Posty z podziękowaniami

Show post that are related to the Thank-O-Matic. It will show the messages where you become a Thank You from an other users.


Wiadomości - geekman

dnia: 21 Styczeń, 2018, 13:23:02 16 Pozostałe / Filmy i Seriale / Odp: Wiedźmin

Wypłynęły ostatnio dwa niusy dotyczące serialu.
Po pierwsze scenariusz pilota został już napisany.
Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się

Po drugie Sapek przyznał, że nie ma żadnego wpływu na powstawanie serialu, a ten tytuł konsultanta jest tylko symboliczny.
Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się
A jednak będzie drugi sezon Punishera.
Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się

dnia: 11 Grudzień, 2017, 16:35:32 18 The Walking Dead Serial / Sezon 8 / Odp: S08E08 - How It's Gotta Be

Może to było naiwne z mojej strony, ale miałem co do tego odcinka pewne oczekiwania. Liczyłem na to, że bombardowanie Aleksandrii będzie przynajmniej wyglądało efektownie i może nawet będzie budziło jakieś emocje. W końcu dużo wspomnień się z tym miejscem wiąże, więc jego zniszczenie powinno być nacechowane dramatyzmem, tak jak to było przy zniszczeniu więzienia. Oczywiście nic z tych rzeczy nie miało miejsca, a odcinek okazał się być porażką niemal na całej linii.

Po raz kolejny czas trwania odcinka był wydłużony i po raz kolejny bez większego powodu. Tfurcy ciągle popełniają ten sam błąd i pewnie popełnią go jeszcze nie raz, bo nie zanosi się, żeby ten odcinek był ostatnim niepotrzebnie rozciągniętym.

Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że odcinek będzie aż  tak przynudzał. Podróż Enid i Aarona do Oceanside to wątek z potencjałem, ale niepotrzebnie znalazł się w półfinale. Można było nie zaśmiecać tym wątkiem finału półsezonu i przenieść go na półsezon drugi.

Wcześniej w parze z wydłużonym czasem odcinka zazwyczaj szły różne flashbacki, pomieszana chronologia i różne pseudoartystyczne zabiegi. Ucieszyłem się, że ten odcinek prawie ustrzegł się tych błędów. Prawie, bo te zbliżenia na twarze bohaterów były trochę męczące. Flashbackowej rozmowy Ricka z Carlem się nie czepiam, bo była całkiem fajna.

Wszystkie moje obawy co do logiki uporania się Zbawców z hordą i ich późniejszej działalności się spełniły. Nawet nie powiedziano, jak Judżin przekierował zombiaki. O pokazaniu tego nawet nie mówię. Po prostu jakaś magia się zadziała offscreen. Podejrzewam, że uniknięcie kręcenia sceny z dużą ilością zombie to była spora oszczędność czasu i pieniędzy. No i pewnie to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego stało się to offscreen. Jednak skoro nie mieli funduszy, żeby to pokazać, mogli przynajmniej to jakoś bardziej szczegółowo wyjaśnić. Jedno zdanie wypowiedziane na ten temat przez Simona, i jedno słowo wypowiedziane przez Dwighta to jednak trochę za mało.

Drugi poważny problem jaki się wiąże ze Zbawcami to nagły wzrost ich potencjału bojowego. W odcinku skupiającym się na Judżinie i sytuacji w Sanktuarium zasugerowano, że Zbawców jest na tyle mało, że nie będą w stanie zapanować nad ewentualnym buntem robotników. Nagle po oswobodzeniu okazuje się, że w Sanktuarium jest tak wielu Zbawców, że są oni w stanie zaatakować Królestwo, zaatakować Aleksandrię, udać się w pogoń za uciekającymi mieszkańcami osady, oraz osaczyć konwój Hilltopczyków. No i to może nie byłby problem, gdyby Zbawcy nie robili tych wszystkich rzeczy jednocześnie. Może Negan umie rozmnażać Zbawców, jak Saruman orków. Innego uzasadnienia nie widzę.

Wraz ze wzrostem liczebności, Zbawcy zaczęli stanowić jakieś zagrożenie. Udało im się wykosić wszystkich snajperów (poza Morganem), zlikwidować jakieś ewentualne Rickowe posterunki i przeprowadzić trzy precyzyjne ataki w trzy różne miejsca. To wszystko oczywiście udało im się zrobić bezszelestnie, nie alarmując nikogo i zaskakując wszystkich Ricków. Duża odmiana po tym, jak sami wchodzili pod lufy karabinów. Widocznie Negan największych zakapiorów trzymał przy sobie w Sanktuarium, a w posterunkach były same ciamajdy.

Jednak mimo wzrostu umiejętności Zbawców, nie ustrzegli się oni idiotycznego zachowania. No bo trudno jakoś racjonalnie wytłumaczyć to, co odwalił Simon. Nie mam pojęcia dlaczego nie pojechał za Maggie do Hilltop i nie przypilnował wszystkiego, tylko po prostu puścił ją wolno.

W sumie Gavin też się nie popisał przy ataku na Królestwo. Chociaż jego zachowanie można jeszcze tłumaczyć tym, że jest chyba najporządniejszy ze wszystkich Neganowcyh poruczników. Więc tak bardzo nie chciał nikogo zabijać, że pozwolił mieszkańcom uciec. Tak przy okazji, pani w chuście wygrała odcinek rozwalając Zbawcę i wyrywając mu karabin.

Przygody Judżina i Dwighta były całkiem ciekawe. Było raczej do przewidzenia, że Judżin pęknie i pomoże Gabrielowi. Jednak zrobił to w tak fajny sposób, że nie przeszkadza mi ta przewidywalność.

Zdemaskowanie Dwighta jako kreta na tym etapie wojny, to interesujący pomysł. Ciekawie się ten wątek zapowiada na przyszły półsezon. Tara i Daryl będą musieli się do niego przekonać, co może dać ciekawą dynamikę pomiędzy nimi.

Jest jeszcze jedna mniej ciekawa rzecz, która miała miejsce w wątku Dwighta. Obawiam się, że ewentualny wątek przyczynienia się Daryla i Tary do uwolnienia Zbawców, został ostatecznie zaorany. Dwight powiedział, że to tylko i wyłącznie zasługa Eugene'a, więc wątpię czy będzie to drążone dalej.

No i zostaje sam Koral oraz bombardowanie Aleksandrii. Wybuchy jak to wybuchy. Tylko trochę dziwnie to wszystko wyglądało, bo nie było widać spadających granatów. Tak jakby losowe rzeczy nagle zaczęły wybuchać same z siebie.
Co do Korala są dwa ważne aspekty jego śmierci, które chciałbym poruszyć. Po pierwsze, cała sytuacja nie ma zbyt wiele sensu z logicznego punktu widzenia. Nawet zakładając, że Carl przyprowadził Siddiqa tego samego dnia, którego Zbawcy zaatakowali, od ugryzienia do tej akcji z granatami minęło kilka ładnych godzin. Więc Koral już wtedy powinien pokazywać jakieś symptomy ugryzienia. A on hasał sobie w najlepsze i nawet zbytnio spocony nie był. Dopiero zaczęło go brać, jak się wszyscy zakitrali w kanałach. Chociaż i tak jeszcze nie jest z nim tak najgorzej. Przez tą całą akcję z ugryzieniem, cała rozmowa z Neganem i motyw poświęcania się, trochę traci na wartości skoro Koral i tak był już martwy. Już lepiej wyszłoby gdyby został ugryziony po tej całej akcji, albo został ranny w eksplozji i zaczął się powoli wykrwawiać. Niby powinien to być dramatyczny moment, ale okoliczności były na tyle głupie, że zabiły jakiekolwiek emocje.

Już pomijając to, że zgon nie jest zbyt logicznie poprowadzony, uśmiercanie Carla nie ma też żadnego sensu ze scenariuszowego punktu widzenia. Zakładając to, że Chandler w przytoczonym wyżej wywiadzie mówi prawdę (no bo w sumie dlaczego miałby kłamać), Gimple po raz kolejny pobił swój własny rekord w byciu niekompetentnym idiotą. A już myślałem, że cliffhangera na koniec szóstego sezonu nic nie pobije. Jedna sprawa to fakt, że uśmiercenie Carla tylko po to, aby wpłynąć na Ricka jest tak głupie, że to przekracza ludzkie pojęcie. Skoro Gimple jest gotowy na tak duże odstępstwo od komiksu zabijając Carla, to dlaczego nie mógłby się zdecydować na równie duże odstępstwo zabijając Negana. W jednym miejscu całkowicie odchodzi od materiału źródłowego, żeby w innym miejscu się go kurczowo trzymać. Skoro już tak bardzo chciał jakiegoś magicznego sposobu, żeby wpłynąć na Ricka, mógł bardziej podbudować jego relację z Morganem i nie robić znowu z tego drugiego kompletnego psychola. Działało by nawet lepiej niż użycie do tego celu Korala. Oczywiście jest też jeden powód, o którym nikt głośno nie mówi. Chodzi tutaj o wywołanie taniego szoku i kontrowersji. Oglądalność leci na pysk, więc tonący brzytwy się chwyta. Powracają demony z trzeciego sezonu. Mazzara byłby dumny.

