Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Wiadomości - Noctury

Strony: [1] 2 3 ... 28
1
GRA / Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 25 Wrzesień, 2018, 18:57:36 »



-O Matko Przenajświętsza..! - Jenna zadrżała widząc jak Tyler gibie się na daszku, podczas gdy te straszne stwory krążyły wokół. Niemal zamykała oczy gdy młody chłopiec skakał a daszek niemożebnie trząsł się po jego ciężarem, nawet jeśli był z niego taki szczypiorek.
-Josh, musimy mu jakoś pomóc..!

-No wiem, wiem! - Josh sam z niepokojem przyglądał się wyczynom rudzielca. Co oni w ogóle wyprawiali? Sam aż wstrzymał oddech gdy żrące plwociny poleciały do góry niemal sięgając ich linoskoczka wyczynowego. Na szybko tworzył deski owinięte szmatami z benzyną i flaszki z czymś co przypominało rozpuszczalnik rozlewając nieco wokół bo ręce trzęsły mu się niczym alkoholikowi na trzeźwo. Teraz jednak było odwrotu, więc zagarnął stworzone przez siebie "bomby" i rozdał po kilka Kenny'emu i Henry'emu, a po namyśle także mamie, bo widział że aż dreptała w kółko z niepokoju.
-Tylko daleko od dystrybutorów, błagam - polecił i sam rzucił jedną, na chwilę rozpraszając krąg paskud, którym najwidoczniej nie podobał się ogień. Właściwie jedyne co osiągnęli to lekkie zamieszanie wśród parszywców, (jego mama właściwie cały czas rzucała w dość losowe miejsca, ale dobre i to, choć modlił się by nie trafiła w pobliże benzyny) ale przynajmniej nie pluli cały czas w Tylera, a o to chodziło. Ksiądz powoli eliminował sztuki "oddzielone od stada", ale nadal było ich zdecydowanie za dużo i Josh powoli tracił wiarę w sens ich starań...
Aż wjechał złoty SUV. Josh nigdy by nie pomyślał, że tak ucieszy się na widok tej maszyny. Parszywce wykazały zainteresowanie samochodem, pewnie dlatego że jako jedyny był na ich poziomie, a nie wysoko nad nimi.

-Świetnie, a teraz postarajmy się żeby podążyli za tym wozem, może uda nam się ich wybić - Ksiądz przyłożył celownik do oka, by obserwować belzebuby. Nadal istniało zagrożenie wybuchu, im dalej od stacji tym lepiej dla zgromadzonych tutaj.
Josh odetchnął lekko, zwłaszcza że Tyler zdążył wrócić do nich po chwiejnym przejściu.
-Dobrze że nic ci nie jest - Jenna nie mogła się powstrzymać od ponownego przytulenia chłopca, nawet nie zwracając uwagi na to, że wylewa trzymaną w jednej z rąk butelkę.
-Mamo, patrz co robisz - zwrócił jej uwagę Josh, na co kobieta zmieszała się, wybąkując przeprosiny. Blondyn pokręcił jedynie głową, nie mając do niej żalu; sam czuł lekką ulgę choć nadal niebezpieczeństwo nie minęło do końca. Mniejsza z tym, plujący powoli się rozchodzili, ale żeby na dobre wynieśli się spod budynku, rzucili ostatnie łatwopalne ładunki by ich wypłoszyć. Oby tylko tym w wozie nic się nie stało...
Duchowny ponownie oparł broń o skrzynkę i gdy zgraja była wystarczająco daleko od nich, bo już przy bramie i nie na tyle blisko auta które w swoim pożądaniu krwi i duszy ludzkiej gonili, zaczął spokojną eliminację, choć wiedział że na wszystkie demony nie starczy mu amunicji. Musiał przyznać że jak na tak chaotyczną grupę, jakimś cudem udało im się wspólnie działać i wciąż być żywymi... przynajmniej na razie. Wciąż jednak musieli być czujni, bo nie zlikwidowali wszystkich, a dodatkowo musieli teraz działać wyjątkowo sprawnie.
-Na razie możemy stąd zejść - odpowiedział na pytanie dziewczyny - Pokaże wam co powinniśmy stąd zabrać, a jak tylko wrócą ci którzy wyjechali za bramę, odejdziemy do innej bezpiecznej kryjówki - zarządził. Na ten moment i tak skończyła mu się amunicja, więcej miał co najwyżej w piwnicy. Liczył na to, że z pomocą Bożą (i zdrowego rozsądku, o to będzie się dla nich modlił bo zaprawdę przydałby im się) siedzący w wozie powrócą do nich.


-No, chyba staliśmy się najbardziej pożądanym towarem w okolicy - Morgan spojrzała przez tylną szybę, widząc parchatą, plującą procesyjkę dreptającą śladem ich wozu. Rzeczywiście, nic tylko się cieszyć z takich groupies. Szczęściem te "fanki" nie były specjalnie żwawe, a jeszcze mniej żwawe były gdy dostawały kulkę w łeb (lub w coś co z grubsza było w miejscu gdzie powinien być łeb), rozpryskując się piękną, rzygo-zieloną fontanną. Wciąż było ich jednak trochę za dużo. Jeden miał wyjątkowo nabrzmiały łeb, będący właściwie jednym wielkim bąblem, opadającym ciężko na jedno ramię i trzęsącym się jak galareta przy każdym kroku, stąd pełznął powoli na samym końcu ledwo nadążając za kolegami. Jak to piźnie, to nie będzie co zbierać... I może to był jakiś pomysł.
-Zostały same niedobitki... Chyba mam pewien pomysł. Sully, grałeś kiedyś w kółko graniaste? Kręci się kręci aż w końcu jebudu. -nachyliła się nad siedzeniem pasażera.
-Jak zrobimy kilka kółek wokół tej wycieczki tak żeby się zbiła i ten jajogłowy był w środku, to... - pokazała rękami gest celowania i wystrzału, dodając "bum".
-Seth, co myślisz? Tylko musimy odjechać na tyle żeby karoseria nie ucierpiała bo będzie drama - dodała niby konspiracyjnym szeptem.

2
GRA / Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 15 Lipiec, 2018, 16:45:44 »



-Wiem że ciągle chodzisz w tym garniaku, żeby być przygotowanym na mój pogrzeb, ale jeszcze trochę poczekasz - Morgan zaczęła grzebać w rzeczach domorosłego egzorcysty, szukając czegoś przydatnego. Dużą część stanowiły jego wszelkiego rodzaju notatki, mapy i tym podobne wykresy, świadczące o tym że księżulek był zapewne wielbicielem wszystkich możliwych teorii spiskowych. Strach pomyśleć ile duchowny wygrzebał z otchłani internetu gdy jeszcze działał. Po chwili grzebania w kartonach Czerwona natknęła się na puszki z wystającymi z nich kabelkami. Czyżby jakieś zapalniki? Morgan delikatnie włożyła znaleziska do plecaka i rozejrzała się, ale panowie zdążyli już wziąć resztę nadających się do czegokolwiek rzeczy. W oczy rzucił jej się jednak jeszcze jeden zeszyt, ukryty w podwójnym dnie szuflady. Choćby z powodu takiego zakamuflowania postanowiła go zabrać. Kto wie, może to mapa do świętego Graala czy czegoś równie pierdolniętego.
-Dobra, jak mamy wszystko to spróbujemy zajść ich z drugiej strony, odciążymy trochę resztę na dachu. Tylko nie za blisko, lubię mieć niepoparzoną kwasem skórę - westchnęła. Ich dziwaczna drużyna wyłoniła się z bunkra i zaczęła się przemieszczać do drzwi na zapleczu. Po drodze zauważyła ich dwójka plujek, ale jedna szybko została zastrzelona, a wybuchając zniszczyła drugą. To przynajmniej nieco ułatwiało sprawę, choć z drugiej strony półki będące obok zarażonych dosłownie topiły się pod wpływem zielonej mazi... Jebane. Drzwi były zabezpieczone jedynie zasuwką od wewnątrz, więc Morgan ostrożnie otworzyła je, wyglądając na zewnątrz. Parchata grupa zbierała się przy ścianie, wyciągając łapska i plując w kierunku dachu. Kręcili się wokół niczym bączki. Wyjątkowo chore, durne, głodne bączki. Które wybuchały. Droga do samochodów była jednak czysta, więc mieli szansę przeżyć ten napad głupiej decyzji. Wyszli, poruszając się przy samej ścianie.
-Sully, zakładam ze masz przy sobie kluczyki do złotego wąsomobilu?


