszej klasy. Chłopak został ugryziony w ramie i w szyje, a następnie upadł na plecy. Szwędacz ukląkł nad nim i jednym ciosem w brzuch wyrwał mu jelito. Reszta szwędaczy ruszyła na nas. Nie wiem co mam zrobić. Gdy przyjaciele moi uciekali w głąb klasy, a niektórzy próbowali się wyrwać z rąk napastników, a ja stoję jak kretyn  i patrzę na to co się dzieje wołku mnie. Na ścianach jest pełno krwi. Rzeki jej płyną swobodnie po klasie i tworząc miniaturowe jeziora. Było tego bardzo dużo, że podtapiało mnie. Jeden ze stworów pośliznął się na krwi. Upadając nabił się na  nogę ławki. Nic mu się nie stało. Nadal żył. Jak je zabić. Chyba trzeba uderzać ich w głowę, a może przeciąć ich w pół lub spalić, utopić, wykrwawić, wysadzić. Jest wiele pomysłów ale, który będzie działał. Wiem jedno, że nie można  ich zabić ciosami w tułów.
W klasie jest ok. 5 potworów. Lepszą nazwą są szwędacze. Jeden z nich zorientował się, że jestem nadal żywy i dobrym kandydatem na jego obiad.
-Oh fuck! - dotarło to do mnie,  że szwędacz zauważył mnie.
Chwytam  od razu pierwsze lepsze krzesło. No nie akurat wybrałem takie stare krzesło, że po jednym uderzeniu rozleci się. Podnoszę swoją broń nad głowę i z potężną siłą uderzam szwędacza w głowę. Moje przepuszczenia do krzesła okazały się słuszne. Został mi w ręku długi metalowy wspornik, oparcia  od krzesła.
Cios powalił stwora na kolana. Nie wiedział o co chodzi. Biorę zamach i uderzam  go metalowym przedmiotem w głowę. Roztrzaskałem mu czaszkę.
-Jezu co ja zrobiłem- stoję nad zwłokami i zaczynam gorzko płakać.
-Dobra nie rycz reszta czeka-  ruszyłem na resztę.
Pierwsza moją ofiarę wyrzuciłem  przez okno. Drugi szwędacz oberwał  moim poskramiaczem nie żywych. Reszta przyjęła na główkę  krzesła.
-Hej ,jest czysto- zawołałem  resztę.
-Na pewno?- zapytali siedząc dalej w swej kryjówce.
-Tak jest czysto może trochę coś tam się jeszcze ruszają ale na pewno nie wstaną- odpowiedziałem
-ok.
 Wychodząc ze zdziwieniem i przerażeniem patrzyli na mnie, i na stwory.
-Jesteś cały?- zapytała mnie Marta
-Tak tylko jestem trochę w szoku-
-Wszyscy jesteśmy w szoku- dodał Piotr
-Racja- powiedział Robert
Inni uciekali schodami. Dużo osób spadło ze schodów lub zostali dorwani przez szwendy. Nie chcę iść tak jak oni ale szwędaczy jest coraz więcej. Czasu nie ma, a wróg nie czeka.
-Poczekajmy aż trochę się rozluźni na schodach- zaproponowałem.
Byli ze mną Kinga, Marta, Ola i Robert, który chciał pobiec za piotrem ale go złapałem za koszulkę ratując go od prawdopodobnej śmierci na schodach.
-Po co? Chcesz, żeby nas te stwory zjadły. Lepiej iść teraz...- Marta nie dokończyła powiedzieć tego co chciała, ponieważ przerwała jej Ola.-... i zginąć na schodach-
-No masz rację ale oni zaraz tutaj przyjdą- mówiła ze łzami w oczach- Nie chcę zginąć-
- Nie płacz. Zobacz damy radę mamy Marcina. Widziałaś co on zrobił z tamtymi w klasie- przytulając ją Kinga pocieszała ją i spojrzała się na mnie i powiedziała kierując to do mnie-  Pomoże nam prawda?-
- Ta jasne. Damy rade- próbowałem  teraz musze bronić nie tylko siebie ale i pozostałą czwórkę. Co za odpowiedzialność. Coś pójdzie nie tak i ich zjedzą. Nie zdołam ich wszystkich ochronić musze mieć coś lepszego niż kawałek metalu od krzesła. Jakiś porządny nuż lub pistolet albo karabin. Przydało by mieć także jakiś struj ochronny. Hej przecież policja jeździła może oni mają  jakieś pistolety albo karabiny. Co do tego drugiego to nie wiem ale pistolety na bank ale pewnie nie dadzą się zabić, a jak już to pewnie hordy szwędaczy zajadają się nimi.
- Ej ludzie chodźcie coś zobaczyć- zawołał nas Robert
- Jeny ile ich jest. Jak my damy radę uciec co?-  Kinga zmartwiona usiadła na podłodze pod parapetem.
- Za dużo ich. Nie ma jak się przedostać- mówiąc to Marta dołączyła do Kingi.
- Nie ma co się martwić zadzwonię po moich czterech kolegów, którzy na pewno pomogą-Entuzjastycznie chcę ich nastawić ale raczej to nie wyjdzie.
-  A po co twoi koledzy za chwile pewnie zjedzie się wojsko i to całe cholerstwo wybije co do nogi!- Ola zaprotestowała -  Zobaczcie jest policja!
- Ta, która chodzi i je innych- odparł Robert
- A wojsko!-
-No właśnie gdzie te wojsko- odpowiedziałem Oli.
Z różnych stron rozbiegały się nawoływania o pomoc, strzały, stłuczki samochodów i lecące helikoptery.
-Ma ktoś komórkę musze zadzwonić do mamy czy nic jej nie jest- spytała groźnie Kinga.
-Cicho!- próbowałem dowiedzieć się o co chodzi z komunikatu wydobywającego się helikoptera
-to ma ktoś czy nie- powtórzyła
-Cicho mówię!- zasyczałem- Słuchajcie

PROSZĘ UDAĆ SIĘ W STRONĘ GALERI HANDLOWEJ NAD WIAŁĄ. TAM ZOSTAL RORGANIZOWANE CENTRUM  POMOC. CI, KTÓRZY NIE MOGĄ PODRÓŻOWAĆ PROSZĘ O ZOSTANIE W DOMU. NIE WPUSZCZAJCIE ?TEGO CZEGOŚ? DO DOMU. ROZGANIZUJCIE WODE, JEDZENIE, LEKI I KAŻDEGO RODZAJU BROŃ. NIE CZEKAJCIE TU NA WOJSKO. NIE DAJCIE SIĘ UGRYŚ TO POWODUJE ŚMIERĆ I POWRTUT JAKO ?TO COŚ?