Jest jeszcze czysto ludzki aspekt całej sytuacji. Chandler w wywiadzie mówił, że kupił dom blisko planu zdjęciowego i w najbliższym czasie nie wybiera się na studia. Był więc gotowy, żeby zaangażować się w produkcję serialu, w o wiele większym stopniu niż przez ostatnie kilka lat, kiedy musiał dzielić aktorstwo ze szkołą. Chandler pewnie wie, że w komiksie po wojnie Carl pełni ważną rolę w fabule, więc może widział tutaj swoją szansę na wykazanie się. Gimple zachował się strasznie chamsko, bo o tym wszystkim wiedział, a mimo to zdecydował się na usunięcie Carla. Z wywiadu wynika też, że poinformował go o tym dopiero podczas kręcenia odcinka, w którym Carl został ugryziony, co też nie było zbyt eleganckie. Gimple potraktował w tej całej sytuacji Chandlera jak śmiecia. Aż się przypominają podobne sytuacje z Merlem i Andreą.
Gdyby chęć skasowania Carla wyszła ze strony Chandlera to niesmak byłby o wiele mniejszy. Gimple już wcześniej musiał usunąć Saszkę i Heatha, bo aktorzy ich grający mieli ciekawsze rzeczy do roboty. Oczywiście fabularnie było by to tak samo głupie, ale nie byłaby to wina Gimple'a. Ale to niestety jest tylko i wyłącznie wina Gimple'a. Nie jest tak, żeby się jakoś mocno pogrążył swoim zachowaniem. Mój kredyt zaufania co do niego ostatecznie wyczerpał się gdzieś w 7 sezonie. Ta sytuacja to już tylko ostatnia kropla, która przelała czarę goryczy.
Jeszcze tak na marginesie, skasowanie Korala jest na tyle idiotyczne, że nawet natknąłem się w internecie na pewną spiskową teorię. Głosi ona, że był to zamierzony sabotaż ze strony Gimple'a, który chce ostatecznie pogrążyć serial aby móc dołączyć do pozwu zbiorowego jaki Kirktroll i pozostali producenci wytoczyli przeciwko AMC. Niby śmieszne, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby tak było. Na tym etapie już niczego nie można wykluczyć.

Podsumowując, ciężko mi znaleźć jakiś pozytyw po tym odcinku. Może od biedy do tej kategorii można zaliczyć Dwighta i Judżina oraz rozmowę Carla z Neganem. Cała reszta była nudna, niesatysfakcjonująca i po prostu głupia. A uśmiercenie Carla jest złe na tak wielu poziomach, że przebija wszystkie inne dotychczasowe idiotyzmy. Nie wiem jaką ocenę wystawić. Myślałem nad jedynką, ale to sobie zostawię na wypadek jeszcze większego upadku, jaki ten serial może zaliczyć w przyszłości. Niech będzie czwórka co i tak jest chyba najniższą oceną, jaką kiedykolwiek wystawiłem odcinkowi. Obawiam się tylko, że w drugim półsezonie może się to zmienić i czwórka będzie częściej przeze mnie używaną oceną. No ale to się jeszcze zobaczy po przerwie.
Po dwóch całkiem udanych odcinkach przyszedł czas na znaczny spadek formy. Główną siłą odcinków 4 i 5 było to, że koncentrowały się na niewielkiej ilości wątków. Dzięki temu wątki te mogły zostać rozwinięte i w pełni wybrzmieć. Ten odcinek to totalne przeciwieństwo dwóch poprzednich. Wątków było multum, przez co żaden z nich nie był zbyt angażujący.

Perypetie liderki Maggie zbytnio mnie nie ruszają. Jest tak głównie dlatego, że to jej liderowanie jest bardzo grubymi nićmi szyte. Ludzie są jej całkowicie posłuszni bo scenariusz tego wymaga. Trochę mało realistyczne jest to, że nikt nie stanął w obronie Gregory'ego, mimo tego, że koleś mógł urabiać mieszkańców Hilltop swoją gadką przez całe lata. W końcu ludzie akceptowali go jako lidera, więc dziwne jest to, że całe zaufanie do niego wyparowało. Gdyby wszyscy mieszkańcy od początku traktowali go jako żałosnego kretyna, to chyba nie pozwoliliby, żeby ten kretyn podejmował decyzje w ich imieniu. No i tutaj znowu wychodzi problem, o którym już pisałem przy pierwszym odcinku sezonu. Poza Jezusem, społeczeństwo Hilltop składa się z samych randomów. Kala i Eduardo też do tej kategorii zaliczam. Królestwo znacznie zyskało za sprawą serialu względem komiksu, więc szkoda, że Hilltop dla odmiany znacznie straciło. Jednak nie patrząc na Maggie, sam motyw wzięcia do niewoli Zbawców i dylemat co z nimi zrobić, jest całkiem interesujący.

Jedyny pozytyw wątku Ricka to wyjaśnienie, o co chodziło z cykaniem fotek. Liczyłem na to, że Gimple zrobi ze Śmieciarzami to samo co w GoT zrobiono z tamtejszym odpowiednikiem kompletnej katastrofy. Chodzi tutaj o Dorne, które zostało zaorane i posypane solą. Chociaż żeby to zrobić, musiałby sobie zdawać sprawę z tego, że ten wątek to kompletna katastrofa, a tego nie jestem taki pewny. Oczywiście nadal bardzo prawdopodobne jest zamknięcie tego wątku, ale niestety nie będzie ono takie pośpieszne. Tak czy inaczej, ten ich deal z Neganem jest jakiś dziwny. Nie wiadomo czy mieli tylko wbić Rickowi nóż w plecy, czy aktywnie brać udział w wojnie po stronie Zbawców. Jak by nie było, i tak nie ma to sensu. No bo jeśli mieli tylko jednorazowo zdradzić Ricka, to powinni wypiąć się na Zbawców, bo nie otrzymali wynagrodzenia czyli chyba jakichś niewolników czy coś. A jeśli mieli walczyć z Rickami na dłuższą metę, to chyba już się na tych Zbawców wypięli, bo siedzą i nic nie robią.

Dwa zabójcze dueciki to chyba najsłabszy element odcinka. Nadal jest ciągnięty ten chybiony wątek Tary żądnej zemsty. Jakby tego było mało dołączył do niej kolejny łaknący sprawiedliwości czyli Daryl. Wyprawa Michonne i Rosity też nie ma zbyt wiele sensu. Podejrzewam, że na tym etapie kręcenia serialu, Danai skończyła już zdjęcia do Avengersów i miała czas, żeby się wreszcie pojawić w TWD, więc wymyślono na poczekaniu ten wątek. Wcześniejszą nieobecność Rositki i dokoptowanie ją do Mich, może tłumaczyć ciąża Serratos. Chociaż jeszcze po niej zbytnio tej ciąży nie widać, więc nie wiem czy to o to chodzi.
Wracając, można było pozwolić tej Zbawczyni odjechać. Trzeba jakoś usunąć te zombiaki spod Sanktuarium, a to był całkiem dobry sposób. Chociaż skoro się nie udało, podejrzewam, że plan fantastycznej czwórki też spali na panewce co się jakoś przyczyni do uwolnienia Negana i spółki.

Królestwo bez żadnych rewelacji, ale dwa momenty bardzo mi się podobały. Pierwszy to Karolka mówiąca temu dzieciakowi, że jeśli dzieci gubią się w lesie to później wracają jako zombie, co jest fajnym nawiązaniem do Sophii. Drugi moment to rozmowa Siwej z Ezekielem i powrót tekstu "yet I smile", ale w całkowicie odmiennym kontekście.

Duet Siddiqa z Koralem też był całkiem przyjemny. Nawet fajny był ten motyw z mamą Siddiqa i uwalnianiem dusz ludzi poprzez zabijanie trupów. No i przywołanie przez Carla słów Lori też było ciekawe.

Tak na zakończenie, jeszcze jedna rzecz mnie nurtuje. Jeśli Zbawcy po rozgonieniu hordy mają stanowić jeszcze jakieś zagrożenie, to w samym Sanktuarium musi ich siedzieć całkiem sporo. Wszystkie posterunki są już wykasowane do zera, więc żadnego wsparcia nie będzie. Podczas tego konfliktu z robotnikami z odcinka poprzedniego, nie wyglądało na to, żeby Zbawców było tak wielu. Więc podejrzewam, że nagle magicznie się rozmnożą, bo innego rozwiązania nie widzę.

Podsumowując, Królestwo i duet Carl/Siddiq były nawet okej. Ale nie na tyle okej, żeby zamaskować przygody fantastycznej czwórki i wizytę Rysia u Śmieciarzy. W związku z tym wystawiam szósteczkę, bo mimo wszystko spodziewałem się o wiele większej katastrofy po tym odcinku.
Na Punishera mocno czekałem, bo wszystkie marvelowe seriale od Netflixa z wyjątkiem Iron Fista, mi się mniej lub bardziej podobały. Jednak mimo tego, te seriale miały pewne problemy. Drugi sezon Daredevila, Jessica Jones i Luke Cage trochę cierpiały na tym, że sezon liczy aż 13 ocinków, co się negatywnie odbijało na tempie akcji i niektórych wątkach. Defenders zaś musieli sprzątać cały bałagan jaki się nagromadził po tym nieszczęsnym Iron Fiście. Jak dotąd tylko pierwszy sezon Daredevila, który był startem tego miniuniwersum ustrzegł się tych problemów.
No i z radością mogę przyznać, że o Punisherze można powiedzieć to samo. Cały sezon wciągnąłem na raz i wcale nie odczuwałem znużenia. Nie miałem też wrażenia, że serial jest przeciągnięty. Jest tak dlatego, że większość wątków pobocznych była bardzo angażująca. Relacja Franka z Micro świetnie się rozwija przez cały sezon. Od nieufności i uszczypliwości do pijackich pogaduszek i szczerej przyjaźni. Wątki rodziny Micro i ich relacji z "Petem", spotkań weteranów prowadzonych przez Curtisa czy zmagań agent Madani też bardzo przyjemnie mi się śledziło. Dzięki temu wszystkiemu wcale nie przeszkadzało mi to, że w serialu o Punisherze, akcji i krwawej sieki jest stosunkowo niewiele. Jednak gdy już Frank bierze sprawy i spluwy w swoje ręce to jest odpowiednio krwawo i brutalnie. Oczywiście Bernthal jest fenomenalny, ale i pozostali aktorzy nie odstają od niego poziomem.
Podsumowując, Punisher to strzał w dziesiątkę i jedno ze szczytowych osiągnięć marvelowo/netlfixowego uniwersum. Fajnie by było gdyby powstał drugi sezon. Ale jeśli nie powstanie przez zamieszanie związane z planami Disneya co do założenia własnej platformy streamingowej, też nie będę zbytnio ubolewał, bo Punisher to spójna i domknięta historia.