-Chwila, przecież ty masz astmę czy coś... - Josh z niedowierzaniem pokręcił głową. Henry miał absolutną rację. Tyler już i tak się narażał, ale niech jeszcze podczas tej karkołomnej wspinaczki nagle zabraknie mu oddechu..! I kto mu wtedy pomoże, spiderman?
-Jak to astmę?! - Jennie zupełnie nie podobał się pomysł wysyłania kogokolwiek żeby narażał się na niebezpieczeństwo, a jeszcze takiego dzieciaka... I jeszcze mu papierosy dają, na litość Boską..! Niby powiedział że jest pełnoletni, ale dla Jenny nie brzmiało to wiarygodnie.
-Znaczy... można od tego dostać astmy, to chciałem powiedzieć - Josh zdawał sobie sprawę, że jego matka gotowa jest przypiąć się do Tylera i nie puścić. Choć sam wolałby żeby chłopak nie robił niczego ryzykownego, to Tyler i reszta już zdecydowała i nie było sensu się szarpać, i tak nic to nie da a stracą czas.
-Takiś mądry, a sam palisz - fuknęła Jenna.
-Wiem, ale... - mechanik sam zapędził się w kozi róg. Mimo wszystko westchnął i zwrócił się do rudego chłopaka - Obaj wiemy, że nie powinieneś, ale mniejsza z tym. Możemy się umówić, że jak ja rzucę, to ty też? - Josh wyciągnął z kieszeni zaczętą paczkę papierosów i rzucił ją w dół, powodując poruszenie wśród potworów na dole, sądząc po wrzaskach. Kenny chyba też jęknął na to marnotrawstwo.
-Nie chciałbym przeszkadzać, ale jeśli mamy działać, to lepiej działać od razu - wtrącił się ksiądz, wciąż systematycznie odstrzeliwując demony, choć wciąż przybywały licznie. Dał już sobie spokój z przemawianiem do tych ludzi i patrzył co najwyżej przez celownik snajperki.
-Zwłaszcza że już widzę waszych berserkerów - wskazał lufą grupkę przemykającą się pod ścianą. Duchowny westchnął ciężko i przerwał na chwilę ostrzał by podejść do reszty.
-Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen - wymamrotał, najpewniej dla dodania odwagi, ale nikt specjalnie nie zwrócił na to uwagi.

-Po prostu uważaj skarbie - Jenna przytuliła krótko dzieciaka.
-No to... możemy tym rzucać i ich zająć, wystarczy podpalić - Josh podniósł kawałki desek oblane olejem i rozdał reszcie. Gotowi czy nie, nie było już odwrotu.

3
GRA / Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 01 Lipiec, 2018, 17:52:27 »



-Stój do kurwy nędzy..! - w dupę jebany Sullivan postanowił wbrew wszelkiej logice zejść na dół. A Lucy była tuż za nim, a jakże. Morgan rzuciła się żeby ją zatrzymać, ale ubiegł ją Seth, na co odetchnęła z ulgą. Nawet ojczulek odwrócił się w stronę zamieszania, wyraźnie wkurwiony brakiem posłuchu. Gorzej, że sam Seth też postanowił pokazać, że jak rozdawali rozum to on poszedł się zdrzemnąć.
-A ty gdzie?! - złapała go za kołnierz, ale równie dobrze mogłaby próbować chwycić piskorza. Noż kurwa mać..! Czy oni naprawdę muszą się zachowywać, jakby mieli nie więcej niż dwie komórki mózgowe? Wyszło jednak na to, że przyganiał kocioł garnkowi, bo niesiona siłą wkurwienia sama podążyła za łucznikiem, po czym dopiero zorientowała się co właśnie odjebała. No dobra, czyli sama przehandlowała rozum za waciki, brawo Morgan... Gdzieś za sobą usłyszała bulgot zarażonych i chcąc nie chcąc przesunęła się wgłąb budynku. Teraz wóz albo przewóz, dosłownie.

-Na litość Boską..! - wyraźnie zdenerwowany Ksiądz odszedł od swojego stanowiska strzeleckiego i popatrzył na zgromadzonych.
-Naprawdę nie musicie się ze mną zgadzać, ale błagam..! Próbuję wam pomóc! Ostatnie czego chcę, to bezmyślnie kogoś narażać!- duchowny stanął na klapie, chcąc być pewnym, że nikt więcej nie zrobi niczego głupiego. Spojrzał po zgromadzonych z wyrzutem. Broń trzymał w pogotowiu.

-Proszę wybaczyć Ojcze, już nie będziemy..! - Jenna sama wyglądała na wstrząśniętą tym jak lekkomyślnie postąpili -Trudno, stało się, musimy im teraz pomóc, musimy..! Jeśli tylko jest jakiś sposób...
-Teraz i tak nie mamy wyjścia - westchnął ponuro -Poza tym... Przepraszam, co on wyprawia? - duchowny odwrócił się w stronę blondyna, który właśnie niszczył zaporę z drewnianych skrzyń. Czy oni naprawdę chcieli zginąć?
-No... jakby porozwalać te deski i je podpalić, to może odciągniemy ich uwagę - Josh skulił się nieco przed karcącym wzrokiem księdza, ale nie przestał wydzierać desek.
-A po tamtej stronie na ziemi widziałem jakieś kanistry, może z benzyną... Tylko to trochę blisko naszych samochodów, ale jakby tym co zeszli udało się je przesunąć... - wskazał mechanik na oddalone od budynku dystrybutory. Ksiądz podszedł do niego i posłał mu groźne spojrzenie. Josh niepewnie odsunął się do tyłu.

-Zatem rzucamy wszystko i ryzykujemy?
-Proszę księdza, on chciał dobrze... - matka Josha obronnie złapała syna za ramię, zasłaniając go przed wzrokiem kapłana.
-...Niech i tak będzie. Tam są jakieś butelki i powinna być gdzieś puszka oleju, o ile jej nie zwiało. A stamtąd - wskazał na dodatkowy, mniejszy fragment dachu, który zachodził w bok i aż do baneru wyświetlającego ceny - Można ewentualnie odsunąć się od dystrybutorów, tylko że ten daszek jest dużo delikatniejszy, bo niczym nie podparty.

4
GRA / Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 10 Czerwiec, 2018, 18:19:34 »


Ostatecznie całe towarzystwo zostało wpakowane na dach. Morgan niepewnie rozejrzała się wokół. Ojczulek najwidoczniej miał tu już do czynienia z bebokami, bo miał przygotowane stanowisko ze skrzynek i jeszcze jakieś graty robiące chyba za zasłony. Przez mgłę nieco kiepsko było widać co się dzieje na dole, ale same odgłosy były kurewsko nieprzyjemne.
-Schowajcie się za czymś - Ksiądz przykucnął przy jednej ze skrzynek i oparł swoją snajperkę o płaski murek komina.
- Wątpliwe, by zdołali plunąć tak wysoko, ale lepiej nie ryzykować. Na szczęście są zbyt zdeformowani żeby się wspinać.

-Na szczęście... Ale z propozycji przyczajki warto skorzystać. Siadaj Lucy, błagam - mruknęła Czerwona, pilnując by wszyscy pochowali makówki. Sytuacja na dole nie była raczej za ciekawa i chłopaki już zaczęli kombinować.
-Nie wiem czy widzieliście, ale przy każdym trafieniu te skurwozaury wybuchają kwasem... Nie dam nikomu podejść do nich, chyba że chcą wyglądać jak żona araba po samosądzie. Tak Kenny, patrzę na ciebie... Mnie też wkurwia siedzenie na pośladach, ale przynajmniej to nadal są nieobrzygane kwasem poślady. Ogarniemy to stąd i dopiero zejdziemy na dół.

-Jasne, tylko że jak tak dalej pójdzie, to nie wiem czy będzie do czego wracać... No i tu jednak jest nadal sporo benzyny, jak tak na nią pluną... - nieśmiało wtrącił się Josh, pomagając mamie skryć się za jakąś skrzynią. Że też zgadzał się z Sullivanem, tego jeszcze nie grali... Nie widział wszystkiego, ale obijania się po dachach ich samochodów nie dało się nie zauważyć. Jak się stąd wydostaną, jeśli ich transport przepadnie, możliwe że razem z zapasami? Bał się tych nowych chorych niesamowicie, ale zdawał sobie sprawę, że zginąć mogą równie dobrze na środku pola z głodu czy wycieńczenia... Albo po prostu wylecieć w powietrze tu i teraz.
-Zgoda, to jest problem, ale mimo wszystko, żeby próbować tam teraz schodzić to naprawdę trzeba mieć zdrowo nasra...
-Dość tego, nikt nie będzie nigdzie schodził - przerwał zirytowany Ksiądz, najwyraźniej zdenerwowany że przez ich paplaninę nie może spokojnie wycelować.
-Z taką ilością jestem w stanie sobie poradzić - duchowny przybliżył oko do celownika i oddał wreszcie strzał. Rozległ się nieprzyjemny odgłos pęknięcia z chlupotem.

