Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Pokaż wątki - psychodeliczen

Strony: [1]
1
Pytania, pomysły, uwagi i sugestie / Nie rozumiem jednej rzeczy...
« dnia: 21 Grudzień, 2014, 17:50:01 »
Nie rozumiem jednej rzeczy, wyjaśnijcie mi, o co chodzi. Założyłam wątek o szukaniu alkoholu/dragów, użyłam tam pierwszego w swojej karierze na tym forum 'wulgaryzmu' tzn. dwóch literek w sumie... Sub mi to ocenzurował, dodał wpis pod komentarzem, to rozumiem. Ok. Kilka dni nic się nie dzieje i nagle dostaję jakieś poważne ostrzeżenie, a pod moim nickiem pojawia się napis 'obserwowany'. Najlepsze, że przez ten czas nic nie zrobiłam, nawet nie było mnie na Strefie... O co tu chodzi? :eek: Jeśli cały wątek byłby za bardzo hardcorowy, to chyba zostałby usunięty, więc już kompletnie zgłupiałam.
A może o to, że ostatecznie nie przystąpię do erpega? Mam wrażenie, że po półfinale to forum przestało w ogóle skupiać na tematyce serialu/komiksu czy czegokolwiek z TWD, a zaczęło kręcić jedynie wokół gry. To co, jak ostatecznie nie gram, to wypadłam z obiegu? Ludzie, zrozumcie, ja naprawdę mam teraz poważne problemy zdrowotne i nie jestem w stanie wymyślać postaci, codziennie pisać nowych wątków...

2
Ogólnie / Szukanie alkoholu/dragów w TWD
« dnia: 13 Grudzień, 2014, 18:59:45 »
Tak mnie zaintrygował ten wątek, a widzę, że nic na ten temat nie ma, bo w czasie całego serialu parokrotnie pojawiał się taki motyw.
Nie rozumiem jednego: czemu jak Merle szukał koksu i mety w materacach i poduszkach to wszystko było ok, a jak Becia szukała alkoholu, to zaraz fala oburzenia. Owszem, my jesteśmy ludźmi, którzy nie żyją w czasach apokalipsy, myślimy rozsądnie, ale 'co by było, gdyby'...? Przyznam się szczerze, sama szukałabym okazji, żeby się napić/napaćkać także się Beci nie dziwię. 17 lat, nigdy wcześniej nie piła, napatrzyła się na ojca alkoholika. Wiedziała, że w każdej chwili może umrzeć, więc chciała przed śmiercią spróbować, jak to jest. (No i sprawdziło się, umarła, ale przynajmniej nachlać się zdążyła :mgreen:).
Za to rozbraja mnie jedno. Normalnie głupia dziewucha. Poświęca cały odcinek na to, żeby szukać alkoholu, wielokrotnie narażając się na ataki zombi, a przebywając w szpitalu w sterylnych warunkach, gdzie praktycznie nic jej nie groziło, rozgniata leki, obok stoi taaakie wielkie opakowanie klonazepamu a ona nic. :razz: Szczerze, 'Slabtown' mnie tym rozbroiło, pomijając fakt, że przez resztę odcinka nie mogłam sie skupić, bo cały czas myślałam o tym magicznym opakowaniu... :D Dziewucha nie wie, co dobre, tatuś nie nauczył. Nosz kurde, a jakby miała trochę rozumu w tym pustym blond łbie to przed śmiercią zafundowałaby sobie fazę życia. Idąc tym tropem, kompletnie nie rozumiem, czemu Noah nawiewał ze szpitala... Zabezpieczenia, do tego w <cenzura> przepraszam, od groma benzosów. Pewnie jakiś tramal, koda, morfina też by się znalazły, w zależności od preferencji. Można sobie przeżyć zombiapokalipsę na różowej chmurce. :swelol:

PS jak już przy temacie jesteśmy to nawiążę do '28 dni później' gdzie bidaki nie mogły zasnąć przy ognisku i rypały rolki. Celina wiedziała, co dobre. :mgreen: Tzn. szajs, bo szajs, ale lepsze to niż nic.

Sub Na tym forum nie używamy wulgaryzmów pod żadną postacią.

3
Twórczy Kącik / [Wiersze] Dni utracone
« dnia: 24 Listopad, 2014, 18:08:41 »
Tematyka wierszy może ma niewiele wspólnego z uniwersum Walking Dead, natomiast tytuł celowo do niego nawiązuje, także zdecydowałam się je tu umieścić. Przyda się trochę poezji pośród opowiadań, rysunków i filmików.

Dni utracone (2.11.2014)


Gdzie się podziały te dni kolorowe
Choćbym nie wiem jak szukała
Znaleźć ich nie mogę

Dni barwne, jaskrawe, pełne tańca
w polu. Ulotne, szczyptą radości
dobrze doprawione, beztroskie.

Przywołuję je, tęsknię, wspominam
Zginęły na zawsze w bezpowrotnej przeszłości
"Chciałabym, żeby było jak kiedyś" - zaklinam.

Nic straconego, jeszcze wrócą, nadzieja
Choć przede mną perspektywa zimnej bieli
dni bezwartościowych się rozpościera

Dni utracone, gdy życie było źródłem
z którego czerpałam garściami. Teraz
choć bez apokalipsy, wiele mil za mną.


Dni utracone cz. II

Pamiętam, gdy czułam
poranną rosę pod stopami
dotyk chłodnej trawy
radował mnie.

Idea napełniała me serce
napędzała do działania
by robić więcej i więcej
kochać i być kochaną.

Wtedy: wszystko układało się w całość
Wtedy: odnalazłam siebie we wszechświecie
Wtedy: brak przeszkód nie do pokonania
Teraz: to wszystko utraciłam

Wspomnienie tych dni czyni teraźniejszość
jeszcze bardziej szarą, bolesną,
beznamiętną. Gonię utracone chwile.
Uciekam w rajską przeszłość.

Pamiętam: byłam inna
Pamiętam: potrafiłam
Teraz tylko żądza zemsty
na tych, co mój świat zniszczyli

Wschodząca gwiazda na ziemskim niebie
zgasła, nim błysk jej na dobre rozgorzał
Teraz w pustelni mogę tylko pisać
kolejny wiersz o was, moje dni utracone