dnia: 21 Listopad, 2017, 02:47:22 21 The Walking Dead Serial / Sezon 8 / Odp: S08E05 - The Big Scary U

Gdy się dowiedziałem, że naczelnym wątkiem tego odcinka będą rozmowy Gabriela z Neganem, trzymałem kciuki żeby wyszło to dobrze. No i jak najbardziej udało się. Dodatkowo pokazanie sytuacji w Sanktuarium wyszło nadspodziewanie fajnie. Ten serial już tyle razy mnie rozczarowywał, że cieszy mnie każdy jeden wątek, który tego zawodu nie dostarcza.

Co do duetu Gabrysia z Neganem, tak szczerze mówiąc, nawet nie brałem pod uwagę tego, że taki samograj mógłby wyjść słabo. Jak widać słusznie. Trochę się obawiałem, że główną gwiazdą będzie tutaj Negan. No i może tak było, ale Gabriel na pewno nie był pokrzywdzony. Udało się ująć samą esencję tej postaci czyli to co czyni go jednym z nielicznych ciągle interesujących bohaterów z krwi i kości. Widmo strasznej zbrodni jakiej się dopuścił i ciągłe starania, żeby jakoś zadośćuczynić i odkupić swoje winy. Rzadko się Gabriel pojawia, ale gdy się już pojawia, jest prowadzony w bardzo spójny i interesujący sposób.

Zgrabnie wykorzystano profesję ojczulka i wprowadzono motyw spowiedzi, który pozwolił ruszyć trochę Negana. W poprzednim sezonie przegięto z nim trochę w tą złą stronę, więc całkiem logiczne są próby przechylenia szali bliżej środka. Lepiej by to wyszło, gdyby od początku go przedstawiano jako w miarę rozsądnego gościa. Wyjeżdżanie z tym teraz trochę gryzie się z jego wcześniejszym zachowaniem. Co do wspominek odnośnie przeszłości Negana, niby to źle, że pojawiły się już tak wcześnie. W komiksie historia i motywacje Negana były ostatnim elementem układanki, użytym w idealnym momencie. Dzięki tak późnemu odkryciu jego przeszłości, można było spojrzeć na całą jego działalność z całkiem innej perspektywy i dostrzec, że jego intencje nie były aż tak złe. No ale później sobie pomyślałem, że serial i tak nie będzie w stanie ukazać w satysfakcjonujący sposób backstory Negana w okolicznościach zbliżonych komiksowi, albo może po prostu do tego momentu nie dotrwać. Więc mając to na względzie, dobrze, że pokazano to w miarę udanie teraz. Oczywiście te małe wspominki nie wykluczają flashbacków ekranizujących Here's Negan. Swoją drogą, nawet chciałbym, żeby się one pojawiły. Historia tam zawarta jest wręcz idealnie skrojona na jeden poświęcony jej w całości odcinek.

Ta początkowa scena z Gregorym i Simonem chyba miała na celu danie okazji Xanderowi i Stevenowi okazji do grania. No i oczywiście ten powód w pełni uzasadnia istnienie tej sceny, bo duet jak zwykle wypadł świetnie.

Ta flashbackowa narada jak i te dziejące się w czasie rzeczywistym to kolejny element mający przyciągnąć Negana ku jasnej stronie mocy. No i w sumie spełniają swoje zadanie. Widać, że Negan trzyma całe towarzystwo za mordy. Gdyby go zabrakło, robotnicy rzuciliby się do gardeł Zbawcom, a porucznicy zaczęliby się żreć między sobą. Dopełnia to obraz funkcjonowania Sanktuarium, jaki został nakreślony w poprzednim sezonie.

Oczywiście tak dobrze być nie może i musiał się pojawić zonk pod postacią bratobójczej walki Rysia z Darylem. Było to całkowicie zbędne. Pokazanie Ricka jako tego dobrego z rozterkami i tak nie działa więc szkoda zachodu. Zaś przedstawienie Dixona jako tego bardzo zdeterminowanego i gotowego na wszystko było już wystarczająco zaakcentowane w odcinkach poprzednich, więc nie trzeba pokazywać tego jeszcze raz. Można było sprawić, żeby ciężarówka wybuchła za sprawą tego konającego Zbawcy, co by zaoszczędziło tego dość żałosnego widoku. No bo ani ta bójka nie miała jakiegoś dramatycznego wydźwięku, a to niby napięcie pomiędzy panami szybko rozeszło się po kościach. Patrząc całościowo, mam takie nieodparte wrażenie, że ciągnące się kolejny odcinek poczynania zabójczego duetu Rick&Dick mają charakter przygodowo-komediowy. Podejrzewam, że nie taki był zamysł, co tym bardziej działa na niekorzyść tego wątku. Chociaż trzeba przyznać, że tekst o nielegalnym duszeniu to fajne nawiązanie do pierwszego sezonu i Szejna, który wtedy dusił Daryla. Jak już w temacie nawiązań jesteśmy, helikopter to chyba też jedno z nich. No bo nie sądzę, żeby to był początek jakiegoś nowego wątku.

Podsumowując, duet Gabriela z Neganem i Sanktuarium w kryzysie bardzo w porządku, a finał turnieju żelaznej pięści w wykonaniu Ricka i Daryla bardzo nie w porządku. Czyli podobnie jak tydzień temu. Wystawiam więc taką samą ocenę jak tydzień temu czyli siódemkę. Co do odcinka następnego mam bardzo złe przeczucia, bo powracają Śmieciarze. Trzeba się przygotować na najgorsze.

dnia: 13 Listopad, 2017, 16:18:11 22 The Walking Dead Serial / Sezon 8 / Odp: S08E04 - Some Guy

Odcinek spełnił swoje zadanie, bo domknął jedyny wątek, który się w tym sezonie jako tako udał i wybijał ponad przeciętność czyli Ezekiela. Liczyłem, że liczne przemowy króla z odcinków poprzednich, które mogły być już trochę nużące, były przygotowaniem pola pod mocny finał wątku, który zmieni Ezekiela na zawsze. No i moje oczekiwania zostały spełnione. Jak tak patrzę całościowo na wszystkie sceny z królem z tego sezonu, to nic bym nie usunął. Niezwykle to cieszy, bo spójnie, od początku do końca poprowadzony wątek zdarza się w tym serialu niezwykle rzadko.

Początkowa przemowa była tak samo satysfakcjonująca jak poprzednie dzięki Khary'emu. Bardzo fajnie wyszedł przeskok z mieszkańców obejmujących króla do żołnierzy robiących za żywe tarcze. Uzasadnia to, dlaczego w ogóle skoczyli osłonić go własną piersią. Zdecydowanie na plus też pokazanie całej tej masakry, jaką dokonali Zbawcy. Pourywane kończyny i flaki na wierzchu. Pokazuje to ciemniejsze oblicze wojny. Miła odmiana od wesołych przygód Ricka i Daryla, którzy świetnie się bawią, a jakakolwiek refleksja na temat okrucieństwa i śmierci ogranicza się do Grimesowego zadumania trwającego łącznie może z pół minuty. Zmasakrowane wojsko Królestwa pokazuje, że wojna to wbrew pozorom nie jest zabawa. Oczywiście nadal uwiera trochę to, że zginęły praktycznie same randomy, ale zawsze to jakieś poważniejsze straty po stronie "tych dobrych". Sprawnie udało się też tych randomów trochę uczłowieczyć początkową sceną. Może pokazanie ich rodzin było to trochę mało subtelne, ale zadziałało. A motyw z kwiatkiem nie dosyć, że podziałał, to był też całkiem poruszający.

Krótkie spotkanie Ezekiela ze Zbawcą w okularach wyszło lepiej niż można się było tego spodziewać. Niby to nadal jest kolejny randomowy zły do szpiku kości Zbawca, ale to co mówił do Ezekiela było całkiem celne. Jego słowa pokazują ciemniejszą stronę rządów króla. Z jednej strony motywował ludzi do działania, dawał im nadzieję i poczucie bezpieczeństwa. Ale z drugiej strony to poczucie bezpieczeństwa było trochę złudne, a Zeke może trochę za bardzo wszedł w rolę. Może nie był to jego główny cel, ale na tym całym królowaniu sam Ezekiel zyskiwał więcej, niż sam z niebie dawał. Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że nie zasługiwał na aż tak fanatyczną postawę jego żołnierzy, którzy oddali za niego życie. Zbawca poruszył też ciekawą kwestię, która stała się niejako motywem przewodnim odcinka. Chodzi tu o to, czy w przypadku odsunięcia na bok tygrysa i całej kreacji króla, cokolwiek jeszcze zostanie. Jakim człowiekiem jest tak na prawdę Ezekiel. Trzeba przyznać, że Zbawcy udało się wbić Ezekiela w wątpliwość i posypać te świeże rany solą.