-A jak będzie ich więcej..? - wypalił Josh, choć chyba wolałby nie wiedzieć.
-Poradzę sobie -zapewnił stanowczo i nieco chłodno - Przy dobrym trafieniu gdy jeden wybucha to rani kwasem przylegające do niego plugastwa. Sami dla siebie są zagrożeniem, należy to więc wykorzystać - klecha przeładował i znowu strzelił. Duży pęcherz na głowie paskudztwa istotnie pękł, rozbryzgując parzącą substancję na jego dwóch pobliskich pobratymców, którym przy okazji pękło kilka mniejszych pęcherzy.
-Zaraz, to one mogą wybuchać jeden od drugiego..? Przecież jak to zrobi jakąś reakcję łańcuchową, to wszystko poleci w powietrze... To jakiś koszmar, naprawdę...- przeraził się Josh.
-Czekaj, co powiedziałeś?
-Eee, że to koszmar?
-Nie, to o reakcji łańcuchowej... Może nie musimy wcale złazić..! Wystarczy żeby grupkami były zbite jak sardynki w puszce, to same siebie załatwią. Byle byśmy tylko wtedy byli możliwie jak najdalej... Co wy na to?

5
GRA / Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 27 Maj, 2018, 22:25:39 »



-Czy to bardzo ironiczne, że ten zeszycik wydaje się cholernie przydatny, a jednocześnie wolałabym nigdy nie musieć z niego korzystać? - westchnęła do Dakoty, kręcąc głową.
-Chyba powinniśmy za nim iść - wskazała za ich mistrzem demono-jutsu, który powoli oddalał się na schodach. W pewnym momencie jednak zatrzymał się i zaczął strzyc uszy.

-Coś jest nie tak... Zaraza, już są..! - ksiądz z miejsca pokonał resztę schodów kilkoma długimi susami. Jego najgorsze przypuszczenia okazały się prawdziwe. Belzebuby już tu były...
-Wszyscy na dach, szybko! Tam najlepiej będzie się obronić! - krzyknął donośnym głosem. Teraz liczył się czas: musiał się pozbyć tej fali zanim zapędzą ich w kozi róg. Byle zrobić to z odległości... Pędem udał się do drabinki prowadzącej do klapy na dach.

-Już są? Te belzebaby czy jak im tam..? - Morgan ostrożnie, żeby znowu nie zaliczyć gleby, wspięła się po schodach. Strasznie szybko przeszli od teorii do praktyki... Faktycznie, gdy wyjrzała z zaplecza na główne pomieszczenie, zauważyła jakieś poruszenie przy wejściu. Kenny najwyraźniej ogarniał panikującą Lucy. Czerwona chciała rzucić jeszcze jakimś pytaniem do księdza, ale ten już hopsał po drabinie niczym małpka. Duża, czarna małpka.
-Dobra, nie ma czasu sprawdzać ile w tym prawdy, wszyscy na dach! Sully, bierz Lucy - zdecydowała Morgan, sama biegnąc w stronę drzwi.

Josh kręcił się posłusznie za Sethem, choć mgła nie pozwalała mu widzieć zbyt daleko w przestrzeń. Bliznowaty jak na razie nie dał mu specjalnie odczuć, żeby mechanik był kulą u nogi, za co był mu wdzięczny. Przynajmniej przestawało padać, ale nie mógł się pozbyć wrażenia, że coś paskudnego wisi w powietrzu. Mechanik z pewną obawą przyglądał się półkom, aż dostrzegł porzucony na podłodze czerwony kanister. Może uchowała się tam benzyna? Już chciał podzielić się swoją obserwacja, gdy usłyszał pisk Lucy.
-C-c-co się dzieje?! - Josh kurczowo chwycił strzelbę i zaczął wywijać piruety wokół, próbując dostrzec o co ten cały raban. Więcej tych... skoczków? A może tylko tych zwykłych? Boże, "tylko", tak jakby do zdążył się już przyzwyczaić... Wreszcie zauważył ruch przy samochodach na wejściu: ktoś lub coś skakało po nich nieporadnie, wydając z siebie przerażające, bulgotliwe odgłosy. I... czy mu się śniło, czy pluło czymś na szybę wejściową? Sztywniak (to musiał być jeden z nich, żaden człowiek nie mógłby tak wyglądać i żyć) zdawał się być pokryty wielkimi pęcherzami, które pulsowały rytmicznie. I śmierdział, Jezusie, jak śmierdział... Mechanik skulił się, czując że trzęsie się jak galareta, ale do porządku przywróciło go ostrzegawcze walnięcie po głowie (chyba przez Setha, bo poza tym nadal był nienadgryziony i nieuszkodzony). Josh rzucił się do przodu i spróbował trafić w to coś. Strzał był co prawda średnio celny, bo ledwo drasnął ramię gangreniaka, ale wystarczył by przebić duży pęcherz który dosłownie wybuchnął, rozlewając obrzydliwą, żrącą juchę. Karoseria pobliskiego auta aż zasyczała... Sztywniak pozbył się całego ramienia i części torsu, ale nadal się ruszał, choć niemrawo.
-Chryste... - jęknął, próbując zrozumieć co się właśnie stało. Josh mimo przerażenia podszedł bliżej szyby, chcąc nieśmiało przyjrzeć się stratom poczynionym w ich wozach... Ale z mgły zaczęły się wyłaniać koledzy pęcherzowatego. Poczuł szarpnięcie i omal nie podskoczył do sufitu.

-Josh, uważaj..! - pisnęła Jenna, uczepiając się ramienia syna. Nie mogła pozwolić, żeby zbliżał się do tego... czegoś!
-Świetnie, wybuchają - wycedziła Morgan przez zęby, przybiegając do reszty. Teraz zaczynała łapać czemu klecha nie chciał sobie poplamić kiecy w bezpośrednim starciu.
-Lucy, nie zachlapał cię tym gównem? - zmierzyła wzrokiem dziewczynę, ale na szczęście nie wyglądało na to, żeby beboki kogoś zarzygały. Na razie.
-Musimy wszyscy iść na...

-Boże, tam dalej jest ten długowłosy chłopiec! - Jenna wskazała na wejście, gdzie nadal był jegomość, który urządził sobie zakrapianą sjestę. Chyba nie do końca jeszcze złapał kontakt z rzeczywistością... Nawet jeśli nie pochwalała libacji, nie mogli go tak po prostu zostawić..! Kobieta rzuciła się by otworzyć drzwi, próbując omijać kałużę śmierdzącego kwasu.
-Czekaj, mamo..! Nie wychodź! - Josh złapał matkę za rękę, ale ta zdążyła już wyjść przed stację, ciągnąc go za sobą. Kogo jak kogo, ale jej akurat za żadne skarby na zewnątrz nie chciał wypuścić...
-Ale przecież nie możemy tak..! - spojrzała na syna z wyrzutem, niezgrabnie łapiąc Kevina za fraki, choć nadal miała uczepionego siebie Josha.
-Kurwa mać, pakujemy ich do środka, JUŻ! - Morgan poważnie już wkurwiona ogólnym pierdolnikiem, otworzyła drzwi z buta i pomachała reszcie, by pomogli jej zabrać ten łańcuszek szczęścia. Dziadek za babcię, babcia za wnuczka, wnuczek za rzepkę... Jakoś wspólnymi siłami wpakowali towarzystwo do środka.
-Batman już zwiał na dach, wypada dołączyć - wydyszała.


6
GRA / Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 20 Maj, 2018, 17:25:53 »


-Możecie się śmiać, przyzwyczaiłem się do tego - Ksiądz popatrzył na rudzielca nieco smutno. Nie wydawał się specjalnie zdziwiony taką a nie inną reakcją, jakby słyszał podobne rzeczy codziennie. Wygrzebał wreszcie ze skrzynki snajperkę i amunicję do niej, po czym niespiesznie sprawdził zamek bębna. Szczęknął satysfakcjonująco, więc broń nadal była sprawna, choć nieco już zakurzona. Zadowolony zabrał ze sobą także jakieś race i zamknął skrzynię na kłódkę.
-Bardzo to wszystko ciekawe i w ogóle - wtrąciła się Morgan - A czy inne "schrony" też ojciec odwiedza regularnie? Bo patrząc po trasie mieliśmy więcej okazji żeby się... hmn, poznać - spytała, nie tracąc nadziei że mimo wariactwa może chociaż dowiedzą się o jakiś bezpiecznych miejscach, albo o tych gdzie lepiej nie łazić. Taka wiedza zawsze mogła się przydać, nawet jeśli klecha nie był na Florydzie.
-Ostatnimi czasy rzadziej, prawda. Ale gniazda stają się coraz bardziej rozproszone i zamiast kilku dużych powstają liczne mniejsze. Niewątpliwie zaraza się rozprzestrzenia. Kiedyś takie azazele były tylko tutaj, a belzebuby z kolei tylko w pobliżu rzeki, ale teraz... - duchowny gładko załadował snajperkę.
-To niby dlatego nigdy nie widzieliśmy takich..? I aż się boję spytać co to za beboki te drugie...
-Cokolwiek nie powiem, i tak mi nie uwierzycie, póki nie zobaczycie tego na własne oczy. Znak czasów, że wszyscy jesteśmy niewiernymi Tomaszami i widzimy prawdę dopiero gdy wsadzimy własne dłonie w krwawiące rany - Ksiądz wydawał się już lekko poirytowany podśmiechujkami w jego stronę, nawet jeśli słyszał je zapewne na każdym kroku. Szybko się jednak zreflektował:
-Wybaczcie mi to uniesienie... To ze zmęczenia.