-Dobra chodźmy do tego centrum pomocy- zainteresowała się Marta.
-Ta ciekawe ile będzie tam osób z ugryzieniami. Przecież to będzie jedna wielka rzeź. -zwróciłem się w stronę ulicy i pokazałem- Zobaczcie tam przecież oni nie mają szans. Ile tych szwędaczy jest.-
-Szweda co?- ze zdziwieniem popatrzyli na mnie.
-Szwędacze, z angielskiego na polskiego ? zombie- odpowiedziałem
-Aha-
Te całe ?centrum pomocy? to jeden wielki obiad dla tych stworzeń. Co oni będą z tymi ludźmi co są ugryzieni robić. Podawać im witaminę C  i magnes. Prawdopodobnie ich będą ich zabierać i albo gdzieś trzymać w jakimś budynku albo po cichutku gdzieś pod murem rozstrzelać, a co z resztą zrobią. Pewnie będą czekać aż to wszystko się skończy.
 Na ulicy totalny chaos. Wszędzie są albo trupy albo żywe trupy. Gdzie nie gdzie ktoś walczy, ratuje przyjaciela, członka rodziny z rąk agresorów. W innym miejscu facet strzela kobiecie w głowę i ucieka motorem. Dzieciak z podstawówki i młodzież z gimnazjum ginie kilka metrów pod szkołą. Nie mogąc uciec z zamkniętego terenu. Okropny widok. Nic do nas nie idzie ponieważ ciała zabitych lub umierających zablokowały do nas przejście. Ciężko będzie jak oni się obudzą. Nie ma czasu na zastanawiania się. Trzeba wiać. Schodami się nie da. Jedyna droga to skok z pięciu metrów na dół.
-I co dzwonicie?- zainteresowany zapytałem się reszty grupy
-Poczta głosowa. Oni nie żyją- wybuchła płaczem Ola.
Nie wszyscy to przeżyją. Ciekawe jak długo my wytrzymamy. Mam nadzieje, że do końca katastrofy.
-Nie... nie... tato nie uciekaj!- krzyczał do słuchawki Robert- Nie!. Dorwali moją rodzinę nie!. Słyszałem jak dorwali mamę, potem płacz siostry i jej błaganie o pomoc. Dwa strzały taka mówił ze nie da ich żywcem ale musiał to zrobić-
-Tak mi przykro- przytuliła Roberta Kinga.
- A ty Kinga co jest. Nie wiesz co z twoimi- zapytałem
-Poczta głosowa. Uciekają na wybrzeże jak dojada skontaktują się i nie mamy się o co martwic. Twoi rodzice Marcin pojechali z moimi
-Kamień spadł mi z serca-
Od strony schodów przez cały ten czas dobiegały jęki ale teraz zaczynają one milknąć.
-umierają i zaczynają się budzić lepiej wiać do póki nie zabraknie im ?jedzenia? - powiedziałem do wszystkich..
-Jedzenia ale żeś to ujął- odpowiedział Robert jeszcze cały się trząsł i płakał po tym jak słyszał śmierć swojej rodziny


KONIEC CZĘŚCI 1         

dnia: 09 Kwiecień, 2013, 17:03:16 3 Świat Zombie / Twórczy Kącik / Zombie w rosole

Zapraszam na opowiadanko o polskich szwendaczach. Universum TWD, oczywiście.
Wszelkie komentarze, uwagi i sugestie super mile widziane : D


ROZDZIAŁ I (w którym narracja będzie inna niż w następnych rozdziałach, ponieważ tak.)
SUCH A LOVELY DAY

- Jest godzina 20:00, piątek 31 października. Joanna Sedla, zapraszam na Wiadomości.
Tragiczny finał obchodów Halloween w Stanach Zjednoczonych w Reno, w stanie Nevada. Uzbrojony mężczyzna  wtargnął na teren szkoły podstawowej, w której obywał się bal dla uczniów z okazji święta duchów. Mężczyzna postrzelił dwanaście osób, w tym dziewięcioro dzieci.
Prokuratura Rejonowa w Warszawie oskarżyła czternastu posłów PO o czyny z ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Lider Partii, Tomasz P. oskarżony został o posiadanie znacznej ilości substancji psychotropowej w postaci prawie 1 kg amfetaminy oraz 100 gramów ziela konopi innych niż włókniste czyniąc w ten sposób przygotowania do wprowadzenia ich do obrotu. Prezydent Adam Muranowski zapowiedział inicjatywę ustawodawczą dotyczącą zmiany ustawy antynarkotykowej?

- Lidia, słyszałaś? Tak się kończy obchodzenie tego pogańskiego święta. To kara za to, że ludzie wierzą w takie gusła.
Lidia nie słyszała, bo już dawno przestała zwracać uwagę na to, co mówią w telewizji. Co innego jej matka ? nałogowo oglądała wszelkie serwisy informacyjne. Zresztą, Lidia w tej chwili skupiona była na robieniu sobie kanapki i jedyne co ją obchodziło, to czy w lodówce znajdzie się jeszcze jeden pomidor, bo na kuchennym blacie została tylko rozciapana resztka tego z obiadu.
- Mogłabyś odpowiedzieć kiedy do ciebie mówię? Na pewno nie chciałabyś, żebym ja ciebie też tak ignorowała, prawda?
- Nie ignoruję mamy, po prostu nie lubię jak telewizja mnie zastrasza  ? odpowiedziała Lidia, krojąc pomidora w równe plasterki. ? Dlatego właśnie Internet jest najlepszy, człowiek sobie sam dozuje potrzebne mu informacje, radzę mamie spróbować. A Halloween jest spoko.
Dziewczyna wzięła kanapki i ruszyła z nimi do swojego pokoju.

*

Lidia lubiła swoje poniedziałkowe zajęcia, ale nienawidziła wstawać na ósmą. To była masakra nawet dla kogoś, kto niedzielny wieczór spędzał grzecznie oglądając nowy odcinek Gry o Tron, a nie na imprezie. Dlatego właśnie w poniedziałki przed zajęciami spotykała się z kumplem na kawie koło wejścia głównego na kampus przy Krakowskim. Dobra kawa nie jest zła, odrobina kofeiny od razu poprawiała jej humor.
- Hej, L. Słyszałaś o tej masakrze wczoraj? ? spytał Darek, kiedy weszli do Starbucksa. Kolejka do kasy była długa i składała się w większości z ponurych mężczyzn w garniturach.
- Um? Tej w Stanach?
- Si, senorita.
- Nom, niestety słyszałam, bo jak jechałam dziś rano autobusem, to aż parowało babkom z pod moherów kiedy sobie o tym opowiadały i koniec końców obiło mi się coś o uszy.
- I co, nie rusza cię to?
- O rany, a który to już raz w tym roku? Nie mówię, że los tych dzieci mnie nie obchodzi, po prostu? Takie rzeczy dzieją się na świecie codziennie, a media wszystko rozdmuchują. Niedługo to nawet u nas w Warszawie ludzie zaczną się bać posyłać dzieci do szkół. Bez przesady. W ogóle to Amerykańce sami są sobie winni, skoro tam każdy może mieć broń i łazić z nią w biały dzień po ulicy.
- No w sumie? Ale i tak przykra sprawa. To znaczy, byłoby mi przykro gdyby mi zastrzelili dzieciaka podczas jego szkolnej zabawy halloweenowej. I nawet to takie trochę creepy, co nie? Śmierć w noc duchów?
- Oj tam, oj tam.
- Ciebie widzę nic nie rusza, kochana.
- Darek, ja mam w życiu dwie zasady. Dobra, więcej, ale te dwie są w tej chwili najistotniejsze. Pierwsza, nie wierz całkowicie w to, co mówią w wiadomościach i druga, nigdy nie wchodź na Wirtualną Polskę albo Onet, bo tam zawsze straszą apokalipsą.
- O, z tym drugim się zgadzam! Przedwczoraj wszedłem na WP i pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to ?Tajemniczy wirus atakuje plemiona Ameryki Południowej!?, haha!
- Ej, ale nie mów mi nic! Ja w takie rzeczy nie wierzę, ale mimo wszystko ciśnienie mi skacze na widok takich przygłupich nagłówków.