Flashbackowa rozmowa z Karolką też była całkiem fajna. Ezekiel wreszcie powiedział, że pracował w zoo i tam poznał Shivę. Można było pociągnąć to dalej i wziąć komiksowy motyw z blizną na brzuchu, ale i tak jestem z tej sceny w miarę zadowolony. Ta rozmowa potwierdza też to, o czym wspominałem wcześniej. Ezekiel całkiem wygodnie sobie żył jako król, a jedyne co musiał robić to dobre granie roli. Wojna sprawiła, że nie wystarczy mówić o tym, że jest się królem. Trzeba wreszcie przekuć słowa w czyny i się nim w końcu stać. To dokłada kolejną cegiełkę do załamania Ezekiela, bo delikatnie mówiąc nie bardzo to branie się do roboty wyszło.

Ostatnia rzecz, która dopełniła obraz upadku króla to śmierć Shivy. Niby CGI było dość średniej jakości, zwłaszcza na statycznych zbliżeniach, przez co ciężko się było z tygrysicą zżyć, ale i tak smutłem. Ten ryk osaczonej przez trupy Shivy i późniejsza cisza przerwana odgłosami ucztowania zombiaków oraz zbliżenie na twarz zrozpaczonego Ezekiela wyszło bardzo dobrze.

Oceniając ten wątek całościowo, moje wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Oczywiście jest to w znacznej mierze zasługa Khary'ego Paytona. Koleś był rewelacyjny i dostarczył kawał świetnego aktorstwa. Jego sceny z tego odcinka to chyba najlepiej zagrana rzecz od czasu pierwszego odcinka 7 sezonu, czyli zasmarkanego i obsranego ze strachu Ricka. Jednak odstawiając na bok talent Paytona, ten wątek był też całkiem sprawnie napisany jak na standardy tego serialu. Ostatnią tak spójnie i ciekawie prowadzoną postacią był chyba Judżin po tym jak się dostał w niewolę u Zbawców, czy jeszcze wcześniej Gabryś i motyw jego odkupienia win. Niewiele jest rzeczy, za które mogę ten serial pochwalić, więc tym większa radość, że wreszcie się jedna z tych rzeczy przytrafiła.

Niestety były też w tym odcinku inne sceny poza tymi z Ezekielem, które już tak fajne nie były.
Karolka była oczywiście przegięta, ale jak na nią, wyszło w miarę realistycznie. Strzelanie z sufitu miało przecież więcej sensu niż uzi w rękawie czy moździerz domowej roboty. Nic się niestety nie zmienia w kwestii niskiego ilorazu inteligencji oraz słabej sprawności Zbawców. Z jednej strony śmieszne jest to, że nie upewnili się, że Siwa nie ma już przy sobie żadnej broni. Przecież ten nóż za paskiem był dość widoczny. Zabawne było też to, z jaką łatwością Karolce udało się obezwładnić Zbawcę, który do niej podszedł. No i trzecie śmiesznostka, czyli łatwość z jaką chłopaki dały się zeżreć trupom. Podejrzewam, że charczący za plecami zombiak jest na tyle głośny, żeby go jakoś usłyszeć.

Akcje z Karolką to jednak nic przy zabójczym duecie Rickson&Dickson. Chyba najbardziej mnie rozbawiło to przeskakiwanie Ricka z samochodu do samochodu. Kuloodporny plot armor też był dosyć zabawny. Komentarz Daryla odnośnie marnego wyglądu Ricka też był niezbyt trafiony. Kto jak kto, ale Dixon jest ostatnią osobą, która powinna pouczać kogoś w kwestii wyglądu.

Podsumowując, wątek Ezekiela był bardzo satysfakcjonujący. Idiotyzmy w scenach akcji były śmieszne, ale nie jest to coś, co by się wybijało ponad serialową średnią pod tym względem. Większym problemem niż ich nielogiczność, było to, że wybijały one z rytmu i trochę gryzły się przekazem jaki wynikał ze scen Ezekielowych. Dlatego niestety ciężko było przymknąć na nie oko. W związku z tym wystawiam siódemkę. Dobre rzeczy były bardzo dobre, złe rzeczy były umiarkowanie złe, całościowo było okej. Może w przyszłym odcinku pokażą wreszcie Negana i Gabriela.

dnia: 06 Listopad, 2017, 17:51:44 23 The Walking Dead Serial / Sezon 8 / Odp: S08E03 - Monsters

Po przeczytaniu spoilerów o szybkiej śmierci Moralesa, spodziewałem się po tym odcinku wszystkiego najgorszego. No i można powiedzieć, że zostałem w miarę pozytywnie zaskoczony, bo nie było aż tak źle. Oczywiście zgon Moralesa wyglądał tak durnowato, jak się można było tego spodziewać. Lecz oprócz tego, kilka pozytywów można nawet znaleźć jak się dobrze poszuka.

Bezsens zabijania Moralesa 5 minut po jego wielkim powrocie maskuje trochę to, że jego pogawędka z Rickiem była całkiem sensowna. Koleś jak najbardziej miał rację mówiąc, że Rick niczym szczególnym się od Zbawców nie różni. Z całej rozmowy najbardziej trafna była odpowiedź Moralesa na całkiem fajne z resztą wspominki o Lori i reszcie, że przyjazny szeryf umarł razem z nimi. Nigdy nie podobało mi się to, że serialowy Grimes jest aroganckim bucem, więc każdą scenę, która kwestionuje jego autorytet i słuszność jego postępowania, z automatu uznaję za pozytyw. Tym bardziej szkoda Moralesa, bo widać, że w jego powrocie tkwił duży potencjał. Wątpię, żeby Juan Pareja był tak zalatany, żeby nie można go było ściągnąć na dłużej. Lepiej byłoby go wprowadzić w sezonie poprzednim, ale nawet teraz dało by radę pociągnąć jego wątek w ciekawą stronę. Jednak całkiem nieźle poprowadzony dialog, nie rekompensuje w całości idiotyzmu skasowania Moralesa po jednej scenie. To wygląda tak jakby Pareja był na chwilę przejazdem w Georgii, a Gimple go siłą zaciągnął na plan zdjęciowy i namówił na tą jedną scenę. Śmiechu warte. Po takich numerach nie można już traktować tego serialu w pełni poważnie.

Domyślam się, że Daryl był w tym odcinku taki groźny i bezwzględny, żeby w kontraście do niego, na tego lepszego wypadł Rick.  Tylko, że po pierwsze Dixon już wcześniej zabijał bez mrugnięcia okiem więc teraz nie budzi to żadnych emocji poza irytacją. Po drugie trochę średnio wyszło ocieplanie wizerunku Grimesa skoro później cykał te fotki polaroidem. Tak szczerze mówiąc, ten motyw wziął się kompletnie z czapy. Nawiązanie do podobnych zwyczajów Zbawców jest oczywiste, ale Rick wcześniej o tym nie wspomina tylko po prostu zaczyna cykać fotki. Pewnie jest to kolejna rzecz, która ma pokazać jak to Ryszard się zbytnio nie różni od Zbawców. Tylko jest to trochę sztuka dla sztuki, bo ani on sam ani jego sojusznicy nie kwestionują Rickowego zachowania. Jest to mocno niespójne gdy z jednej strony się Grimesa wybiela, a z drugiej się go umracznia.

Mimo tego, że relacja Erica z Aaronem była dość mocno marginalizowana w sezonach poprzednich, scena ich pożegnania pod drzewem była całkiem poruszająca. Gdyby tylko wcześniej tfurcy dali możliwość lepszego poznania Erica i umotywowania jego determinacji, wyszłoby jeszcze lepiej. Ale i tak nie było źle. Marquand z kolegą zdecydowanie odwalili kawał dobrej roboty w tej scenie. Oczywiście przejęcie przez Aarona osieroconego niemowlaka to już była lekka przesada. No ale subtelność w TWD występuje niezwykle rzadko, więc nie ma się co dziwić.

Rozumiem, że Ezekiel robiący to samo trzeci odcinek z rzędu może zacząć nudzić. Ale mi się na tyle miło ogląda Khary'ego Paytona wygłaszającego wzniosłe przemowy, że nie narzekam. Gdyby to potrwało dłużej to i mnie zaczęło by nużyć, ale wiadomo, że dłużej nie potrwa, więc nie ma problemu. Oczywiście Zbawcy sami wchodzący pod lufy karabinów to komiczny widok. Wiąże się z tym taki problem, że ludzie Negana stanowią zagrożenie lub nie, w zależności od tego, czego w danej chwili wymaga scenariusz. Podobny problem jest już od dawna z zombiakami. Jakaś postać kładzie całe tabuny trupów samym spojrzeniem, a po chwili z trudem mocuje się z jednym zombiakiem. Grupa Aarona ciężko walczyła i poniosła straty, a w starciu z Karolkami Zbawcy przewracają się jak kręgle. Ciężko też jakoś wczuć się w rozterki Ricka czy też starania Jezusa jeśli w następnej scenie Zbawcy są sprowadzeni do roli szturmowców z Gwiezdnych Wojen. Ta niespójność mocno razi w oczy.