-Dobra, zagrajmy w otwarte bierki - Morgan podniosła ręce do góry w geście pojednania - Faktem jest, że to co ojciec gada brzmi mało wiarygodnie... a w zasadzie zupełnie z czapy, ale jakby mi ktoś parę miesięcy temu powiedział co się będzie działo, to też dałabym wizytówkę najbliższego zakładu zamkniętego. Mniejsza już o to, czy się zgadzamy w kwestii przyczyn, bo stanęliśmy przed faktem dokonanym: mamy łapska w Chrystusowym boku i tak dalej... A skoro tak, to wszystkie praktyczne rady są na wagę złota.
-Błogosławieni którzy nie widzieli a uwierzyli... ale rozumiem. I tak dobrze, bo już widziałem takich co widzieli a i tak nie uwierzyli - westchnął klecha. Zabrał z półki podniszczony zeszyt w twardej oprawce i podał dziewczynie.
-Mam kilka kopii, ale postarajcie się nie zniszczyć.

-Eee, dzięki - Morgan otwarła podarek. Zeszyt był zapisany drobnym, prostym pismem, które było równie czytelne jak druk. Na stronach znajdowały się narysowane tuszem sylwetki poszczególnych chorych wraz z komentarzem. Przypominało to nieco dziennik dziewiętnastowiecznego badacza przyrody, do kompletu z mnóstwem odnośników do miejsc, sekcji z mocnymi i słabymi stronami danego "gatunku" i proponowanymi strategiami radzenia sobie z tym typem. Na końcu były nawet jakieś modlitwy. Przy "azazelach" stało jak byk "szybkie ale delikatne, strzał w dowolną część ciała gdy są w ruchu powoduje wytrącenie z równowagi". Cóż, nawet jak wariat, to zorganizowany wariat...
-Sami zdecydujcie co zrobicie. Ja muszę się przygotować na belzebuby, więc będę na dachu - rzucił na odchodne i zaczął się wspinać po schodach. Na wszelki wypadek zostawił jednak lampkę oświetlającą schody, jakby nie będąc pewnym możliwości motorycznych gości.
-A co to do cholery są te belzebuby... - Czerwona przerzuciła kilka kartek, aż natrafiła na przyjemniaczka opisanego tą nazwą.
-Świetnie. Jak wierzyć wielkiej księdze wiedzy szwędów, te skurwysyny plują gorącym kwasem. Na parę metrów... Nie chcę wiedzieć co się dzieje jak taki kwas pierdolnie w benzynę.

***
Josh zdołał już znaleźć płyn do chłodnicy i parę innych pierdółek, ale kręcił się jeszcze po terenie stacji. Nie bardzo wiedział co ze sobą zrobić, poza czekaniem na tych którzy poszli szukać księdza. Że też ze musieli trafić akurat na księdza..! To już nawet nie był ironiczny śmiech losu, tylko regularny trolling. Mechanik odłożył rzeczy do samochodu i zauważył Setha, również rozglądającego się po okolicy. On przynajmniej wyglądał jakby wiedział co robi... Josh wziął głęboki oddech. Chciał się ogarnąć, więc powinien wykorzystywać każdą okazję, żeby się poprawić... Nawet jeśli nie miał na to specjalnej ochoty. Zabrał ze sobą strzelbę (bardziej dla otuchy) i podszedł do Setha.
-Tak pomyślałem... Może jakiś rekonesans dookoła? Tak w ramach szkolenia, czy jak to nazwać...

7
GRA / Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 27 Kwiecień, 2018, 19:34:06 »


-Nie proponował ci jeszcze oglądania małych kotków w piwnicy, to chyba nie będzie tak źle. A jak sam mu się rzucałeś w objęcia, to różnie mogło być - Morgan także udała się w okolice zaplecza. Faktycznie ciemno tam było jak u murzyna po czwartej kawie, dlatego zwróciła się do Kowboja i Sully'ego, który niczym Tango i Cash węszyli już wokół:
-Macie jakieś latarki prawda? Bo prędzej potkniemy się o księdza niż go zobaczymy... - zasugerowała. Dakota jak na komendę zaprezentował małą latarkę i poświecił nią przed siebie. Sully w zasadzie podobnie, z tym że zaświecił Morgan prosto w oczy.
-Dobra, zrozumiałam, mamy światło, świetnie - Czerwona zmrużyła oczy przed snopem światła, pokazała środkowy palec jako wyraz dogłębnej przyjaźni dla Sullivana, i ruszyła przed siebie. Całe zaplecze było w stanie permanentnego bajzlu, więc co rusz ktoś w coś kopał lub się o coś potykał. Jak wiadomo piszczel została ewolucyjnie przystosowana do znajdowania przedmiotów w ciemnościach... Kartony, porozrzucane opakowania i poprzesuwane dziwnie półki nie pomagały w nawigacji. Wkrótce jednak Morgan natrafiła na coś, co tłumaczyło ten ogólny rozpierdol. Najpierw wdepnęła w coś mokrego, potem poczuła odór.
-Mógłby któryś tu poświecić? - wskazała kąt przed sobą. Gdy panowie oświetlili ten fragment podłogi, ich oczom ukazał się kolejny klient stacji, a raczej to co z niego pozostało. Napis na jego koszulce głosił "don't worry, be happy" i faktycznie gość nie miał już żadnych zmartwień, bo jego głowa już nie istniała. Czerwony kleks na ścianie dawał pojęcie jak do tego doszło.
-Idziemy w dobrą stronę, księżulek tu był - stwierdziła, ostrożnie podchodząc bliżej, nawet jeśli wolałaby tego nie robić. Prawo Murphy'ego było jednak nieubłagane i zdążyła potknąć się o coś, uwalając sobie kolano w kałuży krwi.
-Ja pierdolę, co to za w dupę głaskany... - kopnęła ze złością w kawałek wybrzuszonej wykładziny, o który zawadziła nogą. Powodem wybrzuszenia okazał się mały, ale solidnie wyglądający uchwyt. No proszę... Morgan niewiele myśląc chwyciła za niego. Ręki jej nie odgryzł, rozlecieć się nie rozleciał, zatem zostało tylko sprawdzić czy pociągnięcie go coś da. Ukryta klapa w podłodze otworzyła się z cichutkim szczękiem, wskazującym na to że ktoś ją jednak oliwił. Widać było zarys kilku kamiennych schodów, reszta znikała w mroku.
-Chyba jednak zobaczymy te kotki w piwnicy... Nie ma rady - westchnęła, próbując dojrzeć cokolwiek w ciemnej plamie na końcu schodów. Ekipa poszukiwawcza chcąc nie chcąc powoli ruszyła w dół, z Sullivanem na początku i Dakotą zamykającym procesję, by najlepiej wykorzystać latarki. Pachniało lekką stęchlizną i pleśnią, ale na razie nie było widać niczego pojebanego. Schody były w niektórych miejscach nadkruszone i w pewnym momencie Morgan trafiła glanem w luźniejszy kawałek, który ustąpił pod naciskiem.
-Szlag..! - syknęła, zatrzymując się gwałtownie, by złapać równowagę. Paskudne uczucie, jakby nie trafić nogą w schodek, ale udało jej się nie wywalić. Na jakąś sekundę, bo idący za nią Kowboj chyba nie ogarnął tak gwałtownego stopu i wpadł na nią, samemu się potykając. Potem efekt domina rozkręcił się na całego: Dakota z Czerwoną wlecieli na Młodego, a cała trójka na Agencika. Łubudu, jebudu i cała ostrożna wyprawa poszła się jebać. Upadli u podnóża schodów, leżąc w dziwnych pozycjach.

-To wy..? - znikąd pojawił się Ksiądz, celując w nich strzelbą. Wyglądało na to, że nie dowierzał jak taka zbieranina łamag dożyła aż do teraz.
-Na Matkę Boską Bolesną, co wy wyprawiacie?!