*

- Dobry wieczór, jest piętnasty stycznia, Aneta Biedrzycka, zapraszam na Fakty.
Mimo protestów ludności rząd Francji zdecydował się wesprzeć rosyjski koncern COC. Premier Jacques Poulet poinformował wczoraj w oficjalnym wystąpieniu o przeznaczeniu na ten cel ponad 300 miliardów euro. Obiecał także, że pieniądze te zostaną dobrze wykorzystane, a korzyści wynikające z transakcji wpłyną znacząco na jakość życia ludności we wszystkich krajach Unii Europejskiej?

*

To była długa zima. Długa i nudna, bo ile na początku padający codziennie śnieg wszystkich cieszył, tak teraz ludzie znudzeni byli utrzymującą się bez przerwy zimową aurą. Była już połowa marca, na litość boską!
Wszystkie seriale się pokończyły, a kolejne sezony zapowiadano dopiero na sierpień. Lidia była niesamowicie znudzona swoim życiem.
- Niech ktoś wejdzie na fejsa, błagam ? modliła się do laptopa. Odkąd wróciła z zajęć parę godzin temu nie zrobiła nic produktywnego, nie licząc odgrzania sobie obiadu.
Odwiedziła już wszystkie strony internetowe zapisane w przeglądarce, łącznie z serwisami plotkarskimi, których publicznie nienawidziła, ale prywatnie uwielbiała.
I nagle zadzwonił telefon.
- No hej, Dareczku. Co tam?
- Nudzi mi się, a Internet mi padł, więc dzwonię. Co robisz jutro po zajęciach?
- Um? Idę do domu?
- Słuchaj, to przejdźmy się na Bubble Tea na Chmielną, bo mam kupony zniżkowe. Chcesz?
- Ooo, jasne! No to się zmówimy jakoś jutro, co? A chcesz iść potem na kebaba? Dawno nie byłam i strasznie tęsknię za mięskiem.
- Spoko. A propos mięsa, widziałaś na YouTube te filmiki o kanibalach z Ameryki? Lol. Na 200% to jakieś kawały, ale obczaj sobie, bo wyglądają bardzo realistycznie.
- Ee?
- No wpisz w YouTube ?zombie pranks San Jose? i ciesz twarz.
Faktycznie, pomyślała Lidia po obejrzeniu dwóch filmików, wyglądają realistycznie. Czego ci ludzie nie wymyślą, żeby zostać YouTube famous?

*

ilikebutterflies    10 minutes ago
Wow, this looks sooooo realistic! Hahah! I bet these people have a huuuuge trauma now, haha!

yourmum     10 minutes ago
Stupid hoax.

guildwars4ever    9 minutes ago
Fuck. This looks so real! What if it?s true? I mean, they could be members of some cannibal sect, right?

annajo    5 minutes ago
my uncle said that we should be careful, because there are similar attacks all over the world?

Josh     4 minutes ago
annajo, like I care? besides, who the fuck is your uncle? i bet he?s a psycho. HAHA
in reply to annajo (show the comment)

r2dt     2 minutes ago
POLSKA PRZEJMUJE TEN FILMIK!11111!!11

annajo    1 minute ago
he?s a Marine.
in reply to Josh (show the comment)

*

Maciej Jastrząb, Teleexpress, witam państwa.
W odpowiedzi na atak terrorystyczny sprzed tygodnia  rząd Stanów Zjednoczonych Ameryki ogłosił zamknięcie wszystkich granic. Prezydent Arnold Parker w orędziu zapowiedział projekt szczególnej ustawy antyterrorystycznej, która ma wejść w życie w ciągu najbliższych dni.

Dear Americans. It is hard for me to say but it should not be hard for you to listen. I am doing it for you. We are doing it for you. United States of America is the chosen country. A country in which everyone can find their home. I want you to have a home. I want you to be a part of this nation. I want United States of America to be a safe country. We are closing the borders in order to protect you. To protect liberty. Our nation deserves sacrifice. We won?t bow to the enemies.

*

- Cholera, no to się porobiło? - Lidia odetchnęła głęboko patrząc na monitor w metrze, na którym co chwila pojawiały się doniesienia o sytuacji w USA. Nie dość, że zamknęli granice, to nie pozwolili wrócić ludziom spoza Stanów do swoich krajów. To nie wróżyło nic dobrego. Nikt nie panikował, ale już nie tylko mohery zaczynały plotkować w komunikacji miejskiej. Nawet kobieta od logiki poruszyła ten temat na ostatnim wykładzie. Czy ci idioci w rządach wszystkich państw nie mogę po prostu zdechnąć, a na ich miejsce wstawiłoby się jakichś normalnych ludzi, którzy nie mieliby ambicji żeby wywołać III wojnę światową? No naprawdę!