Niby schizy Morgana powinny mnie męczyć tak jak chyba większość widzów, ale Lennie tak dobrze sobie radzi z pokazaniem tego, że mimo wszystko to kupuję. Można by się było jednak obejść bez tej bijatyki z Jezusem. Chociaż trzeba przyznać, że wyglądała ona zdecydowanie mniej pokracznie niż wcześniejsze próby pokazania umiejętności Paula. Tak swoją drogą dziwna sprawa, że nikt nie próbował ich rozdzielić. Tak czy inaczej, tym razem Morgan miał nawet trochę racji w tym co mówił. No i działający mu na nerwy Jared był całkiem zabawny. Z drugiej strony szkoda, że nadal ciągną ten chybiony pomysł z rządną krwi Tarą.

Po raz kolejny Xander Berkeley kradnie dla siebie całe szoł. Maggie była w tej scenie dość irytująca, więc Gregory trochę wyważył całą sytuację. Nawet śmiechłem przy tym tekście o naleśnikach. Takie comic reliefy to ja rozumiem. Im więcej Gregory'ego, tym TWD jest bardziej zdatne do oglądania.

No i to chyba wszystko. Nadal fajny Ezekiel, zawsze fajny Gregory, scena pożegnania Erica z Aaronem, rozmowa Ricka z Moralesem i od biedy jeszcze Morgan, to pozytywy. Niestety z drugiej strony był niespójny Grimes, irytujący Daryl, robienie ze Zbawców ostatnich frajerów. No i wisienka na tym torcie czyli odstrzelenie Moralesa. Mimo wszystko odcinek nie wymęczył mnie aż tak, jak się można było tego spodziewać, więc wystawiam szóstkę.

dnia: 31 Październik, 2017, 02:21:05 24 The Walking Dead Serial / Sezon 8 / Odp: S08E02- The Damned

Obawiałem się, że ten odcinek będzie składał się tylko i wyłącznie ze strzelanin, kompletnie olewając rozwój postaci. Na szczęście tak nie było, co już mi wystarczy, żeby nie uważać odcinka za kompletną katastrofę. Niestety z tym rozwojem postaci nie było tak różowo, bo nie zawsze wynikał on z poprzednich doświadczeń bohaterów w logiczny sposób. Jednak trafiło się tej ślepej kurze kilka ziarenek, więc nie było aż tak źle.

Chyba największym z tych ziarenek był Ezekiel. Po pierwszym odcinku sezonu brakowało mi tego, żeby porozmawiał on szczerze z Karolką i na chwilę zrzucił maskę króla. Fajnie, że zostało to nadrobione teraz. Motywacja Ezekiela została mniej więcej przeniesiona z komiksu, więc scenarzyści się zbytnio nie napracowali. Właściwie całą robotę robi Khary Payton. Koleś doskonale się odnajduje w roli. Gdybym był mieszkańcem Królestwa, chyba też pewniej bym się poczuł mając go u swojego boku. Khary ze swoim luzem i brakiem zadęcia wnosi do tego zatęchłego serialu niezbędny powiew świeżości. Niestety patrząc na komiks, można się spodziewać, że Ezekiel wkrótce zostanie sprowadzony na ziemię. Ale skoro król podbudowujący morale swojej drużyny wyszedł tak fajnie, aż jestem ciekaw jak wypadnie po zderzeniu się ze smutną rzeczywistością. Jak na razie Ezekiela mocno propsuję.

Kolejny mój zarzut co do poprzedniego odcinka czyli owładnięty rządzą mordu Rick i ignorowanie tego przez wszystkich z nim samym włącznie, też został tak jakby naprawiony. Chociaż może to trochę na wyrost powiedziane z tym naprawieniem. W każdym razie fajnie, że Ricka wreszcie naszły jakieś refleksje. Szkoda, że zostały one wywołane w tak łopatologiczny sposób, jak zabicie niemowlakowi tatusia, ale lepszy rydz niż nic.  Udało się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, bo przy okazji uczłowieczono trochę Zbawców. Nie sądzę, żeby ocieplanie ich wizerunku jak i rozterki Ryszarda były w większym stopniu pociągnięte w przyszłości, więc trzeba się cieszyć chwilą.

Co do Moralesa, na razie ciężko to ocenić. Jeśli jego wątek zostanie pociągnięty na dłuższą metę (na co się nie zanosi), to fajnie. Jeśli jednak zostanie on odstrzelony w najbliższym czasie  (na co się zdecydowanie zanosi), to już mniej fajnie, bo ten cały comeback straci jakikolwiek sens. Tak czy inaczej, warto było pokazać Moralesa już w sezonie poprzednim. Wprowadziło by to ciekawą dynamikę w relacjach Ricków ze Zbawcami. Teraz już trochę na to za późno. Tak swoją drogą, trochę to za duży zbieg okoliczności, że Morales trafił akurat w okolice Waszyngtonu, mimo tego, że wybierał się w przeciwnym kierunku. Chociaż może zostanie to jakoś logicznie wyjaśnione, więc na razie się nie czepiam.

Ponowne czyszczenie tej "satelitarnej" bazy wyszło trochę słabo. Jezus jako głos rozsądku się jeszcze jakoś broni. Morgan wpadający w szał zabijania też. Ale żądna krwi Tara mi się nie zgadza mocno. Już więcej sensu by to miało, gdyby Jezus wbił razem z Morganem do tego pokoju z obsikanym Zbawcą. Robienie zimnokrwistego zabójcy z największego śmieszka bez większego wyjaśnienia, nie wyszło zbyt dobrze.

Morgan ostatecznie przechodzący w tryb "zabić wszystko", całkiem fajnie wypadł. Te flashbacki nawet pasowały, pokazując kontrast i skrajność obydwu Morganowych postaw.

Cała akcja ze Zbawcami zakładnikami może być nawet ciekawa, ale doprowadzono do niej w dość głupi sposób. Pisałem wcześniej, że scena z niemowlakiem trochę uczłowiecza Zbawców. Niestety bilans się równoważy, bo obsikany kolega z nawiązką wyrobił normę czarnego piaru. O wiele lepiej by wyszło, gdyby faktycznie był robotnikiem. A tak nie dosyć, że obezwładnił Jezusa, to jeszcze zniszczył witaminki dla Maggie i jeszcze ją obelżywymi słowami obraził. Tak swoją drogą, wychodzi na to, że serialowy Paul nie jest taki OP jak jego komiksowy odpowiednik. W sumie trochę szkoda. No i to poddanie się Zbawców było trochę głupie, bo Ricki wcale takiej wielkiej przewagi liczebnej nie miały.

Atak grupy szturmowej Aarona i aleksandryjskich półrandomów, był nawet fajny. Byłby jeszcze fajniejszy, gdyby te półrandomy dostały trochę czasu dla siebie w sezonie poprzednim.
Jak na razie jedyna ofiara śmiertelna czyli Francine, mnie zbytnio nie obeszła, przez to, że była postacią bardzo głębokiego tła. Nawet kiedyś miałem wątpliwości czy nie zginęła gdzieś offscreen podczas ataku hordy w 6 sezonie.
Co do Scotta nie miałem podobnych wątpliwości, bo pamiętam, że kiedyś bramę otwierał. Poza tym nie pamiętam, żeby robił cokolwiek innego. W sumie skoro nie ma w serialu Heatha, to Scott mógłby przejąć jego rolę.
Tobin miał ten romans z Karolką, więc w porównaniu do wyżej wymienionej dwójki, nie był aż tak poszkodowany. Jednak mimo tego, po zniknięciu Siwej, też wtopił się w tło.
Eric miał chyba ze dwie wspólne sceny z Aaronem w poprzednim sezonie, ale było to zdecydowanie za mało. Problem jest taki, że Eric jawi się jako dodatek do Aarona, a nie niezależna postać sama w sobie. W komiksie bilans pomiędzy tymi dwoma panami był rozłożony zdecydowanie równiej.
Jednak mimo tego, że ciężko było czuć więź z tymi postaciami, strzelanina była całkiem fajnie zrobiona. Było nawet odczuwalne jako takie napięcie. Gdyby jeszcze doszły do tego postacie, na których mi w większym, stopniu zależy, to byłoby całkiem dobrze.

Już na sam koniec, zbliżenia na twarze bohaterów na początku i końcu odcinka były trochę śmieszne. Oczywiście nie taki był zamysł, ale nie mogę traktować tego jako wadę, skoro mnie szczerze rozśmieszyło.

Podsumowując, było lepiej niż tydzień temu. Całkiem fajny wątek Ezekiela, i grupy Aarona na plus. Niestety trochę się to równoważy, bo ponowne czyszczenie satelity wyszło zdecydowanie gorzej. Ricka i Moralesa umieszczam gdzieś po środku, bo na razie ciężko ten wątek oceniać. Biorąc to wszystko po uwagę, więcej było w tym odcinku dobrych niż złych rzeczy. Jako, że ten bilans wypada korzystniej niż tydzień temu, wystawiam ocenę o oczko wyższą, czyli siódemkę. Zobaczymy jak się to dalej rozwinie za tydzień.

dnia: 25 Październik, 2017, 13:51:37 25 The Walking Dead Serial / SPOILERY / Odp: S08E08

Patrząc na to jak obecnie zachowuje się Rick, po śmierci Korala powinno mu do reszty odwalić. Mógłby nawet nazwać swój toporek imieniem Carl i zacząć z nim rozmawiać. Ale odkładając żarty ma bok, można się było spodziewać, że Chandler będzie musiał prędzej czy później porzucić serial na rzecz edukacji. Już w ostatnich dwóch sezonach było zauważalnie mniej scen z Koralem, niż w sezonach wcześniejszych.
Biorąc pod uwagę to jak się kształtowała w serialu relacja Ricka z Neganem, darowanie życia temu drugiemu i tak nie będzie miało sensu, więc równie dobrze mogą wykorzystać śmierć Carla do zmiany Rickowego światopoglądu. Myślałem, że wykorzystają do tego celu Morgana, ale nie ma to większego znaczenia. I tak wyjdzie głupio.

dnia: 23 Październik, 2017, 16:58:03 26 The Walking Dead Serial / Sezon 8 / Odp: S08E01 - Mercy

Odcinek był dokładnie taki, jakiego można się było spodziewać. Irytujące i niczemu nie służące pomieszanie chronologii scen, dziwaczny montaż, wizje i pozy mające chyba coś symbolizować oraz patetyczne przemowy. W skrócie, same stare, zgrane numery.