-Na razie głównie leżymy - jęknęła Morgan, czując już tworzące się siniaki na tyłku. Kamienne schody były jednak twarde jak skurwysyn - Logan, mógłbyś zabrać tę nogę..?
-Doprawdy... Po co tu schodziliście? Mówiłem że zajmę się czym trzeba, a potem do was wrócę - klecha pokręcił głową i odłożył broń. Teraz miał przewieszony przez ramię pasek z różnymi buteleczkami. Sam także przyświecał sobie latarką, niemniej jego była sporą halogenówką i dawała sporo światła. Dopiero dzięki niej można było dostrzec że piwnica jest całkiem spora, a od pomieszczenia przy schodach odchodziły drzwi do innych. Stała tu jedna duża półka zawierająca różne graty, piec elektryczny i wiele skrzynek leżących jedna na drugiej. Na ścianie zaś wisiała wielka mapa Stanów Zjednoczonych, okraszona wieloma kolorowymi kropkami, znakami i karteczkami zapisanymi drobnym, precyzyjnym pismem. Ksiądz przyglądał się karcąco jak grupka powoli rozplątuje się i wstaje.
-Ojciec nam zniknął, no to woleliśmy się upewnić czy wszystko w porządku... Ale... co to właściwie za miejsce? - Czerwona nie zważając na nic masowała obolałą kość ogonową, wpatrując się w pokreśloną mapę. Co tu się...
-Bezpieczne - wyjaśnił krótko duchowny, wciąż nieco naburmuszony - Dlatego co jakiś czas tu wracam, nie ma tu wiele cennego dla zwykłych szabrowników, za to dla mnie... - odwrócił się na pięcie, chcąc się wycofać.
-Chwila..! A co jest tutaj zaznaczone? - Morgan wskazała na mapę. Ksiądz wbił wzrok w notatki, jakby sam się nad nimi zastanawiał. Czerwona już myślała, że jej nie odpowie, ale wreszcie stwierdził:
- Wszystko co wiem, albo co wydaje mi się, że wiem. - duchowny używając strzelby jako wskaźnika zaczął wyjaśniać -Na czerwono są zamalowane gniazda demonów, które widziałem na własne oczy. Daty obok oznaczają kiedy je ostatnio oczyszczałem. Na zielono mam zaznaczone potencjalnie najkrótsze drogi do kolejnych schronów, są przypięte pinezkami. Kolejnymi kolorami ważniejsze punkty obserwacyjne, potencjalne magazyny z dobrami, et cetera. Na czarno przypuszczalne kierunki rozprzestrzeniania się plugastwa, wraz z rządowymi placówkami odpowiedzialnymi za to. To w dużej mierze domysły, ale jak na razie się sprawdzają - zakończył wypowiedź ze smutkiem, jakby nie chciał mieć racji.
-Zaraz, rząd ma z tym coś wspólnego? Skąd takie informacje? - Morgan coraz mniej z tego rozumiała.
- Zostało to przewidziane już dawno w mowie i piśmie, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Jednakże teraz prawda wyszła na jaw. Rządzący światem ulegli pokusie i w swym zaślepieniu otwarli bramy piekielne. Gdybym tylko mógł im otworzyć oczy wcześniej... - Ksiądz pogrążył się na moment w zadumie, szybko jednak się otrząsnął.
- Wybaczcie mi na chwilę. Tylko... nie chodźcie już nigdzie, proszę - powiedział z ojcowskim manieryzmem i zniknął w jednym z pomieszczeń, ale dało się słyszeć jak szuka czegoś otwierając różne szafki czy też pojemniki.

-Aha. Rząd otworzył bramy piekielne. O czym on mówi? I dlaczego to nie wydaje mi się najdziwniejszym możliwym wytłumaczeniem tego, co się ostatnio odpierdala?

8
GRA / Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 19 Kwiecień, 2018, 19:43:20 »


-Dzięki, wystarczy że mój ociec był w policji - wzruszyła ramionami ze śmiechem. Dakota miał jednak rację: jeśli istniały różne rodzaje chorych, to równie dobrze mogły to być różne mutacje czy szczepy czegokolwiek, przeciwko czemu ponoć mieli szczepionkę na Florydzie. Mieli albo nie mieli. Jeśli szli logiką szczepień na grypę, czyli po prostu dawali szczepionkę na zeszłoroczny szczep, licząc na to że obecny będzie w miarę podobny do swego "przodka", to wcale nie musiało się to sprawdzić.
-Lekiem możemy martwić się, jeśli uda nam się przeżyć spotkanie z większą ilością takich odmian uberkommando. A jakieś wskazówki zawsze są w cenie -stwierdziła, patrząc jeszcze raz na powyginane zwłoki. Nie był to ładny widok. Lucy także spoglądała niepewnie na ciało, jakby przetrawiając co się tu właściwie odwaliło.
-Nie patrz, i tak więcej o tym dowiemy się pewnie od księdza - delikatnie złapała dziewczynę za ramię i odsunęła. Nie wiadomo skąd pojawił się znowu kocur, miaucząc cicho o zaległe jedzenie. W końcu miał obiecaną wyżerkę i żadne dzikie stwory nie mogły mu przeszkodzić.

-Coś nie tak?-Logan najwyraźniej usłyszał rozmowę mechanika z Morgan i wyglądał na zaniepokojonego.
-Po prostu powinniśmy poczekać parę godzin aż przegrzany układ w samochodzie się ochłodzi - wyjaśnił krótko - Chyba że chcemy wszystko przerzucać z tego auta i pakować do reszty, ale obawiam się że możemy się nie zmieścić.

-Myślę że lepiej wykorzystać ten czas na rozeznanie w temacie z ojczulkiem, a przed wieczorem wyjedziemy stąd w pizdu - zaproponowała Czerwona, podsuwając kotu miskę.
-Nie chciałbym być pesymistą, ale jak dokładnie chcemy się dowiedzieć czegoś od tego... niech będzie że księdza? Wygląda na wariata, tak jak ten poprzedni - zaoponował Josh. Może to kwestia zawodu, a może tego że gość sprawiał wrażenie jakby brakowało mu co najmniej kilku klepek, ale mechanik wolał być bardzo ostrożny - Nie ustrzeli nas tak jak tego... tej... no cokolwiek to było - skinął głową na zwłoki.
-Josh, jak możesz tak mówić? Wydaje się miły i przecież ostatecznie uratował nas przed tym... no właśnie tym. Wstydziłbyś się - wtrąciła się oburzona Jenna.
-Nie widziałaś poprzedniego księdza którego spotkaliśmy... No i to że jest duchownym nie czyni go jeszcze świętym, naprawdę - Josh starał się nie brzmieć zgorzkniale, ale przychodziło mu to z największym trudem.
-Spokojnie, gwarancji żadnej nie mamy, ale myślę że póki co pogramy przykładnych parafian. Jeśli będziemy trzymać się razem i w gotowości, to damy radę. Warto spróbować, bo ja powiem szczerze widziałam takiego skoczka pierwszy raz na oczy, kto wie czy nie ma innych odmian.
-Skoro i tak musimy tu czekać, a ten człowiek nam pomógł, to uważam że warto - Jenna wydawała się być pewna swego.
-Niech będzie, ale czy ktoś widział dokąd on w ogóle poszedł? - zrezygnował Josh. Reszta spojrzała w stronę gdzie zniknął klecha, ale były tam tylko drzwi dla personelu.
-Gdzieś na tyły, ale gdzie konkretnie... - Morgan podeszła do drzwi z tabliczką sugerującą uprzejmie, żeby zwykli klienci tam nie włazili. Powoli otworzyła drzwi, ale jej oczom ukazał się tylko mały magazyn z typową graciarnią i mnóstwem nierozpakowanego towaru. Po krzyżowcu ani śladu. Chwilowo nie słychać było żadnych wystrzałów, co znacznie ułatwiłoby poszukiwania. Noż w dupę jeża.
-Spróbuję go poszukać, ale i tak dobrze się tu jeszcze rozejrzeć, byle ostrożnie, wciąż mogą tu być "normalni" chorzy. O właśnie, to jest myśl - pstryknęła palcami i podeszła do stolika w części restauracyjnej, gdzie siedział Młody. Skoro ksiądz miał oczyszczać stację z demonicznych pomiotów, to należało go szukać tam gdzie był pomiot. A Tyler wspominał że natknął się na takich klientów gdy wchodził "od zaplecza".
-Jest zadanie bojowe. Ksiądz nam czmychnął żeby głosić swoją dobrą nowinę strzelbą, więc podejrzewam że będzie tam gdzie widziałeś naszych ulubionych chorych - zwróciła się do rudzielca - Pomożesz nam szukać? Znienacka może się jeszcze da przytulić, kto wie - trąciła go lekko łokciem. Nie bardzo wiedziała kogo Młody niby rozpoznał w duchownym, ale w sumie nie zdziwiłoby to jej specjalnie, gdyby ksiądz był jakąś gwiazdą której pod wpływem szoku wydawało się że naprawdę jest graną przezeń postacią. Teraz wszystko było możliwe...