4
Zombi-apokalipsa
[Na podstawie The Walking Dead]

by psychodeliczen



Rozdział 1: Ręka, noga, mózg na ścianie

   Norma siedziała po turecku na korytarzu szkolnym i, jak gdyby nigdy nic, pożerała swoje drugie śniadanie. Próbowała nie zwracać uwagi na harmider atakujący jej uszy ze wszystkich stron. Nie ma chyba bardziej hałaśliwego miejsca, niż hol szkoły podstawowej w czasie długiej przerwy. Starszaki tłukące się w mrocznych kątach tak, aby nauczyciele nie zauważyli. Gwiazdeczki z szóstych klas, latające z prostownicami po łazienkach i piszczące ze wszystkich sił. Pierwszoklasiści, urządzający sobie biegi z przeszkodami środkiem korytarza, nieustannie napominani przez kadrę edukacyjną "nie biegaj!". Oto obraz dziecięcej idylli. Dzień jak co dzień, nic specjalnego. Pod pokojem nauczycielskim pani Lawęcka wydzierała się na jakiegoś uczniaka, zapewne po rozdaniu soczystej porcji jedynek na minionej lekcji. Szkoła to nie bajka, to walka o przetrwanie w środku dziecięcej dżungli, gdzie często drapieżnikami bywają dorośli. Ciężko jest odciąć się od tych wszystkich bodźców i spokojnie zajadać się kanapką z serkiem topionym.
- Apokalipsa – mruknęła Norma. Nie do końca rozumiała znaczenie tego słowa, ale słyszała, jak wczoraj mama wypowiedziała je, łapiąc się za głowę na widok bałaganu w kuchni. Bynajmniej nie było to pochlebne określenie. Cóż, dziewczynka chciała tylko być samodzielna i zrobić sobie naleśniki z dżemem.
   Kątem oka zauważyła, że jej dwie najlepsze przyjaciółki z klasy, Rozalka i Amelka, wchodzą do toalety w towarzystwie Mariki. Pewnie poszły poplotkować, zebrania w kiblu były u dziewczyn na porządku dziennym. Mogły tam siedzieć do woli, oczywiście dopóki nie wygoniły ich stamtąd starsze Panienki z Prostownicą. Norma postanowiła, że po dokończeniu śniadania zajrzy na chwilę do koleżanek posłuchać, co w trawie piszczy. Mogło być ciekawie, gdyż wcześniej widziała wbiegającą do środka zaaferowaną Alusię. Na szczęście Prostownice akurat okupowały łazienkę na górze. Było bezpiecznie. Można wierzyć lub nie, niektóre potrafiły być naprawdę potworne.
   Ostatni gryz, łyk soku pomarańczowego i można biec na zebranie koleżeńskie. Wystarczy przejść kilkadziesiąt kroków korytarzem i przecisnąć się koło bandy kłócących się starszaków. Dziewczynka zbliżyła się i uchyliła drzwi do toalety. Najpierw tylko wsadziła głowę do środka, żeby się rozejrzeć. Rozalka i Amelka siedziały koło umywalek. Zafascynowane słuchały Mariki, która stała w centrum pomieszczenia i opowiadała coś podniesionym głosem, zawzięcie przy tym gestykulując. Cała Marika, uwielbiała być w centrum uwagi i skupiać wokół siebie grono słuchaczy. Im większe, tym lepsze. Oprócz nich w klozecie jeszcze ktoś był, o czym świadczyły dźwięki dobiegające z kabiny. Norma wsunęła się po cichu. Usiadła koło Rozalki. Ta zawzięcie potakiwała, wymachując kitkami. Zawsze, gdy była czymś podniecona, fruwały jej we wszystkie strony. Amelka opierała się o ścianę, robiąc swoją zwykłą, anielską minę. Była jedną z najśliczniejszych dziewczyn w szkole, ale nie szczyciła się tym. Nie chciała przystać do Prostownic, choć kiedyś ta ruda próbowała do niej zagadać. Zostanie Prostownicą w wieku Amelki było naprawdę wielkim zaszczytem, jednak ona nie zdecydowała się go dostąpić.
   Marika jak zwykle miała mnóstwo do powiedzenia, dziewczyny standardowo jej słuchały. Wszystko wydawało się tak przeraźliwie normalne. Oto, jak Norma zapamiętała ostatni dzień świata, jaki znała. Wyrazisty głos Mariki. Bure kafelki szkolnego ustępu. Latające kitki Rozalii. Błyszczące, niebieskie oczy Amelki i blond włosy opadające jej na twarz. Pozostałości smaku zjedzonej kanapki w buzi. Przytłumiony hałas docierający z zewnątrz. Tylko odgłosy docierające do jej uszu z kabiny były jakieś... nietypowe. Pomruki, chrapliwe bulgotanie, wręcz lekkie porykiwanie. "Kto tam jest?" - zastanowiła się, zdegustowana.
- Nie wnikam, co ludzie robią w toaletach, ale to już lekka przesada – skrzywiła się.
   Sapanie i warczenie przybierało na sile. W końcu Marika się zdenerwowała. Ona również usłyszała rażący, tajemniczy bulgot. Z jego powodu nie mogła się skupić na opowiadanej historii. Podeszła do drzwi, zastukała i burknęła:
- Ciszej tam!
   Wtedy zwierzęce dźwięki ucichły. Rozległ się trzask odblokowywanej zasuwki. Drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Z kabiny wypadła Alusia.
Ale to nie była Alusia.