Jest w tym odcinku też inna rzecz, która była łatwa do przewidzenia. Chodzi tutaj o przyzwoity poziom wszelkich scen akcji. Po tym jak komicznie wyglądały strzelaniny i efekty specjalne w poprzednim sezonie, przyłożenie się do tego elementu teraz, było konieczne, żeby nie rozpatrywać TWD w kategoriach parodii. No i faktycznie, wymiany ognia i wybuchy wyglądały okej. Sypiące się szyby w Sanktuarium nawet cieszyły oko. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie jest to jakiś niebotycznie wysoki poziom, tylko raczej minimum, którego należy wymagać od tego typu produkcji.

Wracając do tej wizji przyszłości i przemowy Ricka. Nawet mi nie przeszkadza jakie to wszystko jest nadęte i puste w środku. Po flashbackach z Saszką i Abrahamem z finału poprzedniego sezonu, jestem na takie sceny uodporniony. Jednak strasznie irytujące jest to, że zarówno scena z old man Rickiem, jak i jego przemowa do ludu zostały pocięte na kawałeczki i puszczane w losowych momentach. Jeśli Gimple i Nicotero uważali, że te sceny symbolizują coś ważnego (chociaż nie symbolizują nic), mogli puścić je w całości, np. jedną na początku, a drugą na końcu, zamiast szatkować je na drobne kawałki i zasyfić nimi cały odcinek. Nicotero chyba myśli, że pokazywanie scen niechronologicznie i dzielenie ich na krótkie części to jakiś wyszukany artystyczny zabieg, a on stosując go staje się z automatu drugim Kubrickiem. Pisałem wcześniej, że jestem na takie rzeczy uodporniony, jednak scena, w której słońce unosi się nad licem Ryszarda niczym aureola, była przesadą nawet dla mnie. Mimowolnie parsknąłem przy niej śmiechem.

O dziwo jest w tym odcinku jedna rzecz, która nawet mi się podobała i uważam ją za dobry pomysł. Chodzi mi tutaj o pokazanie doprowadzenia hordy w stronę Sanktuarium i eliminację Zbawców z tych punktów obserwacyjnych. To jedno wyszło nawet lepiej niż w komiksie, gdzie Ricki po prostu podjechały sobie pod Sanktuarium i zaczęły strzelać licząc, że jakieś zombiaki się zjawią. Fajnie więc, że dla odmiany serialowe Ricki niczego nie pozostawiły przypadkowi i chciały wszystkiego dopilnować.

Sama strzelanina pod Sanktuarium wyszła przyzwoicie. Nie czepiam się tego, że Negan wylazł na ten balkon narażając się na ogień, bo w komiksie zrobił tak samo. Akcja z Gregorym zrobiona tak jak pan Kirktroll przykazał. Oczywiście sporo od siebie dodał świetny Xander Berkeley. Wysadzenie bramy w powietrze zamiast taranowania ją jak kamikaze też ma więcej sensu. Mam tylko nadzieję, że Gabrysiowi nic się ne stanie. Chociaż zabijanie tych nielicznych postaci, z którymi można chociaż trochę sympatyzować, to już w TWD mała tradycja, więc nie byłbym zdziwiony.

Te wszystkie rzeczy nawet fajnie uzupełniały luki z komiksu. Ale jedna rzecz w porównaniu z komiksem wyszła zdecydowanie gorzej. Chodzi tutaj o postacie i ich motywacje. Żeby nie było, nie jestem wielkim fanem All Out War i nie uważam, żeby ta historia była napisana rewelacyjnie, ale w porównaniu z tym odcinkiem, znacznie zyskuje.
Kluczowa postać tego odcinka to Rick. Niestety jego zachowanie jest trochę wewnętrznie sprzeczne. Z jednej strony ma wątpliwości co do zaczynania wojny. Ta niepewność objawia się głównie w jego zatroskanym obliczu a nie w dialogach, więc może to być inicjatywa samego Andrzeja. Zakładając jednak, że tak nie jest, nie bardzo się to zgadza z tym co Rick robi. No bo z jego poczynań wynika, że mordowanie ludzi i rozpętanie wojny sprawia mu przyjemność. Uwolnienie zombiaka ze sznurka, aby dobił rannego Zbawcę, zajadłe strzelanie do Negana i cyknięcie fotki polaroidem wskazuje na to, że Grimes się świetnie bawi. No i to samo w sobie nie jest złe, bo serialowy Rick od zawsze był o wiele bardziej niezrównoważony od swojego komiksowego odpowiednika. Tylko w takim wypadku zbędne są te rozterki, które do niczego nie prowadzą. Uważanie Ricka za boga, który zstąpił na ziemię, przez wszystkich dookoła też się trochę gryzie z jego moralnie wątpliwym postępowaniem. No bo na ten moment Grimes niczym się nie różni od Szejna czy Gubka przed dobiciem Penny przez Mich. Rick raz ma melancholię w oczach, a po chwili można tam wypatrzeć dziką rządzę mordu. Trochę mnie to uwiera, że wszystkie postacie albo nie zdają sobie z tego sprawy, albo to ignorują i mimo tego kreują Ricka na zbawiciela. O wiele bardziej przekonująco wypada na tym polu bardziej zrównoważony komiksowy Rick.

Wątpliwości co do zasadności zaufania, jakim ludzie darzą Ricka są również zrozumiałe w przypadku Maggie. Ja rozumiem, że Jezus ją polubił. No ale mieszkańcy Hilltop nie mają chyba zbiorowej osobowości sprzężonej z umysłem Paula. Owszem, było w poprzednim sezonie kilka scenek sugerujących wzrost popularności Maggie wśród mieszkańców Hilltop. Ale nie uzasadniają one aż takiej wierności. Żeby to lepiej umotywować można było zrobić dwie rzeczy z komiksu. Po pierwsze, skoro sezon poprzedni i tak był jednym wielkim zapychaczem, spokojnie można było wprowadzić Briannę i Earla oraz pozwolić, żeby Maggie zaprzyjaźniła się z nimi. Jeśli nie chcieli wprowadzać nowych postaci, można było użyć do tego celu Kala i tego ziomka, który w tym odcinku rozmawiał z panią łuczniczką z Królestwa. Chociaż wydaje mi się, że Briannę właśnie teraz wprowadzili. Czarnoskóra kobieta, którą kilka razy było widać u boku Maggie, to chyba ona. No ale tak czy inaczej, teraz to już musztarda po obiedzie. Zamiast tych durnowatych śmieciarzy, trzeba było wprowadzić kilka postaci w Hilltop, które by się zakumplowały z Maggie. To by było o wiele lepsze niż zyskiwanie zaufania u mieszkańców, które dzieje się offscreen. Drugą rzeczą, która by tutaj pomogła jest to, żeby jednak kilka osób posłuchało Gregory'ego i opuściło Rickową armię. Miało by to o wiele sensu od słów Jezusa, że Hilltop trzyma z Maggie.

Ezekiel dostosował się do dwóch pozostałych liderów, więc jego występ w tym odcinku też trochę kulał. W komiksie na tym etapie, Zeke zdołał nawiązać szczerą relację z Michonne, więc można go było poznać od bardziej ludzkiej strony. W serialu jak dotąd tego zabrakło. Ezekiel robi maślane oczka do Karolki, ale ta nie jest zbytnio zainteresowana. Zdecydowanie zabrakło w poprzednim sezonie kilku scen, które by rozwinęły ich relację. Nie musieliby nawet wylądować w łóżku, tylko szczerze porozmawiać. Chociaż Siwa przespała się wcześniej z Tobinem, więc nie widzę przeciwwskazań, dlaczego nie miałaby tego zrobić z o wiele bardziej czarującym królem. Nie widać też, żeby śmierć Benjamina jakoś wpłynęła na Ezekiela. Zeke jakby nigdy nic, nadal nie wychodzi z roli króla i motywuje natchnionymi przemowami swoich poddanych. Znacznie go to spłyca. No ale ważne rzeczy z Ezekielem będą się działy niebawem, więc zobaczymy jak wyjdzie. Jak na razie jedyna osoba, która ratuje ten wątek to Khary Payton. Widać, że koleś po prostu bawi się rolą i sprawia mu to niemałą frajdę.

Szkoda, że Gabriela trochę sprowadzono do roli najlepeszego kumpla Ricka, który mu w każdej chwili powie coś miłego i go zmotywuje. Fajnie to wyglądało wcześniej, ale ten wątek jest już trochę zajechany. No ale Stokes się z Grimesem rozdzielił, więc będzie to dla niego coś nowego.

Jeszcze za wcześnie na ocenianie wątku wprowadzenia Siddiqa i zaangażowania w to Korala. Chociaż sam Siddiq w tej jednej scenie zaprezentował się całkiem sympatycznie.

O reszcie postaci ciężko cokolwiek powiedzieć co jest chyba wystarczającym komentarzem.