9
GRA / Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 15 Kwiecień, 2018, 20:18:00 »


-Ojczulek zdecydowanie wie więcej niż my - Morgan przyznała rację kowbojowi i pochyliła się nad zwłokami. Przemienieni zawsze wydawali się być niestrudzeni i agresywni, ale jak na razie żaden nie wywijał takiego wypierdolonego w kosmos tańca na suficie. Na szczęście. Czy to znaczyło, że to działało inaczej na różne osoby? A jeśli tak, to czemu akurat na tę emerytkę? Życie ze skromnej emerytury powodowało że stała się najtwardszą z twardych nawet po śmierci?
-Henry, zobacz no tę klientkę - zaprosiła doktorka. Sama dźgnęła kilka razy ciało porzuconą gazetką z promocjami. Po chwili wyjęła parę jednorazowych rękawiczek i obejrzała kończyny zarażonej. Głowę też chętnie by zobaczyła, ale niewiele z niej zostało poza rozsmarowanymi resztkami na podłodze. Nic jednak nie wyglądało inaczej, ot truposz jak truposz.
-Trzeba przywdziać pokutne wory i dać mu poczucie że posłuchamy jego kazań, gość wyglądał jakby widywał takie babcie co wtorek, i to nie na kółku różańcowym - zwróciła się głównie do Henry'ego i Dakoty, bo nie była pewna czy reszta będzie zainteresowana pomysłem.
-Spróbujmy przynajmniej nie wyglądać na wariatów i... - przerwała w pół zdania, bo Młody już zdążył porwać duchownego w objęcia, jakby znalazł się w sklepie z cukierkami, a najpyszniejszym by ten w sutannie. Udzieliło mu się po matce Josha czy co? To tyle z udawania normalności...

-Dziecko drogie, spokojnie, nic z tego nie rozumiem - ksiądz ledwo zorientował się, co właśnie się do niego przyczepiło. Chłopak gadał od rzeczy, w dodatku nie zważając na nic rzucił się do obejmowania duchownego. Ksiądz spojrzał na dzieciaka surowo, bo przy takim zaskoczeniu mógł go równie łatwo uznać za kolejnego demona, ale nie wywołało to żadnego wrażenia. Klecha nawet położył mu rękę na czole, by sprawdzić czy ten nie ma czasem gorączki, ale nie; najwyraźniej nie zmieniał si w demona, choć oczy płonęły mu żywo. Szybko zjawił się jednak drugi osobnik i uwolnił księdza, za co ten był mu wdzięczny. Poprawił lekko przekrzywioną koloratkę i zwrócił się do nich spokojnie, choć nieco karcąco:
-Nie wiem o czym mowa, ale nie skacze się tak na ludzi. Skoro przeżyliście do tej pory, powinniście to wiedzieć.

-Ojciec się nie denerwuje, to z czystej przyjaźni - zapewniła Morgan, chcąc ratować sytuację. Jednak szybko znalazła się kolejna fanka Krzyżowca.
-Och, Bogu dzięki, ksiądz! Josh widziałeś coś takiego? - Jenna także wystartowała do duchownego, składając pobożnie ręce. Cóż za szczęście, że w tym chaosie natrafili na kogoś takiego! Od razu poczuła się raźniej, jakby sam uniform instytucji dawał jej nadzieję na to, że wszyscy wyjdą z tego cali. Josh tymczasem wycofał się rakiem jak najdalej, choć Jenna zdawała się tego nie zauważać.
-Nawet ojciec nie wie, jak się cieszę, zwłaszcza w te trudne czasy... Mój syn też jest księdzem, modlę się żeby był bezpieczny, ale wiadomo jak to teraz wygląda... - delikatnie ujęła wolną rękę duchownego w swoje dłonie, zupełnie nie przejmując się że w drugiej trzymał broń - Ojciec jest może stąd? Bo znam sporo parafii w okolicy...

-Bardzo proszę siostro - ksiądz stanowczo odsunął się od kolejnego niespodziewanego wielbiciela. Czy ci ludzie żyli w zupełnie innym świecie? - Ja także rad jestem widzieć was, ale ni czas to ni miejsce na takie radości. Wybaczcie, ale dla bezpieczeństwa wszystkich winienem najpierw oczyścić ten przybytek - powiedział nieco chłodniej niż zamierzał.
-No tak, proszę mi wybaczyć... Nie chciałam robić kłopotu.- Jenna opuściła głowę ze wstydem. Znowu dała się ponieść emocjom.
-Po prostu nie chcę, żeby te plugastwa wyrządziły wam więcej krzywd - dodał nieco łagodniej, całkiem opuszczając broń wzdłuż nogi, wciąż jednak wydawał się zaniepokojony - A te azazele nie powinny wychodzić tak wcześnie - spojrzał z nienawiścią na leżące zwłoki.
-Aza... co? Tak się nazywają? Widywaliśmy przemienionych o każdej porze, co prawda nie takich szybkich, ale... - wtrąciła się Morgan, licząc na jakieś konkrety.
-No właśnie. Te szybsze i sprawniejsze nazywam azazelami, bo są hetmanami sił piekielnych. Lecz zwykle boją się wychodzić za dnia, to mrok nocy je przywołuje. A moim zadaniem jest udzielić im rozgrzeszenia - ksiądz ponownie podniósł broń, najwyraźniej uznając że i tak powiedział już za dużo - A zatem wybaczcie - dość żwawo odwrócił się i zniknął na zapleczu, zapewne zanim jeszcze ktoś postanowi go zaczepiać.
-No świetnie, tego jeszcze nie grali... Skoro tacy sprinterzy wychodzą tutaj w nocy, to lepiej się stąd ewakuować... jak tylko wypytamy jeszcze ojczulka o te jego belzebuby - skwitowała Czerwona, po czym rozejrzała się za mechanikiem i ledwo dostrzegła go, chowającego się z jakiegoś powodu za półką z napojami.
-Josh, jak tam stoimy z samochodem?

-No... całkiem w porządku, będzie jeździć - Josh niemal podskoczył, słysząc swoje imię. Naprawdę, kolejny ksiądz na drodze? Niech jeszcze będzie równie zwariowany jak poprzedni... Nie, właściwie wszystko wskazywało na to, że ten ma jeszcze bardziej nierówno pod sufitem.
-Generalnie wystarczy uzupełnić płyn chłodniczy, tylko że... no cały układ jest teraz przegrzany i najlepiej byłoby jakby całkiem przestygnął... bo jakby wlać od razu to duże prawdopodobieństwo że coś pęknie i już tego nie odratuję - wzruszył ramionami, jakby przepraszając za samochód. Jakby na potwierdzenie diagnozy, rozległ się głuchy strzał z zaplecza. Klecha nie próżnował...

-A ile to potrwa?
-Żeby być zupełnie bezpiecznym to przynajmniej... jakieś pięć godzin, bo tam jest stop z niklu i z...
-Kurwa - Morgan nawet nie słuchała już dalszego wywodu. Dawało im to czas, żeby przefiltrować kaznodzieję, ale to wie co mu do łba strzeli i czy nie przyjdą jeszcze jakieś dodatkowe rodzaje zastępów piekielnych... A potem i tak przyjdzie noc, gdzie może być więcej takich olimpijskich skoczków, zakładając że to ksiądz nie ubzdurał sobie tego po mszalnym winie. Tak żeby wesoło i radośnie było na całą mszę.
-Ten miły ksiądz na pewno pozwoli nam tu zostać przez ten czas - Jenna nie traciła entuzjazmu, choć reszta z jakiegoś powodu nie wydawała się do końca przekonana -Josh, nie rób takiej miny, powinniśmy się cieszyć...

10
Karty Postaci / Odp: Karty postaci NPC - Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 12 Kwiecień, 2018, 20:15:31 »


Imię - Ivan
Nazwisko - Isaacs
Wiek - 40 lat
Wzrost - 192 cm
Waga - 88 kg
Oczy - niebieskie
Włosy - blond, choć wygolone na tyle mocno że trudno powiedzieć
Skóra - jasna, pokryta bliznami
Wygląd - Wysoki, postawny, w swej czarnej sutannie i z kamienną miną robi wrażenie.
Znaki szczególne - namalowany krzyż na czole
Głos - niski, mocny, zwykle poważny i spokojny. Lekki angielski akcent.
Ubiór - czarna sutanna, czarne buty, płaszcz.

Kolor - #FF6633

11
GRA / Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 12 Kwiecień, 2018, 19:39:42 »


-Jeszcze raz przepraszam, narobiłam ci wstydu... Chyba mam tendencję do panikowania, z Joshem też tak miałam. W ramach rekompensaty pozwól że dam ci coś na przebranie, bo to się lepi... na szczęście od syropu - roztrajkotała się Jenna z wyraźnym poczuciem wstydu. Ona się absolutnie nie nadawała do rzeczywistości gdzie bycie zakrwawionym od stóp do głów było bardziej prawdopodobne niż wymazanie się czymś słodkim. Wróciła do zaparkowanych samochodów, zachęcając gestem Tylera by poszedł za nią. Na szczęście wciąż jeszcze miała mały zapas ubrań w torbie.
-Co to był za raban? - spytał mechanik spod maski, prowadząc dalsze oględziny wozu. W końcu kto wie czy leciwy samochód nie miał jeszcze jakiś problemów.
-A... to moja wina, ale na szczęście nic się nie stało - odpowiedziała wymijająco, grzebiąc w torbie. Wreszcie natrafiła na coś, co było pewnie za duże na chudego chłopaczka (właściwie wszystkie ubrania byłyby za duże) ale nie aż tak bardzo : białą koszulę i brązowe spodnie, pamiętające czasy Josha a może i jego brata Matta. Z przepraszającym uśmiechem wyciągnęła ubrania jako oznakę zawarcia pokoju.
-Proszę, jak się podwinie rękawy i nogawki to powinno być w porządku. Przeszły już moich chłopaków, więc przetrwają jeszcze jednego.