*

- Darek? Co ci jest? Czemu masz taką minę? ? spytała Lidia, widząc zbliżającego się w jej stronę, białego jak ściana Darka.
Była 10 rano i ludzie dopiero zaczynali zbierać się pod salą.
- Lidia, oglądałaś wiadomości? ? wysapał Darek z trudem łapiąc oddech. Wyglądał na śmiertelnie przerażonego.
- Nie oglądałam. Darek, o co chodzi? ? Chociaż Lidia miała na większość rzeczy najzwyczajniej na świecie wyjebane, puls zdecydowanie jej przyspieszył. ? Darek, no mów! Był jakiś wypadek?
- Lidia, jest wojna w Ameryce! Rosja zaatakowała Stany, rozumiesz? Rozpierdolą wszystko, jak nic! A wiesz co jest najgorsze? Polska wysyła tam naszych! Ja pierdolę, będzie ta III wojna jak nic!
Podniesiony głos Darka niósł się po całym korytarzu, i w końcu wokół nich zebrało się kilkanaście osób.
- Stary, możesz powtórzyć? ? spytał chłopak z drugiej grupy.
- Ludzie, jest wojna i Europa się w to miesza. Mamy przesrane.
Słowa Darka odbijały się w umyśle Lidii raz za razem. Jest wojna. Jest wojna, a ona ma dopiero dwadzieścia jeden lat i nic w życiu nie osiągnęła. Nie przeszła nawet całego Slendermana, a teraz będzie musiała zmierzyć się z globalnym konfliktem! Ale o co, do cholery, w ogóle poszło? Wszyscy wiedzą, że Rosja na czele z ich premierem to świry, ale wyruszać na podbój Stanów to samobój. Boże. Wszyscy zginiemy.
Nikt nie poszedł na tamten wykład. Lidia szybko wróciła do domu i od razu rzuciła się do telewizora. Na każdym kanale trwały specjalne wydania serwisów informacyjnych. Na Jedynce, TVN-ie i Pulsie mówili o państwach, które są w stanie mobilizacji, ale na Polsacie wciąż podawali informacje o nowych przypadkach kanibalistycznych napaści, w takich krajach jak Kanada, Argentyna, Chile i co gorsza, w Turcji, Indiach i we Włoszech.
- Co do? - Lidia zamilkła w pół słowa. Polsat pokazywał właśnie wypowiedź polskiej reporterki z Turynu, kiedy za jej plecami rozegrała się scena, która zmroziła Lidii krew w żyłach. Dziecko stojące na przejściu dla pieszych, znajdującym się tuż za reporterką zostało w jednej chwili zmiażdżone przez rozpędzoną półciężarówkę. Kamerzysta zatrząsnął obrazem, w tle słychać było najpierw krzyk, który przeszedł w ryk rozpaczy. Ludzie natychmiast podbiegli do miejsca wypadku.
Lidia nie mogła uwierzyć w to co widzi. To nie możliwe, żeby to była prawda. To po prostu, cholera, nie możliwe!
Nagle tłum się rozstąpił. Dziecko, a raczej niesamowicie zmasakrowane truchło, bo dzieckiem tego już nie dało się nazwać, pomyślała Lidia, podniosło się i ugryzło rękę kobiety, która klęczała obok. Kobieta wrzasnęła z bólu i próbowała wyrwać rękę, co udało się jej w końcu, tyle tylko, że ogromny kawał mięsa został między zębami tego zakrwawionego? czegoś?
Kamera przestała nadawać. Reporterka ze studia Polsatu przeprosiła za przerwany niespodziewanym wydarzeniem reportaż. Lidia nie mogła już wytrzymać i zasłaniając ręką usta pobiegła do toalety.

dnia: 30 Marzec, 2013, 16:35:34 4 Świat Zombie / Twórczy Kącik / Opowiadanie by K2

Miejsce do komentarzy i opinii: Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się



Rozdział pierwszy: Ostatni dzień Ziemi cz. 1

*

Gdy to wszystko się zaczęło byłem zwyczajnym nauczycielem wychowania fizycznego w jednym z liceów, w Sacramento. Kochałem swoją pracę, uwielbiałem ją, ponieważ, nie wiedząc czemu, moje relacje z młodzieżą zawsze układały się niezwykle pozytywnie. Byłem szanowanym pedagogiem w Sacred Heart School, będąc nieskromnym, budowałem swoją opinię przez kilka lat, dopóki dyrektor nie docenił moich starań związanych z realizacją pasji i celów. Prowadziłem żeńską drużynę koszykówki, która po kilku latach zdobyła mistrzostwo stanu. O tak! Nie wierzyłem w to wszystko. Ze względu na moje sukcesy dostałem propozycję kontraktu na wschodnim wybrzeżu, mniejsza o miasto i drużynę, teraz to zupełnie się nie liczy. To byłby najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Byłby, ponieważ okazał się przedsionkiem piekła, w którym później przyszło mi żyć. Pieprzony 14 maja? Tego dnia straciłem wszystko.