No i to by chyba było wszystko. Całkiem przyjemne sceny akcji i nie do końca przyjemna reszta. Miłe dla oka strzelaniny i wybuchy nie rekompensują nieznośnych i pseudogłębokich wizji, przemów oraz niespójnych postaci z tektury. Wystawiam szóstkę, bo nie było aż tak tragicznie źle. Było za to do bólu przeciętnie. Obawiam się, że ten serial więcej z siebie już dać nie może. Chociaż jak na razie jestem jeszcze względnie zainteresowany kolejnymi odcinkami. Trzeba się cieszyć tym uczuciem, póki jeszcze nie zniknęło. Zobaczymy czy nie zniknie już za tydzień.
Muszę przyznać, że dość sceptycznie podchodziłem do wylewających się na tym forum pochwał co do trzeciego sezonu Fear. Zbyt wiele rzeczy mi nie grało w dwóch pierwszych sezonach, żeby mieć bardziej optymistyczne nastawienie. Opinie co do wyższości FTWD nad TWD też raczej do mnie nie trafiały. Dwa pierwsze sezony Fear stawiałem nieco niżej niż dokonania Gimple'a w 5 i 6 sezonie TWD. Gimple jednak wspiął się na wyżyny swojej nieudolności w sezonie 7, więc nie jest wielkim osiągnięciem, żeby zrobić coś lepszego.
Z takim nastawieniem siadałem do trzeciego sezonu Fear, który obejrzałem za jednym zamachem w dwa dni. No i muszę przyznać, że wszystkie pochwały są w pełni zasłużone, a argumenty o wyższości Fear nad starszym rodzeństwem w pełni uzasadnione. Podczas tego małego maratonu z trzecim sezonem, w ogóle nie czułem znużenia. Było wręcz przeciwnie, z przyjemnością pochłaniałem kolejne odcinki. Jest to miłe odstępstwo od tego co się działo w dwóch poprzednich sezonach, gdzie niektóre wątki jak np. pobyt Nicka w osadzie zarządzanej przez tego gościa rzekomo odpornego na ugryzienia, były dość mocno męczące.
Jest to zasługa tego, że ten sezon był praktycznie wolny od zapychaczy. Każdy wątek do czegoś prowadził i został jakoś domknięty. Niemal wszystkie postacie miały swoje historie i relacje, co motywowało ich działania. Różne interakcje, tarcia i sojusze między bohaterami śledziło się bardzo przyjemne.
Trzeba też dodać, że dialogi były bardziej żywe niż w TWD. Postacie nie wygłaszały patetycznych przemów co chwilę. Z łatwością można było uwierzyć, że prawdziwi ludzie też mogliby tak rozmawiać.
Dzięki temu wszystkiemu serial nie nudził mimo tego, że akcja nie była jakoś bardzo wartka.
Na plus trzeba zaliczyć wszystkie postacie, które zadebiutowały w trzecim sezonie. Rodzinka Otto i jej dość pokręcona historia sprawiły, że cały wątek rancza nabrał kolorytu. Jeremiah miał fajną relację z Nickiem i Madison. O Troyu można powiedzieć to samo, chociaż uczucia jakimi darzył go Nick i jego mama, były zarysowane dość grubą kreską. Jake jako ten najnormalniejszy też wypadł ciekawie, chociaż było go trochę za mało. Szczególnie rzuciła mi się w oczy jego nieobecność podczas awantury o studnię.
Wątek Indian podobał mi się chyba jeszcze bardziej. Rdzenni Amerykanie niezbyt często pojawiają się w różnych filmach i serialach, więc każdą ich obecność przyjmuję z otwartymi ramionami. Fakt, że jest to coś nowego, zdecydowanie działało na korzyść tego wątku. Jednak cały wątek nie byłby tak dobry gdyby nie Walker, który jest bardzo interesującą postacią. Crazy Dog też wypadł ciekawie, mimo tego, że było go niewiele.
Wątek tamy nie był zły, ale w porównaniu z dwoma wyżej wymienionymi prezentuje się najmniej ciekawie. Głównie przez to, że Lola i Efrain niezbyt często się pojawiali i nie mieli zbyt wiele czasu, żeby przyciągnąć moją uwagę.
Proctor John pojawił się trochę późno, ale mimo tego od gościa bije charyzma. Gdyby serialowy Gubernator miał przypominać swój komiksowy odpowiednik to Ray McKinnon pasowałby do tej roli idealnie.
Wszystkie te nowe postacie w fajny sposób przemieszały się ze starą gwardią co dało barwną i interesującą mieszankę.
Podsumowując, jestem trochę zaskoczony, że cały sezon utrzymywał równy, wysoki poziom i ustrzegł się nudy oraz fillerów. Była to spójna, logiczna całość. Chciałbym być częściej tak pozytywnie zaskakiwany. Oczywiście wszystko co dobre szybko się kończy. No i odejście Ericksona może dla Fear ten koniec dobrych czasów zwiastować. Będę jednak trzymać kciuki, żeby tak się nie stało, bo sezon trzeci zostawia szerokie pole pod to, żeby tę historię i postacie rozwijać dalej w ciekawy sposób. Pożyjemy, zobaczymy.

dnia: 23 Wrzesień, 2017, 16:06:42 28 The Walking Dead Serial / SPOILERY / Odp: Sezon 8

Rozciągnięcie wojny na cały sezon jest pomysłem głupim, który jeszcze bardziej uwydatni największy problem serialu czyli nieumiejętne rozłożenie tempa akcji i zapychacze. Sezon 7 głównie przez to był tak zły, a sezon 8 zapowiada się jak więcej tego samego. Tylko, że to wszystko może się wydawać oczywiste niektórym widzom. Problem w tym, że nie powiedziane czy Gimple będzie miał podobne przemyślenia. Jest bardzo prawdopodobne, że nie będzie ich miał i raczej nie ma w ekipie nikogo, kto by jakieś zmiany na nim wymusił. Na dzień dzisiejszy jak najbardziej możliwy jest taki scenariusz, że Gimple oprze sezon na komiksowej wojnie, przenosząc na ekran jej główne wydarzenia. A puste przestrzenie, które się utworzą, czymś tam wypełni. Jest kilka wątków, które można eksplorować i rozciągać do granic możliwości, jak śmieciarze, lawirowanie pomiędzy stronami Judżina i Dwighta czy schizy Morgana.
Z perspektywy widza można ocenić, że jest to fatalny pomysł, ale Gimple z perspektywy showrunnera może stwierdzić, że jest to pomysł bardzo dobry. Kręcą już chyba odcinek 11 i nie zanosi się na koniec wojny. Jeśli się będą trzymać komiksu, to do jej końca jeszcze trochę zostanie, bo Ricki jeszcze nie przemieściły się do Hilltop po tych wybuchach z finału półsezonu. Mnie to wszystko nie napawa optymizmem i oswajam się z myślą, że sezon 8 będzie w znacznej mierze fillerem, tak jak sezon poprzedni.

dnia: 17 Sierpień, 2017, 02:05:21 29 Pozostałe / Filmy i Seriale / Odp: Gra o Tron

Już tyle było różnych wycieków, że nawet zacząłem podejrzewać HBO o ich celowe wywoływanie. No ale nie jest tak, żebym narzekał z powodu ich istnienia. Czytając spoilery mogę się psychicznie przygotować do różnych głupot i je na spokojnie przetrawić. Dzięki temu mniej się denerwuję przy samym oglądaniu. Niestety kilka scen w tym sezonie było na tyle złych, że nawet świadomość ich istnienia nie pomogła. Co ciekawe kilka z nich znalazło się w tym odcinku. Dalsze wrażenia daję na wszelki wypadek w spoiler.
Sorry but you are not allowed to view spoiler contents.

dnia: 15 Sierpień, 2017, 03:53:02 30 Pozostałe / Filmy i Seriale / Odp: Gra o Tron

No i wreszcie przyszedł czas na odcinek przejściowy, w którym DeDeki sobie musieli poukładać pionki na szachownicy, żeby doprowadzić do epickiej nawalanki w odcinku następnym. Chociaż właściwie tego odcinka nie pisały DeDeki tylko Dave Hill. A w sumie to i tak wszystko jedno skoro jest on takim trzecim bliźniakiem i na pewno nie jest bez winy (nawet się gdzieś spotkałem z określeniem D&D&D). No ale wracając, łatwiej było mi przez ten odcinek przebrnąć będąc świadomym, że prowadzi on do kolejnej epickiej rozwałki. Epizod sam w sobie nie był aż tak bardzo nudny, ale kilka wątków było poprowadzonych źle, nawet jak na bardzo niskie standardy tego serialu. Niestety nie działo się nic na tyle ciekawego co by moją uwagę od tych zonków odwróciło.