   *   *   *   *   *


   Wymknęła się do sklepu cichaczem, gdy tylko rozpoczęła się pierwsza przerwa. Weszła pod krzaki znajdujące się z tyłu podwórka szkolnego, za boiskiem do gry w piłkę nożną. Gąszcz krył tajemne przejście, o którym wiedziała tylko garstka uczniów. Ona dowiedziała się o nim przypadkiem od starszej siostry, która regularnie nawiewała tędy na spotkania z chłopakiem z pobliskiego gimnazjum. Zbłąkana gałąź smagnęła dziewczynkę po twarzy. Alusia przecisnęła się przez dziurę w płocie. Po drugiej stronie rozejrzała się nerwowo. Na szczeście nauczyciel dyżurujący na podwórku nie zauważył jej ucieczki. W podskokach pobiegła do spożywczego za rogiem. Ot, cały powód jej samozwańczej eskapady – w spożywczaku przy parku sprzedawali lepsze drożdżówki niż w sklepiku szkolnym. W oddali, między drzewami, jak zwykle kilku starszaków paliło papierosy. Uciekinierka weszła do sklepu. Grzecznie powiedziała "dzień dobry" sympatycznej ekspedientce i uśmiechnęła się do niej. Kobieta odwzajemniła jej uśmiech. Żartobliwie pogroziła przy tym palcem, mówiąc:
- Oj, nieładnie tak uciekać ze szkoły.
    Alusia kupiła swoją ulubioną drożdżówkę z budyniem. Potem przysiadła na ławce obok budynku. Była straszliwie głodna, gdyż rano zaspała i nie zdążyła zjeść śniadania przed wyjściem. Nie mogła doczekać się pierwszego kęsa. Zyjęła bułkę z woreczka. Słodki smak budyniu i kruszonki rozszedł się po jej buzi. Z tyłu zaszeleściły krzewy. Gęste i ciemne, nawet za dnia panował w nich półmrok. Zaszumiały trochę zbyt niespokojnie, jakby ktoś się tam ukrywał, lecz Alusia początkowo nie zwracała na to uwagi. Trzask suchego podłoża rozlegał się coraz bliżej i bliżej...
   Chrapliwe warczenie. Ułamek sekundy. Nie zdążyła się obrócić. Coś schwyciło ją, wyciągnęło do tyłu przez oparcie ławki. Zimne, wręcz trupio zimne, kościste ręce, zaciskające się na jej odsłoniętych przedramionach. Coś ostrego wpiło się w jej ciało między szyją a ramieniem. Jakby... zęby? Nie mogła obrócić głowy. Nieznośny zapach czegoś zgniłego. Jakaś mokra maź, którą te dłonie zostawiały na jej ciele. Pisnęła ze strachu, potem zaskowyczała z bólu. Próbowała się bronić, ale to coś było silniejsze i wlekło ją w półmrok gęstwiny. Ostre kły dosięgły jej drugi raz, tym razem wbijając się w górną część pleców. Coraz mocniej i głębiej, rozcięły skórę, wyrwały tkankę mięśniową. Krzyk i ból. Upadła. Płakała. Przestała walczyć. W jej głowie pojawiła się absurdalna myśl: "dlaczego zawsze bałam się igieł u lekarza?". Ciepła, lepka krew ściekała po plecach, wsiąkła w ubranie, pozostawiła ślad na ziemi. Alusia odzyskała władzę w nogach, próbowała kopać stwora. Nic to nie dało, równie dobrze mogłaby kopać ścianę. Bardzo miękką, chlupiąca i zatęchłą ścianę. Już miała się poddać, kiedy na moment udało jej się obrócić głowę. I wtedy to COŚ zobaczyła.
   Mama ostrzegała ją przed złymi ludźmi, którzy mogą chcieć ją zabić, zgwałcić, okraść i zrobić wiele innych obrzydliwych rzeczy, jeśli nie będzie ostrożna. Uczyła ją, że nie można ufać obcym, bo na świecie aż roi się od psychopatów. Jednak to nie był obcy człowiek. To nawet nie był człowiek. Raczej ludzkopodobny stwór. Włosy miał ludzkie, lecz cieniutkie i skołtunione. W wielu miejscach pozostały po nich łyse placki. Twarz niby też należąca do człowieka, ale ten kolor... Szarozielony, blady, z burymi plamami. Kolor zgnilizny. Zęby jak u czaszki malowanej na Halloween. Na nich krew, a pomiędzy nimi świeże mięso. Jej mięso. Rozszarpane ramię małej dziewczynki w szczękach czegoś, co chyba kiedyś było kobietą. A ciut wyżej... oczy. Nie oczy, ślepia. Żółtawe i przekrwione, jakby ślepe. Pajęczyna czerwonych siateczek biegnąca ku prosto czarnej źrenicy, pozbawionej obwódki z tęczówki.
   Jak to się dzieje, że człowiek w niebezpieczeństwie, sparaliżowany strachem, zapamiętuje takie szczegóły? Alusia myślała, że to już koniec. Zginie pożarta przez potwora, jak w książkach, które czasem czytała ukradkiem. "Byłam zła, nie słuchałam się rodziców, zasłużyłam na karę, przecież zabraniali mi wychodzić poza teren szkoły na przerwach..." - myślała, płacząc. - "Panie Boże, przepraszam, że byłam taka niedobra. Przepraszam, że uciekłam, że raz napiłam się wina z barku w salonie, że pokłóciłam się z siostrą... Już więcej nie będę! Jeśli umrę, chciałabym trafić do nieba, proszę." Nagle rozległ się tępy odgłos uderzenia i... była wolna. To ekspedientka z pobliskiego sklepu zdzieliła paskudę w łeb miotłą. Stwór stracił zainteresowanie Alusią i rzucił się na kobietę. Tamta wrzasnęła, próbowała bronić się szczotką trzymaną w ręce. Dziewczynka w mgnieniu oka zerwała się, chwyciła zdrową ręką za zranione ramię i pobiegła przed siebie. Nie chciała wiedzieć, co się dalej stało ze sprzedawczynią.
   Piekielne gorąco promieniowało od ugryzień na ramionach i plecach do całego ciała. Coraz trudniej było złapać kolejny oddech. Po skórze Alusi spłynął pot. Mieszał się z krwią, oblepiał ją całą. Gorąco, gorąco... A powietrze w zetknięciu z ciałem takie zimne. Oddychała głośno, słaniała się na nogach. Kontury przedmiotów zaczęły się rozmazywać, kolory zlewać w jedno. Ne pamiętała tego, jak wbiegła do szkoły i skryła się w toalecie. Majaczyła. Przebierała nogami w spowolnionym tempie, nurzając się w gęstej, kleistej mazi. Pochłaniało ją bagno, tonęła w nim, zapadała się. Ziemia falowała. Dziewczynka czuła tylko, że musi się wydostać i skryć w bezpiecznym miejscu. Tam, gdzie nikt jej nie zauważy. Mogła iść do pielęgniarki szkolnej, żeby opatrzyła jej rany, do nauczycieli, opowiedzieć, co się stało albo prosić o pomoc koleżanki, ale... Co by im powiedziała? Że jakiś potwór wciągnął ją w krzaki i pogryzł? Ukryć się, zaszyć, poczekac, aż ból i gorączka osłabną... ale one nie ustępowały. Wręcz przeciwnie, nasilały się. Pojawiły się wizje. Trwały ułamki sekund. Dziwne, szarawe, pełne chrapliwych pomruków i wykrzywionych mord. Czerwień przebijająca się przez szarość, rozpryskująca się na wszystkie strony. Alusia słyszała każdy swój oddech, walczyła o kolejny haust powietrza. Bicie secra, wyraziste i spowolnione. Krew spływająca po sedesie i ściankach kabiny. Dziewczynka nie była już w stanie otworzyć oczu. Osunęła się na podłogę, mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa, głowa opadła luźno. Ból, czerwień, gorąco i cierpienie. I zapadła ciemność.
   Otworzyło oczy. Świat wyglądał inaczej. Przyoblekł się w odcienie szarości, brązu i zgniłej zieleni. Warknęło niepewnie pierwszy raz. Poruszyło kończynami, przyzwyczajając się do nich. Następnie wstało, chybocząc się. Głód. Wszechobecne uczucie głodu, ssące każdy centymetr ciała. Jeść! Zza zamkniętych drzwi dobiegały kuszące dźwięki i zapachy. Ludzka mowa i charakterystyczny, jedyny w swoim rodzaju zapach. Od razu wiedziało, co go wydziela. Świeże mięsko.