**

Miguel Ferro był trzydziestoletnim mężczyzną, atletycznej budowy latynosem. Posiadał 190 cm wzrostu i krótko przystrzyżone, czarne włosy. Posiadał typowo latynoamerykański zarost. Wąsy przechodzące w idealny prostokąt, kończące się tuż na linii brody i niewielka bródka nadawały mu naprawdę południowy wygląd. Kochał swoją pracę, której w stu procentach był oddany. Jako kawaler miał zdecydowanie dużo więcej czasu niż inni w jego wieku, którzy założyli rodziny musząc, siłą rzeczy, dzielić życie rodzinne i zawodowe. Miguel taki nie był. Powiedział sobie kiedyś, że rodzinę założy dopiero wtedy, gdy osiągnie pewien pułap życiowy, pozwalający w przyszłości nadać dobry status materialny jego osobie, a co za tym idzie, najważniejszym dla niego ludziom.
- Sandy! Nie staraj się jej minąć! To strata czasu! Podaj tą piłkę do Sylvii! Podaj! O taaak! To było świetnie! Brawo dziewczyny! Dwa punkty dla was! Pamiętajcie, że każdy punkt jest na wagę złota!- Dziewczyna nazwana przez Miguela Sandy, była niezwykle śliczna i pociągająca. Wysoka, smukła sylwetka oraz długie, jasne włosy splecione w złocisty warkocz nadawały jej niesamowity wygląd. Miguel starał się omijać szerokim łukiem wszystkie swoje podopieczne. Był przystojny, co wśród zawodniczek oprócz respektu, budziło także chęć zawiązania bardziej osobistych relacji z młodym trenerem. Jak każdy mężczyzna starał oszukać swoje dumne ego, zapominając, że to kobieta jest łowcą, że to kobieta określa cel, do którego potem obiera drogę. Sandy zauroczyła młodego trenera koszykówki. Na początku było niewinnie. Kilka spacerów, czasami jakiś lunch, rozmowy telefoniczne. Wszystko wydawać by się mogło zwyczajne, gdyby nie fakt, że pewnego pięknego popołudnia, po skończonym treningu, Miguel kochał się z nią w swoim gabinecie. Był to ich pierwszy i nie ostatni wspólny seks. Ferro nie mógł sobie tego później wybaczyć. Zero spoufalania się z kimkolwiek- to była jego zasada numer jeden, nie wiedząc czemu, złamana. On jednak dobrze wiedział, czemu. Nie mógł się powstrzymać, okazał słabość. Sandy, śliczna nastolatka, owinęła go sobie wokół palca. Miała tak piękne oczy, tak piękne ciało?
- Trenerze?- Miguel wyrwał się letargu, stojąc jak słup soli na parkiecie Sali gimnastycznej.- Trenerze? Czy wszystko w porządku?- Stała naprzeciw niego Sandy. Wpatrywała mu się w oczy, piłując go błękitnym spojrzeniem. Ferro zamrugał, po czym słabo uśmiechnął się i rzekł:
- Tak Sandy, wszystko ok. Wracaj do gry.- Nastolatka puściła mu oko, po czym podniosła piłkę wypinając się niezwykle wymownie i prowokująco. Ferro przełknął ślinę i włożył do ust gwizdek:
- Ostatnia kwarta dziewczyny! No, jazda! Pamiętajcie, że na parkiecie dajemy z siebie wszystko!- w tym momencie do Sali gimnastycznej wszedł podenerwowany dyrektor placówki. Był to czarnoskóry, około pięćdziesięcioletni mężczyzna. Podszedł szybkim krokiem do Miguela i szepnął mu na ucho:
- Do sali konferencyjnej, prędko.- Zdziwiony Ferro skinął i już miał pytać o co chodzi, kiedy nagle dyrektor odwrócił się na pięcie, wyjął z kieszeni telefon, przyłożył go do ucha i zniknął za drzwiami sali gimnastycznej. Mężczyzna spojrzał na dziewczyny. Rzekł:
- Hannah, będziesz sędzią. Skończcie dziewczyny ostatnią kwartę, zapiszcie wynik i idźcie się przebrać. Ja przyjdę nieco później, to przeanalizujemy trening. Teraz muszę załatwić ważną sprawę.- Miguel wyszedł z sali gimnastycznej i skierował się tuż do gabinetu dyrektora. Szkoła była niemalże pusta z racji popołudniowych godzin. Większość uczniów skończyła już zajęcia, a i nauczycieli było w placówce niewielu. Ferro minął sprzątaczkę i dozorcę i stanąwszy naprzeciw drzwi do gabinetu dyrektora taktownie zapukał:
- Proszę!- dało się słyszeć z gabinetu. Miguel odchrząknął, po czym chwycił za klamkę i wszedł do pomieszczenia. Za biurkiem siedział barczysty Benjamin Stevens. Pedagog z kilkunastoletnim doświadczeniem, opanowany, ale i surowy, zdecydowany w swoich decyzjach, co pozwoliło objąć mu posadę szefa placówki:
- Usiądź Miguel.- rzekł Ben, po czym wstał i skierował się do barku znajdującego się na prawo od jego biurka:
- Szkockiej, chłopcze?- spytał i otworzył niewielkie drzwiczki.- Miguel odparł:
- Dziękuję panie dyrektorze. Za chwilę jadę do domu, a muszę prowadzić, także?
- Rozumiem.- przerwał stanowczo Stevens, po czym odparł:
- Ja pozwolę sobie na małą lampkę, jeśli nie masz nic przeciwko.- Oczywiście, proszę się nie krępować.- odparł Ferro patrząc z zainteresowaniem na sylwetkę dyrektora. Mężczyzna wyjął szklaneczkę zza oszklonej półki i nalał do niej niewielką ilość ekskluzywnego alkoholu. Odstawił butelkę na miejsce, usiadł, upił jeden spory łyk po czym odparł:
- Wezwałem cię tu nie bez powodu Miguel. Chodzi o opinię, którą miałem ci wydać.- Ferro wyraźnie się zaniepokoił:
- Coś nie tak?- Dyrektor uśmiechnął się ukazując szereg śnieżnobiałych zębów:
- Nie, nie. Skądże. Wszystko w jak najlepszym porządku kolego. Chodzi mi o jedną rzecz?
- Panie dyrektorze, ja przemyślałem sobie wszystko. Jestem zdecydowany, co do kontraktu. W końcu ktoś docenił moje trudy i dostrzegł we mnie potencjalnego kandydata na poprowadzenie drużyny do młodzieżowego mistrzostwa kraju.- Stevens z zaciekawieniem popatrzył na twarz swojego podopiecznego tak, że ten musiał uciec wzrokiem:
- Sugerujesz, że my tutaj nie doceniamy twojego kunsztu i talentu? Do jasnej cholery, Ferro! Od zera stworzyłeś żeńską drużynę, wykreowałeś dziewczyny do tego stopnia, że zdobyły mistrzostwo Kalifornii. Ja doskonale rozumiem twoje cele, ale ku*rwa! Jesteś jednym z najlepszych, masz ogromny talent trenerski. Uwierz, że nie chciałbym, byś póki co odchodził. To dopiero wierzchołek góry lodowej. Ja nie kwestionuję twojej decyzji, broń Boże. Chciałbym tylko, żebyś przemyślał to jeszcze i został w naszej szkole, tak długo, aż wszystko nie osiągnie dobrego pułapu, żeby ktoś mógł przejąć po tobie pałeczkę i utrzymać solidny poziom w dalszych latach.- Miguel spuścił głowę i westchnął. Rzekł:
- Panie dyrektorze, doceniam to wszystko, co dla mnie zrobiliście, ale niech mnie pan zrozumie. To moja życiowa szansa! Za parę lat może jej już nie być. Byłem niezwykle zdziwiony propozycją tego kontraktu, ale i mile zaskoczony. Jestem młodym pedagogiem i wyczuwam na wschodzie moją życiową szansę, z całym szacunkiem dla pańskich kompetencji. Nie twierdzę, że poziom tutejszej koszykówki, że poziom tutejszej placówki jest zły. Ba, śmiem twierdzić, że stał się naprawdę solidny i przez lata wyrobił renomę. Ja jednak?
- Wiem, wiem. Rozumiem cię chłopcze. Miałem jednak nadzieję, że nie opuścisz nas po tym roku szkolnym. Łudziłem się, że zostaniesz jeszcze na sezon, dwa.- Dyrektor słabo uśmiechnął się i przechylił jednym haustem szklaneczkę szkockiej. Skrzywił się i odparł:
- Jak najbardziej cieszę się z twoich sukcesów, ponieważ jest to także nasz sukces, jako solidarnego grona pedagogicznego i młodzieży reprezentującej naszą szkołę. Nie ukrywam, że żal mi cię puszczać do Nowego Jorku. Będzie nam cię brakowało Miguel. Niemniej jednak, życzę powodzenia, z pewnością Ameryka o tobie usłyszy.- uśmiechnął się szeroko i sięgnął do szuflady. Wyjął z niej aktówkę, w której znajdował się pewien dokument:
- Oto twoja opinia. Oczywiście jak najbardziej pozytywna.- Sięgnął po pieczątkę, po czym odbił ją na kartce, w lewym dolnym rogu opinii. Podpisał, podał Miguelowi i rzekł:
- W takim razie, oto twój bilet. Jest mi niezmiernie szkoda, że nie zostaniesz u nas nieco dłużej. Mam jednak nadzieję, że będziesz nas miło wspominał, tak jak my ciebie.- Ferro wziął opinię, schował ją do teczki i rzekł z uśmiechem:
- Panie dyrektorze, jeszcze nie wyjeżdżam. To jeszcze ponad miesiąc. Niemniej jednak dziękuję za dobre słowo i opinię. To moja życiowa szansa.
- Wiem, wiem.- Odparł Stevens.- Za kilka dni organizujemy małe przyjęcia z okazji twojego kontraktu. Będzie to także małe pożegnanie. Mam nadzieję, że jako osoba kluczowa, pojawisz się na nim.- Ferro szczerze się uśmiechnął, po czym odparł:
- Pewnie. Bardzo mi miło, nie sądziłem, że aż tak wzięliście sobie mój wyjazd do serca.- Dyrektor wstał, to samo uczynił Ferro. Czarnoskóry mężczyzna uścisnął dłoń młodego trenera, po czym odparł:
- Nie bądź skromny Miguel. Jesteśmy jedną, wielką rodziną. Nie puścimy cię bez odpowiedniego pożegnania. Tego możesz być pewien. Szczegóły powiem ci jutro, tymczasem uciekaj już do domu, na zasłużony odpoczynek. Długo dzisiaj trenowałeś nasze dziewczęta.
- Oczywiście panie dyrektorze. Dziękuję za wszystko.- Już miał wychodzić, gdy nagle usłyszał za sobą donośny, ponury głos dyrektora:
- Miguel. Jeszcze jedno. Uważaj na tą małą, Sandy. Doskonale wiem, co jest na rzeczy, jednakże z sympatii do ciebie przymykałem na to oko. Nie zrań jej, skoro wyjeżdżasz, a przynajmniej bądź delikatny. Teoretycznie to nie moja sprawa, praktycznie dotyczy relacji jednego z moich najlepszych pedagogów i najlepszej zawodniczki szkolnej drużyny. Wiesz, co mam na myśli.- Młody trener nie odwrócił głowy, nie chciał spotkać tych świdrujących oczu dyrektora. Rzekł:
- Tak, wiem. Na pewno to załatwię, niech się pan nie martwi.
-Mam taką nadzieję. Do wiedzenia Miguel.
- Do zobaczenia.- odparł Ferro i pospiesznie zamknął za sobą drzwi.