-Mamo, nie musisz wszystkich ubierać, jeśli nie ma potrzeby i... - Josh podniósł głowę spod maski, pewien że mama postanowiła zagłaskać Tylera na śmierć, ale rzut oka wystarczył żeby stwierdzić że zmiana garderoby jest wskazana.
-Co się stało? - spytał niepewnie.

-Wypadek przy pracy - skwitowała krótko Jenna. Syn patrzył przez chwilę to na jedno, to na drugie, ale najwyraźniej stwierdził że chyba lepiej nie pytać.
-Gdzieś z boku widziałem myjkę ciśnieniową... znaczy pewnie będzie tam jakiś kran albo pompka - wskazał, wracając do przeglądu.
***
Morgan błąkała się po sklepie, oglądając co ma do zaoferowania. Po prawdzie to niewiele, ale nawet to mogło im się przydać. Żarcie i tak szybko się zepsuje, choć patrząc jaki przerób ma ich kompania, nigdy nie będzie za dużo. Wszystko co puszkowane i zamknięte miało swoją wartość, nawet trafiła się alejka z drobnymi opatrunkami czy pigułkami bez recepty. Po chwili zastanowienia Czerwona wzięła z półki także nożyczki które wyglądały na porządne. Kenny już zdążył przykleić się do działu z piwem, reszta łaziłe w tę i nazad podobnie jak Morgan. Punkówa podeszła do Lucy, bo ta właśnie karmiła kocura, który uczepił się ich na dobre. Cóż, jeść dają, to na cholerę nie korzystać...
-Myszy byś łowił, dobrze by ci to zrobiło - powiedziała żartobliwie, głaszcząc lekko grzbiet zwierza. Kot wydawał się jednak całkowicie zainteresowany obietnicą posiłku. Nagle jednak zjeżył się i prychnął, zadzierając pyszczek ku górze. Wybredny czy ki czort? Morgan podążyła wzrokiem za kocurem, ale nic nie dostrzegła. Dopiero po chwili zauważyła że z zaplecza wolno sunie jakaś postać. Przygarbiona, drobna osoba pchała przed sobą jakiś obiekt, szurając cicho. Wózek sklepowy..? Nie bardziej jakby... balkonik do chodzenia. Jakim cudem ostał się tu jakikolwiek emeryt?
-Halo? Psze pana? Albo pani..? - zdążyła zapytać, domyślając się po plisowanej kiecce i chustce na głowie. Starowinka słysząc jej głos momentalnie zatrzymała się, wydała z siebie okrzyk godny króla rykowiska i nagle odwaliła istny parkour, skacząc na najbliższą ścianę. Po ścianie przetuptała niczym pająk i błyskawicznie znalazła się na suficie. Kontrast między babcią poruszającą się jakby wszystkie stawy miały zaraz się rozlecieć a obecną spajderbabcią był na tyle duży, że Morgan mogła tylko się przyglądać jak zapiernicza po suficie w ich stronę. Kocur zdążył już czmychnąć, brawo instynkt.
-Ja pierdolę, chodu! - jęknęła wreszcie, gdy staruszka (z imponującym garniturem zębów) znalazła się tuż nad nimi. Morgan próbowała odskoczyć, ale w tym samym momencie rozległ się głośny strzał i babcia spadła na ziemię z głośnym plaśnięciem. Chwilę jeszcze machała kończynami, jak pająk przewrócony na plecy, ale padł drugi strzał. W jebaną dziesiątkę - głowa pękła i została po niej jedynie sztuczna szczęka. Jakieś pięć metrów dalej.



-Zaprawdę powiadam wam... musicie uważać. Robicie zdecydowanie za dużo hałasu - rozległ się głos. Z zaplecza wyłoniła się wysoka postać odziana w czarną sutannę. Z jego strzelby wciąż jeszcze unosił się dym. Mężczyzna był wygolony niemal na łyso, a na jego czole widniał krzyż. Mimo takie aparycji, to on patrzył na grupkę jak na wariatów. Poruszał się ostrożnie, jakby nie był pewien czego oczekiwać, ale puścił broń.
-O żesz... Dziękujemy - Morgan, wciąż lekko się trzęsąc, rozłożyła ręce na znak dobrych intencji. Tego im było trzeba, kolejnego wariata... o ile nie ma ich więcej. Trzeba było rozegrać to na spokojnie, albo skończą rozpłaszczeni jak babcia.
-Nie wiedzieliśmy że to miejsce jest zamieszkane przez kogoś... normalnego znaczy - powiedziała, choć koleś był lata światlne od bycia normalnym - Chcieliśmy tylko uzupełnić zapasy, ale nie zamierzamy kraść jeśli to pańskie... możemy ewentualnie pohandlować - wyjaśniła spokojnie, woląc przemilczeć fakt że jeden wóz mają niesprawny.

-Bierzcie co chcecie, jestem tu tylko przejściowo - ksiądz nadal nie wydawał się być zaniepokojony lokatorami, wręcz wyglądał na znudzonego - Od czasu mojej ostatniej wizyty minęło trochę czasu i plugastwo już zdążyło się tu rozplenić - dodał z westchnieniem, po czym odwrócił się na pięcie, jakby nigdy nic. Najwyraźniej czuł się w obowiązku "posprzątać" przed gośćmi.
-Spokojnie, poluję tylko na nie. Dopóki nie jedliście ani nie piliście ciała Szatana, dopóty jesteście bezpieczni - rzucił jeszcze, odchodząc wgłąb sklepu. Przeładował strzelbę z głośnym szczęknięciem zamka.

-Dobrze wiedzieć, ale... chwila, jest pan tu sam? Halo? Panie księdzu? - zawołała za nim Morgan, ale ten już zarzucił kiecką i poszedł. Co do chuja pana miało znaczyć to spotkanie?
-Ktoś coś z tego rozumie..? - spytała reszty, całkiem zbita z tropu. Z zaplecza rozległ się strzał. -Przyszła apokalipsa to i krucjaty wracają czy co? W sumie kiedy, jak nie w takich okolicznościach...


12
GRA / Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 24 Marzec, 2018, 22:14:22 »


Josh dłubał pod maską, puszczając mimo uszu opowiastki Kenny'ego. Najgorsze co można zrobić, to stać nad kimś jak kat i komentować w trakcie pracy, mechanik jednak powstrzymał się od komentarza. Rozkręcając poszczególne elementy, widział głównie rdzę i ślady długiego, mało delikatnego użytkowania, dokładnie tak jak można się było spodziewać, ale przyczyny awarii nadal nie było. Może faktycznie jest gdzieś przeciek, po prostu na tyle mały, że go nie widać... Sprawdził olej, obawiając się że będzie miał brązowy odcień, wtedy na pewno byłaby to uszczelka pod głowicą: ale nie, czyli jeszcze była nadzieja. Zabierając ze sobą latarkę wpełznął w dół kanału i zaczął przyglądać się podwoziu. Tam także jak na złość wszystko wydawało się w porządku, więc wydobył się z dziury, przy okazji uderzając głową o metalową ramę podnośnika i klnąc cicho kontynuował poszukiwania pod maską. Sytuacja wyjaśniła się wreszcie, gdy spojrzał do zbiornika wyrównawczego, który okazał się przepełniony.
-A, tu cię mam - mruknął z zadowoleniem i dla pewności podważył lekko uszczelkę śrubokrętem: rozległ się cichy syk, świadczący o zapowietrzeniu układu chłodzącego. Wystarczyło nieco pokręcić by dać ujście powietrzu, a potem uzupełnić płyn w samej chłodnicy. Odetchnął z ulgą na myśl, że nie okazał się nieprzydatny przynajmniej w tym, na czym się znał.
-W porządku, da radę to łatwo naprawić, wystarczy mi płyn do chłodnicy - powiedział do zatroskanej mamy, która stałą w pobliżu.

-Bogu dzięki, zaraz powiem reszcie! - ucieszyła się Jenna i ochoczo udała się w okolice wejścia do sklepu, gdzie stała większość grupy.
-Dobre wieści, Josh mówi że potrzebuje tylko płynu do chłodnicy i auto będzie... Jezus Maria, co ci się stało?! - dopiero teraz kobieta ujrzała Tylera całego skąpanego we krwi. Wydała z siebie krótki okrzyk i podbiegła do chłopca, łapiąc go w objęcia znacznie silniejsze, niż można by się spodziewać po starszej pani.
-Nic ci nie jest?! Co ja gadam, oczywiście że jest..! Spokojnie skarbie, zaraz to opatrzymy... Położymy cię i będzie dobrze, obiecuję - zaczęła wycierać rudego chłopaka swoją chustką, by znaleźć źródło krwawienia - Powiedz, gdzie cię boli? Halo, mamy u nas lekarzy, prawda? - zwróciła się do reszty z ponagleniem w głosie.