   *   *   *   *   *

   Wyglądała jak ona, tylko... bardzo dziwnie. Inaczej. Kilka rzeczy się zmieniło. Przede wszystkim miała nieprzeciętnie bladą skórę. Wręcz zielonkawą. To rzucało się w oczy najpierw. I tłumaczyłoby odgłosy wydawane w klozecie. Może po prostu rozchorowała się i wymiotowała... Tak, musiała się czymś zatruć. Bo czy jest jakieś inne wytłumaczenie?
- Alusia, co ci jest? - zapytała Norma z niepokojem.
   Koleżanka nie odpowiedziała. Wydała z siebie jedynie niski pomruk. Coś tu zdecydowanie nie grało. Te oczy. Nie były to duże i brązowe, wyraziste oczy Alusi. Zamiast tego mętne, zamglone spojrzenie, z którego znikł błysk inteligencji. Żółtawe gałki przechodzące od razu w źrenice. To nie był wzrok człowieka. Na pewno. Takich oczu nie ma żaden człowiek. Z ludzkich gardeł nie wydobywają się też takie odgłosy. Alusia zachowywała się, jakby straciła zdolność mowy. Zamiast tego warczała i gulgotała, intensywnie wpatrując się w dziewczyny. Włosy, zazwyczaj starannie rozczesane i ułożone, teraz, kompletnie potargane, w nieładzie opadały na jej ramiona. Zasłaniały też część twarzy. Norma miała zaledwie sekundę, żeby zarejestrowac te wszystkie szczegóły. Chora koleżanka najmocniej wzrok utwkiła w Marice, gdyż ta stała najbliżej.
- Ej, Aluśka, odezwij się – starsza dziewczyna niepewnie podeszła do niej, by jakoś spróbować jej pomóc. Wtedy Alusia rzuciła się na Marikę.
   Ugryzła ją. Naprawdę to zrobiła! Prosto w twarz. Wyciągnęła ręce, schwyciła Marikę za włosy i po prostu ja ugryzła. Raz, drugi. Warknęła przy tym triumfalnie. Gdy dostała się do jej gardła, krew chlusnęła na wszystkie strony. Czerwone odpryski pokryły jasne bluzki Rozalki i Amelki. Amelia zaczęła piszczeć, cienko i przeszywająco. Jej pisk świdrująco wbił się w uszy Normy. Rozalka stała jak wryta. Panika odebrała jej władzę w ciele. Ona z kolei nie była w stanie wydać z siebie głosu. Norma nie wiedziała, jakim cudem jako jedyna zachowała zimną krew. Wycofała się powoli, bezszelestnie i stanęła przy drzwiach.Była przerażona, lecz intuicja podpowiadała jej, co robić. Uciekać, powiadomić kogoś... o czym? Że dziewczyny pobiły się do krwi w toalecie? Przeczuwała, że to nie do końca prawda. Za tym kryło się coś więcej. Przecież Alusia zawsze była taka cicha i spokojna. Nigdy się nie biła. Nawet nie potrafiła nikogo wyzwać. Teraz zachowywała się, jakby chciała zabić Marikę. Pożreć ją żywcem. Dosłownie. Jak jakiś potwór. Dlatego właśnie Norma zatrzymała się i patrzyła. Czekała na rozwój sytuacji.
- Co to jest: nie wygląda jak Alusia, nie zachowuje się jak Alusia, jednocześnie będąc w jej ciele? - głupia, ironiczna zagadka pojawiła się w jej myślach. Cóż za groteska, myśleć głupawo w sytuacji rodem z horroru. Jednakże to ją chyba uratowało przed paniką. Przyglądała się kolejnym wydarzeniom z niedowierzaniem. - A może ona jest opętana? Jakiś czas temu ksiądz na religii trochę opowiadał o opętaniach i demonach – zastanowiła się.
   Marika, zawsze taka władcza i nieustraszona, zaczęła wrzeszczec i płakac z bólu. Chwyciła się dłońmi za twarz i upadła.
Jednakże zrobiła jeden błąd.
Odsłoniła brzuch.
   Demon, który opętał Alusię, natychmiast skorzystał z okazji. Dziewczynka wgryzła się w ciało swojej koleżanki. Rozdarła bluzkę, przebiła skórę. Wykonywała szybkie, szarpiące ruchy. Wyciągała na wierzch mięśnie i trzewia. Większość połykała, część jednak zostawała na jej zębach, zwisając bezładnie i brocząc krwią jej twarz. Skowyt Mariki był nie do opisania. Skuliła się pod ścianą, próbowała zasłonić, lecz Alusia stawała się coraz bardziej rozjuszona. Na kafelkach, wokół umywalek, wszędzie widniały czerwone smugi. Ofiara słabła. Na jej twarzy było wyraźnie widać ślad po ugryzieniu. Głęboka dziura, spory kawałek mięsa wyrwany z policzka, poszarpana skóra. Reszta dziecięcej jeszcze buzi cała we krwi. Jednak to jeszcze nic w porównaniu z tym, co stało się z centralną częścią ciała dziewczyny. Brzuch zamienił się w jedną wielką maź z krwi i wnętrzności. Nie dało się nawet rozróżnić poszczególnych narządów, wszystko zlało się w ciemnoczerwoną breję, gdzieniegdzie poprzetykaną jaśniejszymi kawałkami... czegoś. Alusia ucztowała. Rozalia nadal stała w miejscu jak słup soli. Amelka, cała we łzach, schowała się w kącie za kabinami. Skuliła się, objęła kolana ramionami i schowała głowę. Dygotała. Nagle dziewczynka-potwór oderwała się od dotychczasowego posiłku. Zostawiła zmasakrowany ochłap, który kiedyś był Mariką i rzuciła się na Rozalkę.
   Ta nadal stała, jakby połknęła kij. Nie mogła ruszyć się z miejsca. Jej zastygła w przerażeniu twarz, kiedy Alusia zaczęła ją kąsać. W przeciwieństwie do Mariki, kolejna ofiara nie wydała z siebie ani jednego dźwięku. Poruszała tylko niemo ustami, niczym ryba, która nie może złapać powietrza. Oddychała chrapliwie, lecz jej oddech szybko się urwał, gdyż Alusia przegryzła jej tętnicę szyjną. Trysnęla fontanna krwi i kolejne życie zgasło jak świeczka. Obryzgana Amelka wrzasnęła i przycisnęła się jeszcze mocniej do ściany. Dostała spazmów. Krzyk zwrócił uwagę stwora. Wtedy Norma poczuła, że na nią już czas. Nie chciała i nie mogła dłużej na to patrzeć. Z całą pewnością wiedziała, że nie jest w stanie pomóc Amelce. Jej przyjaciółka tkwiła w pułapce. Żeby ją stąd wyciągnąć, musiałaby ominąć lub pokonac monstrum. Instynktownie czuła, że za wszelką cenę musi pozostać poza zasięgiem zębów tego czegoś. Z trudem pokonała dreszcz przeszywający ją na wskroś. Po cichu wyszła z łazienki, dokładnie zamykając za sobą drzwi. Miała nadzieję, że to powstrzyma demona. Oparła się o nie po zewnętrznej stronie. Tam powoli dopadała ją rzeczywistość.