Sandy czekała na niego kilka przecznic od miejsca, gdzie znajdowała się szkoła. Słońce chyliło się już ku zachodowi, a powietrze było niesamowicie gorące. Drzewa zaczęły rzucać cienie nadając magiczny wygląd sielankowej części dzielnicy. Kalifornia była jednym z najbardziej magicznych stanów amerykańskich. Ocean po jednej, pustynne rubieże po drugiej stronie nadawały jej wygląd najpiękniejszego klejnotu pośród innych klejnotów Ameryki. Miguel kochał to miejsce, nie do końca chciał wyjeżdżać, ale pewne sprawy zmusiły go do podjęcia takiej, a nie innej decyzji. Ferro wyszedł ze szkoły, założył okulary przeciwsłoneczne, po czym wsiadł do swojego porsche i skierował się do miejsca, gdzie czekała na niego Sandy. Dziewczyna wyglądała bajecznie. Spódniczka mini leżała na niej idealnie, długie nogi potęgowały jej urok, a te jasne, długie włosy rodziły najdziksze, seksualne fantazje w głowie młodego trenera koszykówki. Mężczyzna na jej widok uśmiechnął się, podjechała autem na parking i wysiadłszy z auta rzekł:
- Hej skarbie. Mam nadzieję, że nie czekasz zbyt długo.
- Miguuuel!- krzyknęła uradowana dziewczyna i rzuciła mu się na szyję całując go namiętnie w usta, tak że momentalnie skoczyło mu ciśnienie.- Co będziemy robić? Kochaj się ze mną, proszę. Tu i teraz. Jestem taka napalona.- złapała go za krocze całując namiętnie po szyi. Ferro z trudem opanował się, chwycił ją za rękę i delikatnie odsunął:
- Sandy, co ty robisz? Nie tu i nie teraz. Wsiądź proszę do samochodu. Pojedziemy na obiad?- Dziewczyna wyraźnie spochmurniała i spuściła głowę.
- A potem do mnie, księżniczko.- rzekł Miguel z szerokim uśmiechem i uchyliwszy okulary puścił jej oko.- Dziewczyna rzuciła mu się na szyję, po czym obydwoje wsiedli do samochodu.- Miguel westchnął, sięgnął do kieszeni i wyjąwszy paczkę czerwonych Marlboro wyjął jednego papierosa. Odpalił, zaciągnął się niezwykle mocno i włączył radio:
- Uwielbiam połączenie dymu papierosowego i perfum. Twoich perfum Miguel.- rzekła Sandy i pocałowała go w policzek.
- Jak spędzimy wieczór?- spytała poprawiając włosy. Miguel rzekł:
- Pojedziemy na mały lunch do The Fire Restaurant, później do galerii handlowej na małe zakupy, a resztę wieczoru i noc spędzimy u mnie. Co ty na to?- spojrzał w jej stronę uśmiechając się szeroko.- Sandy zamrugała i odpowiedziała czarującym uśmiechem. Miguel wiedział, że będzie musiał jej powiedzieć o wyjeździe. Nie czuł nic szczególnego do dziewczyny, choć bardzo ją lubił. Nie kochał, ale lubił. Stała mu się bliska, choć nie na tyle, by mógł poświęcić karierę trenerską dla jej osoby. Postanowił, że porozmawia z nią dzisiaj. Tak. Dzisiaj był dobry dzień. Zjedzą kolację, będą uprawiać seks, będzie miło. Dopiero przed snem z nią porozmawia. Miał tylko nadzieję, że Sandy się z tym pogodzi. Będzie musiała. Ferro czuł się źle z tym wszystkim.- Chyba nie sądziła, że będę z nią na stałe?- spytał się w myślach, ale to mu nie pomogło. Zaciągnął się papierosem po raz kolejny, wyrzucił niedopałek przez okno i zmienił stację. Radio odezwało się świetnym klasykiem.
- Billie Jean is not my lover?- śpiewał w starym kawałku Michael Jackson. Ferro odprężył się, po czym rzekł do Sandy:
- To jak maleńka? Najpierw zakupy czy lunch?- Dziewczyna uśmiechnęła się słabo i rzekła:
- Jak wolisz Miguel, po czym spuściła głowę.- Latynos zauważył to i wyraźnie spochmurniał:
- Eeeej. Co jest mała? Co się stało?- Sandy odparła smutno:
- Czy ty w ogóle mnie lubisz?- Mężczyzna spuścił na chwilkę wzrok, po czym uśmiechnął się i spokojnie odparł:
- Pewnie skarbie. Chodź no tu do mnie.- Przysunął delikatnie jej głowę do swojej, po czym musnął jej wargi. Nie minęło kilka sekund, a para już pochłonęła się w erotycznym pocałunku, który trwał przez dobrych kilkanaście sekund. Byli tak skupieni na sobie, że nie usłyszeli komunikatu radiowego, który przerwał Michaelowi występ:
- Tu Radio 94.7 Sacramento. Mamy godzinę 18.30 i zapraszamy na fakty. Od godzin porannych przez miasto przetoczyła się fala kanibalistycznych ataków. Mamy kilkanaście przypadków pogryzień, w tym jedno śmiertelne. Kapitan policji w Sacramento nie wie, czym jest to spowodowane. Epidemiolodzy podejrzewają, że chodzi o jakiś nowy narkotyk, który wzmaga u ludzi agresję. Stołeczna policja radzi, aby mieszkańcy miasta nie opuszczali domostw po zmroku. Gwarantujemy państwu, to tylko niewielki incydent. Pogryzieni zostaną przebadani w lokalnych szpitalach, a sytuacja jest już opanowana. Dla bezpieczeństwa prosimy jednak?
- Pieprzone radio.- rzekł Miguel nie odrywając wzroku od Sandy i wyłączył odbiornik. Słońce powoli opuszczało nieboskłon. Powiał lekki wiatr znad oceanu.