-Co tu się wyprawia? - Morgan, która właśnie okrążała stację i zamierzała opierdolić Agencika za robienie rabanu, przybiegła na lament matki Josha, bo brzmiało to tak, jakby ogłaszała właśnie że anioły trąbią na otwieranie pieczęci.
-Był jakiś wypadek, no przecież jest cały we krwi! - Jenna przysunęła Tylera bliżej rozbitych drzwi wejściowych.
-No ładnie - Czerwona przekroczyła próg sklepu, a kawałki szkła trzeszczały jej pod glanami. Jak nic pierdolnięcie bejsbolem rozwaliło szybę w momencie gdy Młody kręcił się w pobliżu i pocięło go niczym nastoletnie emo. Tylko w filmach można bezkarnie wejść razem z szybą i ograniczyć się do strzepnięcia odłamków z ubrania.
-Pokażcie mi to... Ale proszę go może puścić, dobrze? - zasugerowała Morgan, bo pani Lee gotowa była pewnie zostać w tym żelaznym uścisku po wsze czasy. Coś tu jednak było nie tak i pachniało... cukrem, albo raczej syropem glukozowym? Punkówa bez większych skrupułów wzięła trochę czerwonej "krwi" z policzka młodego na palec, po czym ku przerażeniu matki Josha, spróbowała.
-Ble, wiśniowe... To już lepiej było się wytarzać w czymś malinowym - rzekła, powstrzymując się ledwo od śmiechu. Miny Tylera i Jenny były nie do podrobienia.

-Matko Boska, nie straszcie mnie tak..! - kobieta odetchnęła z ulgą i wreszcie uwolniła chłopca - Przepraszam skarbie, spanikowałam - dodała z lekkim rumieńcem wstydu.
-To jak wejście na pełnej piździe mamy za sobą... może się rozejrzymy, skoro cała okolica o nas wie?

13
Dział organizacyjny / Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa. Mapy
« dnia: 17 Marzec, 2018, 17:05:58 »
Stacja benzynowa:
Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się

14
GRA / Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« dnia: 17 Marzec, 2018, 16:51:54 »


Droga wiła się spokojnie przez pola, a Morgan patrząc na nią, sama wpadała w rodzaj stagnacji. Może i dobrze, bo ostatnio jej myśli nieustannie szalały. Odejściu Snake'a nie dziwiła się jakoś bardzo, wręcz była zaskoczona że jednooki wytrzymał z nimi tak długo, ale mimo wszystko... W tym samym czasie Aileen stwierdziła że zostanie z dzieciakami, co właściwie w jej stanie miało sens, jednak Morgan zastanawiała się czy jedno z drugim miało coś wspólnego. A jeśli tak to co było pierwsze: jajko czy kura - znaczy czy zniknięcie Snake'a podyktowało decyzję Aileen, czy może na odwrót, albo w ogóle to było jakieś pierdolone kosmiczne połączenie umysłów. Kij im w oko. Próbowała pocieszać się tym, że dzieciarnia przynajmniej nie zostanie całkiem sama, ale i tak miała wrażenie że wszystko można było rozegrać lepiej. Pożegnanie z dzieciakami okazało się trudniejsze do przełknięcia niż jej się wydawało, myślałby kto że gówniarze chcieli ich przerobić na karmę dla zarażonych... Czerwona westchnęła, obserwując krople deszczu leniwie spływające po szybie. Powoli zaczynała się zastanawiać, czy dobrze robią gnając na złamanie karku za czymś, co może być równie prawdziwe jak jednorożce biegające po tęczy, która ukazywała się właśnie nad polami. Wtedy jednak w pick upie coś strzeliło, zupełnie jakby potrącili takiego niewidzialnego jednorożca, po czym autem zaczęło solidnie trząść.
-C-c-co j-j-jest? - Morgan złapała uchwyt przy drzwiach, bo miała wrażenie, że jeszcze chwila tego rodeo i pick up zrzuci ich z siebie... Dakota już zdążył stracić kapelusz, który poleciał gdzieś w pizdu na podłogę auta. Zwierzęce towarzystwo na pace zaczęło gdakać z niezadowoleniem.
-Tego jeszcze brakowało... zatrzymuj ten dyliżans! - krzyknęła do prowadzącego samochód Kenny'ego, który nie szczędził rzucania różnymi paniami lekkich obyczajów. Wąsacz zjechał na pobocze, a samochód wydał z siebie jeszcze parę warknięć i stanął. Czerwona jeszcze chwilę trzymała się uchwytu, mając wrażenie że przed chwilą była na karuzeli, którą ktoś właśnie odłączył z prądu... Szybko jednak wysiadła i zaczęła okrążać nerwowo samochód. Spod maski wydobywała się para. Kurwa. Chciała podnieść klapę, ale ta okazała się być gorąca i Morgan syknęła, cofając rękę.

-Co się stało..? - Josh, który jechał z chłopakami i mamą za pick upem, wyskoczył z chryslera jak tylko się zatrzymali. Właściwie to było durne pytanie, przecież sam widział jak nieszczęsnym samochodem zatrzęsło i wolałby żeby to nie było to, na co wyglądało. Podszedł niepewnie do przodu pick upa.
-Coś się dokumentnie zjebało - postawiła profesjonalną diagnozę Morgan, masując poparzoną rękę. W międzyczasie Kenny zdołał otworzyć maskę posiłkując się łomem i wszystko przysłoniła gęsta biała chmura pary.
-Ojej, wszystko w porządku..? - Jenna z niepokojem podeszła do syna, trzymając się jednak w bezpiecznej odległości od wozu. Pozostałe samochody z ich małego orszaku także zatrzymały się w pobliżu.
-Chłodnica jak nic, może też coś gorszego - oznajmił ponuro blondyn, machając ręką by rozpędzić parę. Rozglądał się uważnie po wnętrzu maski, ale wiedział że dobrze byłoby obejrzeć wszystko na spokojnie, najlepiej na kanale... A w ogóle najlepiej, gdyby nie byli w środku durnej apokalipsy.
-Musiałbym to trochę porozkręcać i... fajnie jakby deszcz nie kapał do środka - stwierdził, przyklękując jeszcze by rzucić okiem na podwozie. Nie widział wycieku z chłodnicy, a to mogło sugerować zepsutą uszczelkę pod głowicą. Naprawdę wolałby, żeby jednak tak nie było.

-Czyli że raczej już nie pojedzie..? - spytała Morgan, która właśnie przyglądała się czy klatkowemu żywcowi nic nie jest.
-Na pewno nie w tym momencie, ale może uda mi się... - zaczął, obawiając się jednak czy będzie w stanie dotrzymać tej obietnicy - Tylko będę potrzebować ładnej chwili. Żeby chociaż mieć trochę płynu do chłodnicy, to może moglibyśmy spróbować podjechać kawałek, ale skąd go wziąć... - stwierdził w końcu.
-A może na tamtej stacji? - Jenna wskazała jakiś niski budynek za krzakami. Strzelała że to stacja, bo widziała wybetonowany podjazd i dystrybutory z benzyną.
-Tam jest stacja? - Josh z niedowierzaniem spojrzał we wskazanym kierunku. Cóż, szczęście w nieszczęściu - No to świetnie, jak tylko uda się nam sprowadzić tam auto to powinienem dać radę...
-W takim razie spróbujmy go przywiązać do innego wozu i doturlać jakoś ten kawałek... O ile mamy jakąś linę. - zasugerowała Morgan. Lina na szczęście się znalazła i po chwili pick up ruszył, przywiązany do chryslera chłopaków. Cała ich wesoła pielgrzymka wtoczyła się ostrożnie na stację, ale dało się wyczuć pewną nerwowość. Byli co prawda na zadupiu, ale to nie oznaczało, że będą tu całkiem sami. Czerwona powoli wyszła z auta, rozglądając się za zagrożeniem i ściskając dla otuchy rękojeść noża. Na razie nikogo ani niczego nie było widać.
-Tam jest jakiś podnośnik i kanał... jakby dało radę przepchnąć tam pick upa, to łatwiej mi będzie zobaczyć co się stało - powiedział Josh niemal szeptem, nerwowo wodząc wzrokiem po stacji. Składała się ona z wybetonowanego parkingu na którym stało kilka samotnych tirów, zadaszonych dystrybutorów z paliwem i długiego płaskiego budynku z przeszklonym przodem.

15
Komentarze i opinie / Odp: RPG - wesoła twórczość
« dnia: 15 Marzec, 2018, 18:51:48 »
Takie tam, jak człowiek się nudzi to głupoty wymyśla :v
Wymyślone nowe pokolenie naszych bohaterów (już mniejsza jak jest to prawdopodobne) i w związku z tym ogłaszam zgaduj zgadulę - która latorośl czyja, myślę że nie będzie to trudne xD Proszę pisać swoje typy~~
Josh robi tu za przedszkolankę bo nie potrafił odmówić znajomym, niemniej jak widać zadowolony jest mocno średnio :wow: I nosi paczałki bo starość nie radość


Strony: [1] 2 3 ... 28