   Do tej pory zachowała zimną krew tylko z jednego powodu. Była przeświadczona, że to wszystko, co jej się przydarzyło, to tylko sen lub jakaś prowokacja. Może to tylko jakiś nowy rodzaj ćwiczeń w szkole... Pewnie gość od edukacji dla bezpieczeństwa to wymyślił. Może Alina, Marika i reszta zostały poproszone przez nauczycieli o odegranie tej scenki. Może to tylko sztuczna krew. Może to test sprawdzający jej umiejętności podczas hipotetycznej sytuacji, zaczerpniętej z jakiegoś kiepskiej klasy horroru. Może... "Niech mi ktoś powie, że zaraz się obudzę albo tylko mi się wydawało, albo że to było specjalnie" – myślała. Przymknęła oczy. Plecami oparła się o zimną nawierzchnię. Starała się oddychać miarowo. Nawiedziły ją migawki wydarzeń mających miejsce przed chwilą. Nie mogła pozbyć się ich spod powiek. To niemożliwe, żeby facet od edukacji wymyślił takie egzaminy. Byłyby zbyt drastyczne. To nie mogło być prawdziwe, przecież nie mogło! Lecz było, tak realistyczne, jak każdy inny dzień z jej życia... Potwierdziło to wycie Amelki dobiegające zza zamkniętych drzwi. Normie zrobiło się słabo. To była Amelka, na pewno, prawdziwy głos Amelki. Taki, jaki słyszała na lekcjach, po szkole, gdy odprowadzały się wzajemnie do domu... Przyjaźniły się, a teraz ją tam zostawiła. Uciekła jak tchórz i porzuciła przyjaciółkę na pastwę losu. Wolała nie wiedzieć, co się teraz z nią dzieje. Wiedziała, że rozgrywało się tam istne piekło. Norma słyszała przytłumione jęki, gdyż jako jedyna stała tak blisko. Na razie nikt inny niczego nie zauważył, bo hałas na korytarzu kompletnie zagłuszał krzyki. Na razie. Nie trzeba było długo czekac na rozwój wypadków w innych częściach placówki. Jednocześnie stało się jasne, że pozornie niemożliwe wydarzenia są najzupełniej realne. O ile ona sama mogła przebywać w toalecie i mieć omamy, o tyle zbiorowe halucynacje całej szkoły są jeszcze mniej prawdopodobne, niż przyjęcie tego, co się działo na jej oczach, za pewnik. Chyba, że jacyś terroryści wpuścili do budynku trujący gaz, który powoduje takie efekty... A zrobiło się naprawdę gorąco.
   Najpierw z góry dobiegł niecodzienny harmider. Zwyczajny jazgot szkolnego korytarza jest wesoły, czasem klótliwy, niewinny i nasycony całą gamą różnorakich uczuć. Tym razem stał się spanikowany, nacechowany przerażeniem i niedowierzaniem. Kilka osób zbiegło po schodach z piskiem. A za nimi, jak gdyby nigdy nic, goniła jedna z Prostownic, odmieniona w ten sam sposób, co Alusia. Norma ledwo ją poznała. Prostownica bynajmniej nie miała włosów ani wyprostowanych, ani ulizanych. Rozczochrane, pozakręcane na końcach, pozlepiane strąki przyklejały się do jej spoconej twarzy. W lewej dłoni brakowało kawałka mięsa. Zazwyczaj idealny makijaż tworzył wokół oczu czarne obwódki. Żeby ona się teraz widziała w lustrze! Jeśli w górnej toalecie wydarzyło się to samo co w dolnej... Jaką skalę ma to zjawisko? Prostownica dorwała chłopaka biegnącego najwolniej i najzwyczajniej w świecie zaczęła go kąsać. Jej koleżanka, bodajże Gośka – kto by te Prostownice spamiętał... - podbiegła z płaczem do pani Lawęckiej.
- Jezus Maria, psze pani, niech pani nas ratuje, Aśka oszalała, pogryzła nas! - kwiknęła, dławiąc się własnym szlochem. Widać było ślady ugryzień na jej rękach, poszarpane spodnie i ślady krwi na udach.
- CO zrobiła!? - Lawęcką zamurowało. A to naprawdę nieczęsto jej się zdarzało. Jednak, widząc pokiereszowaną Aśkę, domyśliła się, że to nie są wygłupy.
- Dostała wścieklizny!!! - wydarła się trzecia Prostownica.
   Lawęcka pobiegła po dyrektora. Inni nauczyciele starali się uspokajać uczniów i nie doprowadzić do wybuchu paniki. Nijak się to nie udawało. Zwłaszcza, kiedy Aśka na oczach wszystkich dorwała polonistkę i paroma kłapnięciami wyrwała jej pół szyi. Chlusnęło czerwienią, a kobieta zwaliła się na podłogę. O ile wcześniej tylko pojedynczy uczniowie siali zamęt, o tyle po tej akcji blady strach padł na wszystkich obecnych. Sytuacja stała się nie do opanowania. Każdy zaczął drzeć się wniebogłosy i uciekać w popłochu. Przy drzwiach wejściowych zrobił się straszny tłok. Starsi prawie tratowali młodsze dzieci, próbując dopchnąc się do wyjścia. Ludzie popychali się, krzyczeli na siebie, zdarzyło się pare bójek i szturchanin. Rudy Tomek, pryszczaty podrostek z szóstej a, w amoku rzucił się w tłum, bijąc na oślep kogo popadnie.
- Oni gryzą! Gryzą!!! Wszystkich nas pozagryzają! - informował całą szkołę podniesionym tonem. Zawsze taki zawadiaka, pierwszy do bicia, mało kto odważył mu się podskoczyć. Akurat w przepychaniu miał doświadczenie, zawsze roztrącał wszystkich w szatni, żeby szybciej dostać się po kurtkę. A teraz? Stchórzył jak zając, rozpychał się łokciami, rozdawał kuksańce i bełkotał bez ładu i składu. Jakiś dzieciak, uderzony w oko, strasznie się rozbeczał. Wzburzone dziewczyny z piątej klasy próbowały szarpać rudego. Nie pomógł głos dyrektora rozlegający się z głośników:
- Zarządzam ewakuację całego budynku. Uczniowie są proszeni o ustawienie się trójkami pod opieką swoich wychowawców. Następnie proszę opuścić szkołę po kolei, klasami, zachowując spokój.
   Korytarz przeszył dźwięk potrójnego, alarmowego dzwonka.