Szybko zjedli lunch i zrobili zakupy. Było kilka minut po 20. Miguel otworzył drzwi do samochodu i wpuścił Sandy. Włożył siatki z zakupami do bagażnika i sam zasiadł za kierownicą. Ostatnie promienie słońca padały na Sacramento. Za półtorej godziny amerykański zachód miał pogrążyć się w mroku. Miguel wyjął z pulpitu krążek Cypress Hill i włożył go do napędu. Przy dźwiękach Hits from the bong opuścili parking galerii handlowej kierując się do domu Ferro. Młody Latynos mieszkał na przedmieściach, ale miasto nie było olbrzymie. Posiadało około pół miliona mieszkańców, co przy potężnych metropoliach pokroju Nowy Jork, Chicago czy Los Angeles nie nadawało mu monumentalnego wyglądu. Droga z centrum miasta do domu Miguela zajmowała w tych godzinach około 15-20 minut. Mężczyzna wyprostował się i jadąc w ulicy pokrytej ostatnimi promieniami słońca rzekł:
- Grasz coraz lepiej Sandy. Musisz skupić się na technice. Nie możesz nieustannie grać sama. Koszykówka polega na kooperacji? Zwłaszcza koszykówka?
- Wiem skarbie, wiem, ale tak już mam. Może chcę ci troszeczkę zaimponować?- uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek. Miguel odwzajemnił uśmiech i odparł:
- Wiem, ale kluczem do sukcesu jest pełna kontrola tego, co na boisku. Skupienie i współpraca w drużynie to podstawa. Tym mi zaimponujesz.- Spojrzał na nią robiąc zeza i krzywiąc przy tym usta. Sandy wybuchła śmiechem i rzekła:
- Uwielbiam, jak tak robisz, haha. Uwielbiam.- W tym momencie minęły ich trzy rozpędzone radiowozy policji Sacramento. Miguel spojrzał w lusterko. Oddalały się z dużą prędkością. Dziewczyna odwróciła głowę i patrzyła, jak samochody znikają w półmroku. Chwilę później przejechał ambulans na sygnale i dwa wozy strażackie:
- Co do ku*rwy nędzy? Co jest?- spytał Miguel marszcząc brwi. Sandy zamrugała, spojrzała przed siebie i rzekła:
- Pewnie znowu jakieś wojny gangów czy coś w tym stylu. Nie przejmuj się Miguel. To nic takiego.
- Mam złe przeczucia skarbie. Cholernie złe przeczucia. Coś wisi w powietrzu.
- Eee tam? To nic takiego. Mało razy widziałeś tu policję? Jeżdżą codziennie, jak opętani? Zachód jest opętany. Ludzie zabijają się każdego dnia, jak gdyby to było normalne. Smutny jest ten świat, coraz bardziej zaczęłam się nad tym zastanawiać, wiesz?- Miguela coś ukłuło. Jak on jej mógł to zrobić. Jakim sposobem? Była inteligentna i wrażliwa. Piękna i delikatna. Nienawidził siebie za to, że pozwolił, by sprawy zaszły tak daleko. Nie chciał jej skrzywdzić. Nie chciał, ale już to zrobił. Ich rozmowa miała być tylko uwieńczeniem tego dzieła zniszczenia. Na pewno rozbije ją psychicznie i uczuciowo? Czuł się, jak świnia?
- Miguel, co jest? Coś z tobą nie tak dzisiaj. Za dużo myślisz. Skup się na mnie, proszę. Spędźmy miły wieczór, dobrze?- spytała go osiemnastoletnia kochanka. Latynos westchnął, złapał ją za dłoń i rzekł:
- Dobrze skarbie. Obiecuję, już wracam do normalności.- Podkręcił radio i pokonując ostatnie przecznice kierował się do domu. Osiedle było niezwykle spokojnie. Słońce na dobre zaczęło znikać za horyzontem. Miguel zaparkował samochód i wysiadłszy z niego otworzył drzwi Sandy. Dał jej kluczyki i rzekł:
- Otwórz proszę drzwi i rozgość się skarbie. Ja uporam się z zakupami.- Sandy podbiegła do drzwi, otworzyła je i uradowana weszła do środka. Miguel wyjął z paczki papierosa, odpalił go i oparłszy się o samochód spojrzał w niebo. Mrok coraz szybciej spowijał osiedle. Powiał lekki wiaterek, który wywołał gęsią skórkę na ciele młodego Latynosa. Ferro cały czas myślał o tym, jak powiedzieć Sandy o kontrakcie, o tym, jak będą musieli się rozstać? Przynajmniej na pewien czas, chociaż sam nie wierzył w to, że kiedyś znów się zobaczą. Będzie myślał o tym za chwilę. Po kolacji. Już miał wchodzić do domu, gdy jego uwagę przykuła sylwetka mężczyzny znajdująca się kilkadziesiąt metrów dalej, z wolna przesuwająca się w stronę zaciekawionego Miguela:
- Siemasz Josh! Co słychać?- krzyknął młody trener machając mężczyźnie, którego nazwał Joshem. Ten jednak nic nie odparł, tylko z wolna, niezwykle ślamazarnie zaczął przesuwać się w kierunku Miguela.- Ech, pewnie pijany, jak zwykle?- rzekł pod nosem.- Ten alkohol kiedyś cię wykończy brachu! Idź lepiej spać, zamiast uderzać po kolejną tequilę! Stary, ledwo chodzisz!- Josh nie odparł nic po raz kolejny, przesuwając się konsekwentnie dalej.- Miguel wyrzucił niedopałek, machnął ręką i zamknąwszy kluczykiem samochód, wszedł do swojego domu.