Nigdy nie mogłem pojąć jak tępy, zapatrzony w siebie buc o charyzmie kłody drewna, zwany również przez niektórych Danką, może w kimkolwiek budzić pozytywne emocje jako protagonista. Na szczęście wystarczy, żeby budziła te emocje w DeDekach. No i skoro traktują ją jak boginię, to nie wiem po jaką cholerę rzucają tymi nietrudnymi do wysnucia porównaniami do Aerysa i starają się ją umrocznić. Przecież i oni dobrze wiedzą i ja to wiem, że tego wątku dalej nie pociągną tylko go zaraz porzucą tak jak to robili w sezonach poprzednich. Właściwie zostaje on porzucony w tym odcinku już po kilku scenach. Nie wiem dlaczego nie mogą Danki prowadzić tak jak Jona, który jest protagonistą wręcz idealnym jak na standardy epickiego serialu action fantasy. Prosty, trochę porywczy chłopak, który stara się odnaleźć w tym całym bajzlu, ale cały czas ma serce po właściwej stronie. Dokładnie tak można by też pisać Dankę. Domyślam się, że to umrocznienie pojawia się aby trochę tą postać zniuansować. No ale średnio to wychodzi skoro jej zachowanie jest wewnętrznie sprzeczne. Mówi, że nie przybyła tu zabijać. Nie przeszkadza jej, że robi to w otoczeniu zwęglonych szczątków setek żołnierzy. Na dodatek zaraz po tych słowach pali Tarlych. Danka sama sobie zaprzecza. Wojna Pięciu Królów była jaka była, ale nie zdarzało się aby na miejscu, zaraz po skończonej bitwie wykonywać egzekucję na pojmanych lordach. Co prawda były i gorsze przykłady zezwierzęcenia, ale Danka się przecież kreuje na tą lepszą. No i tu pojawia się drugi problem. Jakie ona ma postulaty, których wprowadzenie w życie uczyni życie zwykłych ludzi lepszym. No bo tych komunałów o łamaniu koła nie można traktować poważnie, skoro nie podała żadnych konkretów. Demokracji chyba nie wprowadzi ani wyborów nie rozpisze skoro chce być tą królową. Siłą argumentu raczej nikogo nie przekonała i gdyby nie smoki to nikt by jej poważnie nie traktował. No ale już mniejsza z tym. Akceptowałbym taką wewnętrznie sprzeczną Dankę i jej problemy z agresją, gdyby to do czegokolwiek prowadziło, a ogólny przekaz nie był taki, że ona jest od Cersei w czymkolwiek lepsza. No bo co z tego wszystkiego wynikło. Tyrion i Varys sobie trochę ponarzekali, ale nie wygarnęli Dance w twarz co o niej myślą. Chwilę później sama Dany robi maślane oczka do Jona, no i tutaj epizod się dla niej kończy. Gdzieś w środku tego wszystkiego powinna być jakaś scena, która by jednak pokazywała, że Danka jednak nie jest taka zła i popełniła błąd. To już nawet nie chodzi o to, żeby mnie przekonać, tylko żeby przekonać same postacie. Wszyscy myślą tak jak DeDeki chcą, żeby myśleli. Bardzo wyraźnie widać te sznurki za jakie oni pociągają. Równie dobrze każdą scenę mógłby poprzedzać komentarz DeDeków, którzy jako narratorzy objaśnialiby, że dzieją się rzeczy, które by się nie wydarzyły, gdyby świat był wewnętrznie spójny, ale dzieją się bo fabuła tego wymaga. Już bym wolał, żeby Danka faktycznie była kolejnym nudnym goodguyem ratującym świat. No bo i tak ona sama jak i większość postaci tak ją traktuje gdy wszyscy losowo zapominają o jej grzechach. Skoro nie umiecie pisać wewnętrznie skonfliktowanej, niejednoznacznej postaci to tego nie róbcie. Uważacie Dankę za bożyszcze tłumów to tak ją przedstawcie. Lepsze już to niż ignorowanie jakichś wątków albo cech charakteru na potrzeby i tak niezbyt skomplikowanej fabuły.

Powrót Joraha był całkiem fajny. Nawet mi się go szkoda zrobiło, gdy widząc Jona uświadomił sobie, że zostawienie Dareczka w Meeren wcale go nie przybliża do wyjścia z friendzone'u. Tak nawiązując, to ciągłe zapowiadanie Jonerys jest nieznośnie. Danka rzuciła pełne troski i przejęcia spojrzenie w kierunku Jona, gdy ten oznajmił, że wybiera się na niebezpieczną misję. Jednak gdy to samo oznajmił Jorah, miała to gdzieś. Przypominam, że Jona zna od kilku dni, a Joraha od kilku lat. Ma to mniej więcej tyle sensu co Arya, która była bardziej podekscytowana spotkaniem lannisterskich żołnierzy, niż spotkaniem Gorącej Bułki.

Już nawet nie jestem zły na radość Jaimego z bycia tatusiem. Jestem już nauczony wieloletnim doświadczeniem, że każda scena, która chociaż w minimalnym stopniu pokazuje, że zależy mu w życiu na czymś więcej niż tylko na Cersei, a co za tym idzie wyjście spod jej pantofla, musi czym prędzej być skontrowana sceną pokazującą jak bardzo ją kocha, co go pod ten pantofel z powrotem wpycha. Ta ciąża nie wiem właściwie po co jest. Podejrzewam, że jako dodatkowa motywacja, ale tej Cersei jak na głównego złoczyńcę przystało, nie brakuje.

Wyprawa do Królewskiej Przystani całkiem spoko była. Fajnie, że Davos miał coś wreszcie do roboty. Bonusowo wspomniał o śmierci swojego syna, co mi się podobało. Jego teksty też były całkiem zabawne. Powrót Gendry'ego to taki chamski fanservis w najczystszej postaci, ale nawet nie jestem zły. Fajne było szybkie zakumplowanie się dwóch bękartówm z racji tego, że wiele ich łączy.
Rozmowa Tyriona z Jaimem bez większego szału. Liczyłem, że spotkanie braci będzie miało większy ładunek emocjonalny.

W Oldtown bez rewelacji. Sam zrobił wszystkie istotne dla fabuły rzeczy czyli obskrobanie Joraha i znalezienie książki potwierdzającej pochodzenie Jona, więc może wracać do Winterfell. No i Gilly w dalszym ciągu jest urocza.

No i na sam koniec zostało Winterfell. To co się tu działo, wyprowadziło mnie z równowagi jeszcze bardziej niż wątek Danki. Żeby nie było, spodziewałem się, że krojąca się intryga będzie bardzo grubymi nićmi szyta. Ale to, że te nici będą aż tak grube, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Przede wszystkim myślałem, że całą sprawę zainicjuje Littlefinger. A tutaj Arya sama z siebie wietrzy spisek. Tylko, że tym wietrzeniem spisku cofa się w rozwoju gdzieś tak do pierwszego sezonu. Wtedy też wypominała Sansie chęć bycia damą, a wszystkie problemy chciała załatwiać siłą. Jedyne czego się przez te wszystkie sezony nauczyła, to mordowania. Ja się spodziewałem, że ta intryga do swojego istnienia wymaga przedstawienia postaci w najbardziej prymitywny sposób poprzez uwydatnienie ich najbardziej oczywistych cech charakteru, ale mimo tego jestem zdegustowany. Jak Arya była u Freyów to mówiła o tym, że samotny wilk zginie, ale wataha przetrwa. Ale już o tym zapomniała i pierwsza rzecz jaką robi po powrocie do domu to skakanie do oczu siostrze. Skoro już DeDeki tak bardzo chciały, żeby siostry się ze sobą żarły, można było najpierw dać Aryi znaleźć list napisany przez Sansę, a potem pozwolić jej nabierać podejrzeń. Chociaż nie wiem dlaczego Starkówny nie mogą żyć w zgodzie. Czy ich relacja zawsze musi być konfliktowa. Mniejsza z tym. Jednak jeden pozytyw w tym wszystkim dostrzegam. Idiotkę zrobiono tylko z Aryi, dzięki czemu bardzo korzystnie wypada Sansa. Odkąd się ten cały durnowaty wątek zaczął, zachowuje się ona całkiem spójnie, co jak na nią jest nie lada wyczynem. Nawet z nią zacząłem sympatyzować. Ona jedna zdaje się dostrzegać bezsens wątów jakie ma Arya, oraz wycieczki Jona. Tak swoją drogą to jakby na naradzie chciano faktycznie poszkalować Jona, można by wspomnieć o tym, że zdezerterował z Nocnej Straży, albo o tym, że przez swoją lekkomyślną decyzję praktycznie przegrał bitwę. Stwierdzenie faktu, że pojechał sobie na kilka tygodni/miesięcy na wczasy nie jest żadnym szkalowaniem. Niemniej, Sansa w tych oparach absurdu zachowuje zdrowy rozsądek. Szczerze mówiąc nigdy bym jej o to nie posądził jeszcze kilka odcinków temu.
Już na sam koniec, scena z Littlefingerem wyłaniającym się z cieni to chyba najśmieszniejsza scena w historii całego serialu. Naprawdę szczerze ryknąłem śmiechem. Te wszystkie Bronny, Ogary czy inne śmieszki mogą się schować. Petyr jest najlepszym comic reliefem jakiego ten serial kiedykolwiek miał. Wychodzi na to, że DeDeki piszą najzabawniejsze sceny, kiedy nie zdają sobie z tego sprawy.

Wyprawa za Mur i chemia pomiędzy członkami drużyny przypomina filmy akcji z lat 80 z Arnim czy innym Sylwkiem, gdzie badassowe koksy przerzucają się badassowymi tekstami. Żeby nie było, zdecydowanie traktuję to jako pozytyw. Dzięki temu czekam na następny odcinek z niecierpliwością.

Podsumowując, może i ten odcinek jakoś zbytnio nie odstaje od poprzednich. Ale wątek Danki jak i spiski w Winterfell ztriggerowały mnie na tyle, że uznaję ten epizod za najsłabszy w sezonie. Co jest wyczynem, bo poprzednie na zbyt wysokim poziomie nie stały. Mam nadzieję, że stare dobre nawalanko z zombiakami w przyszłym tygodniu, trochę poprawi mi humor.
Strony: 1 [2] 3 4 ... 19