*   *   *   *   *


   Gośka i Amanda z niechęcią szły do szkoły. Miały gorącą nadzieję nie zdążyc na początek pierwszej lekcji.
- Ty, może pójdziemy wolniej, to ominie nas kartkówka z matmy – mruknęła Amanda.
- Tsa, a potem ta menda postawi nam lufy, bo stwierdzi, że zrobiłyśmy to specjalnie – prychnęła Gośka. - A tak w ogóle, gdzie jest Aśka?
   Właśnie. Czekały na koleżankę, która zazwyczaj dołączała do nich na poprzednim skrzyżowaniu. Tym razem nie było tam po niej śladu. Próbowały się do niej dodzwonić, ale nie odbierała. Zresztą od rana pojawiały sie jakieś problemy z łącznością. Co zastanawiające, działo się tak we wszystkich sieciach telefonii komórkowej.
- Najwyżej powiemy, że Aśce coś wypadło i na nią czekałyśmy – błysnęła pomysłowością Amanda.
- Nawet nie miniemy się z prawdą – zachichotała Gośka. - Siadaj, mam pomysł!
   Klapneły na najbliższej ławce. Gosia wyjęła z torebki najnowszy egzemplarz 'Bravo Girl', wydęła usta świecące od przesadnej ilości błyszczyku i zaczęła czytać.
- Ej, odsłoń, bo nie widzę! - obruszyła się Amanda. - Właściwie to Aśka miała przynieść tego szluga, żebyśmy zjarały na trzy przed lekcjami – przypomniała po chwili.
- No, wykiwała nas, zdzira – powiedziała Gośka ze złością. Odrzuciła na plecy swoje farbowane na rudo włosy.
- A weź, nawet nie chce mi się o niej gadać. Czytamy! - druga z dziewczyn też była wkurzona na nieobecną koleżankę. Przez następne kilka minut wyrywały sobie gazetę z rąk, obrzucając się przy tym wyzwiskami. Obie jednakowo spragnione newsów ze świata nastoletnich gwiazd. W końcu doszły do działu o wydarzeniach kulturowych, koncertach i festiwalach. Z zapartym tchem prześledziły notkę o powalającej frekwencji na występach swojego idola i jego wyczynach.
- Co to znaczy frekwencja? - zapytała Gośka. Bez odzewu.  - W budzie też tak gadają na apelach.
   Następnie w pisemku wspomniano o premierze nowego filmu na temat miłości i przyjaźni w amerykańskiej szkole.
- Jeeezu, Josh zerwał z Marthą – westchnęła Amanda. - Jaki on jest słodki!
   Na dole artykułu natknęły się na niewielką wzmiankę o innym wydarzeniu.
- "Dużą popularnością cieszył sie też pochód żywych trupów zorganizowany pod koniec lata w jednej z dzielnic Los Angeles"... błeee! - skrzywiła się ruda. - Jak można lubić takie coś?
- Jak można się za TAKIE COŚ przebierać? - dodała Amanda.
- Jak można o czymś takim pisać w naszym 'Bravku'? - oburzyła się zniesmaczona Gośka. - Ja to bym zrobiła taki pochód księżniczek...
- Albo pochód modelek...
- Zlot fanów Justina Biebera!
- Nie, Edziaaa!
- Konkurs miss...
- ... najlepiej na plaży!
- Przebrać to się można co najwyżej za wampiry...
- ... a nie jakieś obrzydlistwo!
- Wampiry są sweet!
- No! - podsumowały zgodnie.
   Wtedy dołączyła do nich Aśka. A raczej dobiegła, roztrzęsiona i zaaferowana. Dostrzegły ją, kiedy wyłoniła się zza budynku koło skrzyżowania. Sprintowała w stronę ławki, na której siedziały. Zatrzymała się przed koleżankami, schyliła się, oparła dłonie o kolana i próbowała pokonać zadyszkę.
- Masz tego szluga? - zaatakowała ją od razu Amanda.
- Jakiego szluga, jakiego szluga, o czym ty do mnie mówisz! Słuchajcie laski, ale akcja! - wykrzyknęła od razu.
- Ale gdzie ten szl... - próbowała dopominać się kumpela.
- Zamknij się! - zgromiła ją Aśka. - Słuchajcie, ja pierdolę, jaka akcja! - zaczęła jeszcze raz. - Szłam sobie koło placu zabaw w parku, no, po prostu sobie szłam, bez żadnych tam, żeby nie było... No i totalny zonk! Nagle podbiegł do mnie jakiś bachor, no wiecie, przedszkolak taki... No, ale to było dziwne, bo on się tam sam wałęsał, bez matki ani żadnej opiekunki, zupełnie sam, co nie? I to jeszcze tak wcześnie rano. No i obczajcie, co zrobił: ugryzł mnie! Wyobrażacie sobie? Normalnie mnie ugryzł! Podbił do mnie, ale wiecie, jakimś takim krokiem, jakby coś mu się w nogi stało, kulał albo co... No bo chyba nie najebany? Zaskoczył mnie, pieprzony mały kundel. Nie wiedziałam, o co mu kaman. A on się zbliżył i chap mnie w rękę! Gówniarz taki, a silny, ledwo się opędziłam. Ręki wyrwać nie mogłam! W końcu go zdzieliłam i uciekłam, no ale normalnie akcja, dzieciak mnie upierdolił... Takiego to stara powinna na kagańcu prowadzać – zakończyła. Jeszcze ciężko dyszała. Mówiła urywanymi zdaniami, jąkała się.
- No co ty dajesz? - nie dowierzała Gośka.
- Serio? - Amanda wobec takich rewelacji szybko zapomniała o fajkach.
- E tam, pewnie ściemnia – skrzywiła się ruda.
- No, mówię wam! Sama nie ogarniam, seryjnie bachor wziął i mnie użarł. Do krwi! Jak nie wierzysz, to sama zobacz! - zademonstrowała Gośce pokaleczoną dłoń. Dziewczyny zobaczyły, że Aśka rzeczywiście trzymała się za lewą rękę, którą owinęła chusteczką. Prowizoryczny opatrunek był cały przesiąknięty krwią. Kiedy zdjęła chusteczkę, jej koleżanki odwróciły się z obrzydzeniem. Rana wyglądała paskudnie. Aśka zaczęła krzywić się z bólu. Wcześniej nic nie czuła – ucieczka, adrenalina... Teraz zraniona ręka nie tylko sprawiała cierpienie, ale tez pulsowała niewyobrażalnym gorącem. Jakby ktoś wsadził jej dłoń do pieca.
- Świr!
- Popierdoleniec jakiś! - co do tej kwestii, pozostała dwójka była zgodna.
- Ej, a może trzeba cię zabrać do pielęgniarki? Przecież ty masz całą zakrwawioną rękę, może on ci jakąś większą krzywdę zrobił... - zmartwiła się Gośka.
- Może po pogotowie trzeba dzwonić – dorzuciła Amanda.
- Mógł mieć wściekliznę albo coś i cię zarazić – przestraszyła się ruda.
- Albo przegryźć ci żyły – dodała czarnula.
- Weźcie mnie nie straszcie! - Aśka była bliska płaczu.
- Może lepiej wracaj do domu?
- Nie, i tak teraz mam pustą chatę, rodzice w pracy... - odpowiedziała Amandzie.
- Moja mama mówi, że teraz to sami psychopaci po ulicach łażą – stwierdziła Gośka.
- No, moja też! - przytaknęła Amanda. - Naogląda się w telewizji jakichś bzdur i potem każe na wszystko uważać, nie pozwala wieczorem nigdzie wyjść. Żebyście wiedziały, jaka była awantura o ostatnią imprezę.
- Teraz myślę, że pewnie ma trochę racji... - zastanowiła się ugryziona dziewczyna.
- Ale żeby taki dzieciak? Ile on miał lat? - dopytywały się przyjaciółki.
- Nie więcej niż pięć.
- Masakra.
- Chodź, pójdziemy do budy, tam ktoś się tym zajmie – powiedziała Gosia troskliwym tonem, objęła Asię i skierowały się do górującego w oddali gmachu podstawówki.
   Szkolna pielęgniarka stwierdziła, że nie ma potrzeby jechać do szpitala. Skrupulatnie opatrzyła Aśce ranę. Niestety dziewczynie nie udało się wycyganić zwolnienia ze szkoły, gdyż została zraniona w lewą dłoń i nadal mogła pisać. Przynajmniej wszystkim trzem upiekła się kartkówka z matmy.