-Mmmm? Kochanie, kolacja była wyborna. Jesteś świetnym kucharzem, wiesz? A seks z tobą? mogłabym się kochać godzinami mój Latynosku- rzekła Sandy gładząc Miguela po klatce piersiowej. Leżeli na łóżku, tuż po kolacji i? stosunku. Miguel palił papierosa i z milczeniem wpatrywał się w sufit pokoju. Sandy nakryła się kołdrą i zaczęła z wolna przesuwać swoją głowę w stronę penisa partnera. Miguel jednak skrzywił się i rzekł:
- Nie teraz skarbie. Musimy porozmawiać.- Sandy momentalnie wstała. Drżącym głosem spytała:
- Ttaak? Co się dzieje? Tylko mi nie mów, że mnie zostawiasz! Nie chcę kur*wa tego słuchać!!!- Miguel podniósł się. Najgorsze było przed nim. Wiedział, że albo teraz albo nigdy:
- Sandy odsunęła się od niego. Miała łzy w oczach. Była bystra. Wiedziała co się święci.
- Posłuchaj skarbie. Dostałem propozycję kontraktu w Nowym Jorku. To moja życiowa szansa.
- Nie, nie, nie, nieeee?- łkała dziewczyna. Zrobiło mu się jej żal. Spuścił głowę i kontynuował:
- Za miesiąc wyjeżdżam. Nie wiedział, jak ci to powiedzieć. Posłuchaj mnie. Został ci jeszcze rok liceum. Później zaczynasz studia. Zaczekam tam na ciebie. Będziesz mogła uczyć się i rozwijać karierę sportową na wschodzie. Daj mi tylko czas, muszę się tam zadomowić i rozeznać w sytuacji?- Poczuł uderzenie jej dłoń na policzku. Nie odwrócił wzroku. Należało mu się:
- Ty cholerny sk*urwie lu! Zaplanowałeś to! Dobrze wiedziałeś, jak to się skończy. Pół roku temu, jak mnie rżnąłeś! Już wtedy to wiedziałeś! Ty cholerny draniu! Ty draniu!- przytulił ją. Uległa:
- Posłuchaj Sandy. Lubię cię. Naprawdę cię lubię, ale? Daj nam czas. To nie jest takie proste.- Dziewczyna momentalnie odskoczyła. Pospiesznie wstała z łóżka. Była piękna. Piękna, ale i przygnębiona. Pod wpływem histerii wypowiedziała ostre słowa:
- Nienawidzę cię, wiesz? Nienawidzę? Leć sobie do tego pieprzonego Nowego Jorku. Leć i zapomnij o mnie. Zmarnowałeś mi życie, wiesz? Zmarnowałeś mi ku*rwa życie!- Pospiesznie się ubrała i skierowała do wyjścia. Miguel leżał na łóżku nagi, z otwartymi ustami, nie mogąc nic zrobić.- przepraszam.- rzekł w myślach.
- Skarbie, zaczekaj!- odparł i podniósł się zacząwszy ubierać. Dziewczyna otworzyła drzwi i już miała wychodzić, gdy nagle spostrzegła przed sobą sylwetkę mężczyzny. Płacząc spytała go z żałością w głosie:
- Kim pan jest? Proszę mnie przepuścić!- Odpowiedź padła szybciej, niż się spodziewała. Mężczyzna wpatrując się w nią rybimi oczami złapał dziewczynę za ramiona i zatopił zęby w jej szyi. Sandy piskliwie krzyknęła. Nieznajomy wyrwał kawałek mięsa i ścięgien z jej szyi i zaczął żuć. Krew trysnęła na wszystkie strony szkarłatnie barwiąc dywan w domu Miguela. Latynos krzyknął:
- Joooosh! Co ty ku*rwa wyprawiasz! Jooosh!- podbiegł do nich, ale było już za późno. Sandy leżała na ziemi, w konwulsjach. Jej poszarpana aorta uwalniała ostatnie litry krwi, a dziewczyna bladła z sekundy na sekundę. Spojrzała jeszcze słabym wzrokiem na Miguela i z otwartymi ustami zastygła w grymasie bólu.
- Sandy!!! Nieeee!!!! Coś ty jej zrobił poje*bańcu! Josh przełknął kęs świeżego mięsa i spojrzał na Ferro. Z wolna zaczął przesuwać się w jego stronę z wyciągniętą prawą dłonią. Wyglądał strasznie, niczym neptek. Rybie, bezbarwne oczy tępo patrzyły na twarz Miguela. Ten dopiero teraz spostrzegł, że jego sąsiad nie był pijany. Z brzucha zwisał pas jelit. Połowa jego wargi była jakby wyrwana z twarzy. Josh od szyi po pas pokryty był krwią, zapewne swoją i Sandy. Miguel rzucił:
- O ku*rwa! Stój tam! Stój tam do cholery, nie ruszaj się! O Boże? Sandy! Zabiję cię śmieciu, słyszysz!? Zabiję!- Miguel wyjął z kieszeni scyzoryk, otworzył go i pod wpływem amoku z krzykiem rzucił się w stronę Josha. Wbił mu ostrze w lewe oko, po czym szarpnął i wyciągnął. Mężczyzna zatoczył się po pokoju i runął na ciało Sandy. Miguel dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Upuścił nóż i panicznie przykrył wargi dłońmi:
- Ku*rwa mać! Co ja zrobiłem! Zabiłem człowieka! Zabiłem go! O Boże! Co ja zrobiłem?- Osunął się na ścianie i zaczął płakać. Musiał się uspokoić i zrobił to. Po chwili wstał i niepewnym krokiem podszedł do Sandy. Zdjął z niej ciało Josha i objął dłońmi jej twarz Był cały we krwi:
- Kocham cię mała. Kocham cię? Dopiero teraz to zrozumiałem? To wszystko przeze mnie? Pocałował ją w czoło i przytulił zwłoki. Po chwili coś zwróciło jego uwagę. Krzyki na ulicy... Podniósł się, sięgnął po scyzoryk, który upuścił i wybiegł na ganek. Potężny wybuch wyrzucił słup dymu kilkadziesiąt metrów dalej. Spojrzał w górę. Policyjny śmigłowiec patrolował osiedle i oświetlał pogrążone w mroku i chaosie ulice. Kilkanaście osób wyszło przed domy. Jakaś kobieta leżała na ziemi? Krzyczała w niebogłosy, podczas gdy dwóch mężczyzn pożerało ją żywcem:
- Co tu się do ku*rwy nędzy dzieje?- spytał sam siebie Miguel. Nagle usłyszał za sobą dźwięk. Odwrócił głowę i nie wierzył własnym oczom:
- Sandy??
Strony: [1]