   *   *   *   *   *
   
   Norma naliczyła w sumie ośmiu odmienionych, lecz na górze mogło być ich więcej. Na początku nauczyciele próbowali powstrzymac ogarnięte szałem dzieciaki, lecz za każdym razem kończyło się to dla nich tak samo. Ugryzieniem, podrapaniem. Dziwolągi były nie do opanowania.
- Dzieci, spokojnie, policja i pogotowie sa już w drodze! - pani pedagog próbowała przekrzyczec tłum.
- Zachowajcie spokój, zachowajcie spokój! - Lawęcka starała się doprowadzić do porządku zbiorowisko przy drzwiach, jednak wszyscy byli zbyt przerażeni. Chcieli się jak najszybciej wydostać z budynku szkoły. Wybuchła panika.
- Uspokójcie się! - zawtórowała jej przyrodnica, chcąc dostać się do ludzkiej masy przy wyjściu i pomóc Lawęckiej. Jednakże skutecznie udaremnił jej to rozszalały chłopak. Uciekła z piskiem, zanim ją dopadł. Niewiele brakowało, a jego zęby dosięgłyby jej przedramienia. Na ten widok uczniownie zaczęli się przepychać jeszcze mocniej. Kadra pedagogiczna starała się sprawiac wrażenie, że panuje nad sytuacją, ale prawda była taka, że nikt tu nad niczym nie panował.
- Chyba to jakaś nowa odmiana wścieklizny – powiedziała pedagożka do dyrektora. Zrobili, co w ich mocy. Powiadomili odpowiednie służby. Sami nie mogli zatrzymać katastrofy, gdyż zbliżenie się do odmienionego dziecka grozilo poważnym ukąszeniem. Norma stała blisko, więc słyszała ich rozmowę.
- Jeśli tak, to bardzo zakaźna i silnie atakująca organizm – wtrąciła się pielęgniarka szkolna. - Kiedy oni przyjadą? Sami sobie z tym nie poradzimy.
- Dzwoniłem przed chwilą, ale pewnie nie zdają sobie sprawy, jak bardzo jest źle – odparł dyrektor. Z dziećmi ogarniętymi domniemaną wścieklizną w ogóle nie było kontaktu. Sprawiały wrażenie, jakby w ogóle straciły zdolność mowy, wydawały jedynie nieartykułowane pomruki. Każda próba powstrzymania ich owocowała kolejnym atakiem. Sam dyrektor starał się nie pokazywać śladów ugryzień na rękach i zatamować krew, jednak ta przeciekała przez materiał. Na szczęście miał ciemną marynarkę. Gorzej było z koszulą, podartą na klatce piersiowej. Nie tak powinien prezentować się majestat dyrektora szkoły.
- Co wstąpiło w te dzieciaki? - zapytała retorycznie pedagożka.
- Zawiadomiliście już rodziców? - chciała wiedzieć pielęgniarka.
- Zrobimy to po wszystkim, pan dyrektor wyda odpowiednie oświadczenie, teraz mamy ręce pełne roboty.
   W tym momencie podbiegła d nich zapłakana i kompletnie rozbita dziewczynka z głęboką szramą na policzku. Pielęgniarka zajęła się opatrywaniem jej. Tymczasem odmienieni rzucili się tam, gdzie było najwięcej ludzi, czyli na gromadę przy drzwiach. Zbici jak sardynki w puszce uczniowie byli bez szans. Więcej szczęścia mieli ci, którzy skupili się przy tylnym wyjściu awaryjnym.
   Norma stała z boku, między dolną toaletą dziewcząt a gabinetem pielęgniarki. Instynkt samozachowawczy podpowiadał jej, żeby natychmiast uciekać. Jednak odczuwała również pewną... ciekawość?Chciała wiedzieć, co tu się właściwie wydarzyło. Co spowodowało zmianę w osobach, których twarze znała? Dlaczego? Najbardziej wstrząsnęła nią odmiana Alusi. Przedtem może nie przyjaźniły się, ale dość blisko kolegowały. W dodatku ten kanibalizm. Jak jeden człowiek może zjadać drugiego człowieka? I to jeszcze żywego. Przed oczami wciąż miała Alusię rozdzierającą Marice brzuch. Owszem, kanibale istnieli, ale gdzieś w Afryce albo na dzikich wyspach, a nie w G. I to w dodatku w jej podstawówce.
   Wtedy podszedł do niej Bartek, kolega z wyższej klasy. Dziwak i odludek, lubujący się w magii, potworach i niewytłumaczalnych zjawiskach. Mimo to, a może wlaśnie dlatego, dobrze się dogadywali.
- Widziałaś, co się dzieje? - spytał trochę głupio.
- Byłam z dziewczynami w kiblu, kiedy się zaczęło. Alusia... ona... - nie wiedziała, jak to powiedzieć.
- Wiem. Ja porządkowałem klasę z kolegą, akurat na nas wypadł dyżur. On podlewał kwiaty, ja wycierałem tablicę i nagle... - też nie mógł z siebie tego wydusić. Głos mu sie załamał.
- Coś was dopadło? - uzupełniła Norma.
- Tak. Wpadł ten trzeci i... Znam go z widzenia. To Piotrek z równoległej klasy. Wcześniej chodził po szkole z obandażowaną ręką. Potem zniknął. Gdy go zobaczyłem w klasie, był jakiś... odmieniony. Rzucił się na Szymona! - wykrzyknął, wbijając w koleżankę przerażone spojrzenie. Złapała go za rękę.
- Posłuchaj... Powiem ci cos ważnego. Nikt w to nie wierzy, ale ty chyba uwierzysz – kontynuował. Nie wiem, co to jest, ale to się dzieje wszędzie. Kilka dni temu słyszałem w radiu o ataku psychopatów w Ameryce. Rzucili się na ludzi na ulicy i po prostu ich zagryźli. Później w telewizji, podobna sprawa. Seria kanibalskich morderstw w Niemczech. To się dzieje na całym świecie! Różnie to tłumaczą: zorganizowana grupa psycholi, kanibalizm, sekty, nowy szczebel terroryzmu, zmutowana wścieklizna... Jednak nie był bym taki pewien.
- Alusia ani nie była psycholem, ani nie należała do sekty. Nie miała też wścieklizny – stanowczo stwierdziła Norma.
- Dlatego powiem ci jedno: nie słuchaj tego, co powiedzą media, to coś innego. Ja... ja chyba domyślam się, co to jest – właśnie w tej chwili otworzyły się drzwi do toalety. To umierająca Amelka w agonii nacisnęła klamkę, wypuszczając odmienioną Alusię. Ta oczywiście rzuciła się na dwójkę stojącą najbliżej. Norma i Bartek wrzasnęli i rozpierzchli się. Chłopak nie zdążył dokończyć myśli. Uciekli w przeciwne strony. W pamięci Normy na zawsze utrwalił się obraz tego, co zostało z Amelki w ostatnich podrygach jej życia.
   Biegła korytarzem i naciskała klamki. W końcu trafiła na otwartą klasę. Dlaczego, gdy wybuchła panika, wszyscy pobiegli do drzwi? Nikomu nie przyszło do głowy, żeby skorzystać z oczywistego wyjścia. Popłoch odbiera ludziom rozum. Dziewczynka po prostu otworzyła okno i wyskoczyła przez nie. Klasa znajdowała się na parterze, więc to żadna wysokość. Najwyższy czas się stąd zabierać. Dość się napatrzyła. Może szkoła ma zaplanowaną ewakuację na wypadek pożaru, bomby i cholera wie, czego jeszcze. Jednak na pewno nie byli przygotowani na to, że w część dzieci wstąpi diabeł i zaczną pożerać innych. Wszystkie misterne plany wzięły w łeb. Nikomu nie udałoby się zachowac zimnej krwi przy takim czymś. Norma po raz pierwszy w życiu widziała śmierć. Owszem, była kiedyś na pogrzebie i wiedziała, jak wygląda trup w trumnie. Jednak to co innego. Teraz była świadkiem umierania. Powolnego, bolesnego konania. Dopiero powoli to do niej docierało. Marika, Amelka i Rozalka nie żyją. Naprawdę. Amelka nie żyje. Rozalka nie żyje. Marika nie żyje. Przecież niedawno plotkowały w szkolnym klozecie. Były takie żywe, wesołe, rozgadane. Amelka jak zwykle wyglądała śliczne. Marika miała tyle do powiedzenia. A Alusia? Czy Alusia żyje?
   Norma opuściła szkolne podwórko, przechodząc przez płot. Nie miała szans, żeby przecisnąć się furtką. Przesuwała się tamtędy rzesza uczniów, w tym ci odmienieni wypuszczeni na zewnątrz. Niezauważona przez nikogo stanęła na chodniku. Rozbrzmiały dźwięki syren. Pod szkołę podjechało kilka radiowozów i karetka. Kolejne były w drodze. Widziała jeszcze, jak sanitariusze i policjanci dobiegają do gmachu. Odwróciła się i pobiegła przed siebie.

5
Widziałam już gdzieś coś podobnego i uznałam, że warto założyć tu taki wątek. Cały motyw polega na tym, że wypisujemy po JEDNEJ postaci, spośród żyjących, której najbardziej życzycie śmierci i jednej spośród umarłych, której wam najbardziej brakuje i uważacie, że serial wiele stracił na jej śmierci - oczywiście obie z jakimś uzasadnieniem.

To może ja zacznę:

* Długo zastanawiałam się nad tym, kogo bym przywróciła do życia i postawiłam na Dale'a. Wahałam się pomiędzy nim, Andreą a Hershelem. Andrea może i był bździągwą, zwłaszcza w 3 sezonie, ale była również jedną z postaci prowadzących i serial dużo stracił po jej śmierci - aczkolwiek odpadła jako pierwsza. Dalej konfrontacja Dale vs. Hershel - który staruszek lepszy? Stwierdziłam, że Dale'owi byłoby łatwiej niż Hershelowi bez jednej nogi - prędzej czy później by zginął. Dlaczego ostatecznie Dale? Zawsze go lubiłam, był takim dobrym duchem grupy, wieczny wartownik. Strzegł ich przed zagrożeniem z zewnątrz, ale też nieustannie pilnował sytuacji w środku grupy. Był trochę taką metaforą mądrości i moralności pośród całego chaosu. Uważam, że na wiele przydałby się grupie w późniejszych momentach, kiedy go zabrakło np. mógł ogarnąć Ricka w 3 sezonie lepiej, niż próbował to zrobić Hershel. Lubiłam jego postać, chyba nigdy żadne jego zachowanie jakoś mega mnie nie wkurzyło.

* Uśmiercić - zdecydowanie Carla. Może z punktu widzenia serialu byłby to zbyt wielki cios dla Ricka na tym etapie, ale... Niech go jakiś zdechlak pożre i to szybko. Teraz jest jeszcze traktowany w kategorii 'dziecko', ale poczekajcie jeszcze max 2 lata... Będziemy tu mieli taki najazd gimbazy, że się nie opędzimy. Niech tylko Carl osiągnie wiek, w którym będzie mógł zacząć podobać się napalonym plastikom. Już widzę i słyszę te piski 'Caaarl ! <333 ;***' tudzież 'Chaaaandler  .! xddd <33 ;* '. Ciekawe, jak go będą zdrabniać, 'Chandly', 'Chandluś'? :)) Obecny fanklub Daryla to jest przy tym nic. Może i serial TWD zdobył sobie ogromną popularność, ale na szczęście nie wśród słit gimbusów i niech tak zostanie. Lepiej, niech zarżną Corala, zanim zacznie mu się okres dojrzewania, bo tego nie zniosę.

Czekam na wasze typy. :)

6
Survival Zombie / Wrażliwość na drastyczne sceny vs. apokalipsa zombi
« dnia: 05 Listopad, 2014, 12:38:21 »
Przyszła mi dzisiaj do głowy pewna refleksja 'zainspirowana' hmm... przejechanym jeżem. Zastanawiam się, jak w razie plagi zombi reagowalibyście na wszechobecne drastyczne widoki. Pewnie większość z was powie, że dałaby radę, po jakimś czasie by się przyzwyczaiła, ale spójrzmy na sprawę szczerze. Owszem, w TWD jest pokazane, że bohaterowie przyzwyczaili się do krwi, flaków, smrodu, śmierci - chociażby ostatni odcinek, gdzie Beth wpada do szybu pełnego zdechlaków i... nic. Carol smarująca się bebechami zombiaka z kamiennym wyrazem twarzy. Ale jakby to wyglądało na serio? Mogę sobie wyobrażać, że wbiłabym zdechlakowi nóż w oko bez problemu, przystosowała się do smrodu, uniewrażliwiła na śmierć... Nie wiem, po jakim czasie. Teraz na widok przejechanego zwierzęcia, któremu, przepraszam za obrazowość, co nieco wyszło na wierzch, odwracam głowę, przechodzą mnie ciarki i mrozi mnie smutek. A zwłaszcza, jeśli jest to przejechany kot... pół dnia nie mogę się uspokoić. Potrafiłam się zryczeć, jak mój kot upolował myszę. Niejedną jaszczurkę uratowałam spod jego łap. Co by było, gdyby nagle mnożyły mi się przed oczami widoki pożeranych żywcem ludzi, rozwleczonych jelit itp. Co by było, gdyby wam dane było czegoś takiego doświadczyć?
Co innego oglądać to w telewizji, wtedy im więcej zdechlaków, flaków i gore'u, tym lepiej, bo jest fajnie. Radocha, że zombiak kogoś pogryzł i jest ciekawie. Bo to takie ekscytujące, zapierające dech w piersiach, robi wrażenie.

A jeśli przyszłoby wam żyć w takim świecie na co dzień?

Może już kwestia była poruszana śladowo w wątkach o survivalu, ale uważam, że zasługuje na osobny temat. Żeby nie skupiać się tylko na grupie, miejscówce, sprzęcie, sposobach zabijania szwendów, ale na tym, co byście czuli, jak byście reagowali?

Strony: [1]