Posty z podziękowaniami

Show post that are related to the Thank-O-Matic. It will show the messages where you become a Thank You from an other users.


Wiadomości - geekman

dnia: 04 Sierpień, 2017, 14:52:50 31 The Walking Dead Serial / SPOILERY / Odp: Sezon 8

Pewnie podczas tych trzech pierwszych odcinków co to niby mają stopić ludziom telewizory, będzie miało miejsce zablokowanie Sanktuarium zombiakami i atakowanie poszczególnych posterunków Zbawców co się skończy śmiercią Erica, Shivy i Jerry'ego. A skoro atak Negana na Aleksandrię będzie dopiero w odcinku ósmym to znaczy, że środkowa część półsezonu będzie strasznie zamulać. Poza kilkoma obowiązkowymi strzelaninami, będą pewnie eksplorować wątek rozterek Judżina, lawirowanie Dwighta pomiędzy stronami, depresję Ezekiela i oczywiście fantastyczny wątek Złomiarzy. Do tego mogą wymyślić Rickom jakieś idiotyczne zadanie do wykonania. Coś w stylu zbierania broni dla Złomiarzy z poprzedniego sezonu. No i jakoś to zleci. Takie rozciąganie to dla Gimple'a przecież nie pierwszyzna.
Więc chyba wszystko wskazuje na to, że wojna skończy się gdzieś w środku drugiego półsezonu. No chyba, że dla zmyłki kręcą odcinki niechronologicznie. No ale na to szanse są raczej małe. Ja nie wiem kto tam w AMC jest większym idiotą. Gimple, który nadal brnie w zapychacze, zamiast upchnąć całą wojnę w jeden półsezon, czy ludzie, którzy mu na to pozwalają. Zamiast wyleczyć największą bolączkę serialu, dadzą jej jeszcze więcej.
Nawet mi przez myśl przemknęło, że jakby się tak sprężyli to mogliby tak pokombinować, żeby rozciągnąć wojnę na cały sezon, a timeskip dać na ostatnie kilka minut finału. Już nie wiem czy gorsze jest to, czy robienie tego timeskipu od tak sobie np. z odcinka 12 na 13. No ale chyba wygra ta druga opcja skoro ogłoszono castingi do ról Dantego i Siddiqa. No i jest jeszcze kwestia Marii Bello.
Skoro jesteśmy w temacie castingów, prawdopodobnie znaleziono już aktora do roli Siddiqa. Ma go zagrać niejaki Avi Nash. Koleś wpisał w swoim internetowym CV rolę w TWD i po tym ludzie to wykminili. Wrzucam też jego fotkę dla zobrazowania

dnia: 01 Sierpień, 2017, 03:04:30 32 Pozostałe / Filmy i Seriale / Odp: Gra o Tron

Tak, Braavos i Żelazny Bank zostały założone przez niewolników, którzy uciekli z Valyrii. Więc Cersei nieświadomie powinna dać Nestorisowi argument do poparcia Danki wspominając o zatrzymaniu handlu niewolnikami. Też mi się ta nielogiczność nasunęła podczas oglądania, ale zapomniałem wspomnieć o tym we wcześniejszym poście.
Ja nie wiem po co było jeszcze za życia Tywina wprowadzać motyw z pustymi lannisterskimi kopalniami złota, a co za tym idzie ich trudną sytuacją finansową. Nic przecież z tego nie wynikło. Ale DeDeki pewnie wtedy jeszcze nie planowały zrobienia z Cersei sub-bossa, z którym Danka musi się trochę ponawalać przed przybyciem Innych. Więc wprowadzono to chyba dlatego, żeby trochę Lannisterów osłabić. Gdyby nie to wszystko, nie trzeba by było teraz wymyślać jakichś głupot.

dnia: 25 Lipiec, 2017, 01:52:39 33 Pozostałe / Filmy i Seriale / Odp: Gra o Tron

Moje odczucia w sumie są podobne do tych z zeszłego tygodnia. Nic mnie zbytnio nie obraziło, ale też nic się nie wzniosło ponad ten marazm i nie wybiło mnie z przekonania, że mam do czynienia z tworem upośledzonym.

Varys jest jedną z nielicznych postaci, które nie zostały mi przez DeDeków zohydzone, więc nawet się ucieszyłem, że wreszcie było go trochę więcej. Zwłaszcza, że całkiem z sensem gadał. Nie jest w Dankę ślepo zapatrzony i nie boi się powiedzieć jej w twarz, co uważa o jej ojczulku. Za to sama Danka to zupełnie inna para kaloszy. Mówi, że Viserys był głupi i okrutny, a ona jest dokładnie taka sama. Przyganiał kocioł garnkowi. Ja nie wiem czy taki jest zamysł, żeby przedstawiać ją jako postać, do której nie można poczuć nawet cienia sympatii. Ale chyba wychodzi to niechcący, bo to dość dziwne, żeby jednego z głównych protagonistów przedstawiać w tak antypatyczny sposób. Emilia Clarke i nie używanie przez nią mimiki, czy w ogóle jakiejkolwiek ekspresji też nie pomaga. No ale trochę sam się sobie dziwię, że aż tak mnie to zezłościło, bo to wszystko w GoT nie pierwszyzna. Pewnie winna jest zbyt długa przerwa i zdążyłem odwyknąć.
Tyrion jak to Tyrion. W sumie dobrze, że nie usiłował być śmieszny na siłę. Trochę szkoda, że nie ma jakichś własnych wątków i robi tylko za doradcę. Ale z drugiej strony było go trochę za dużo, więc teraz się wyrównuje.
Poczułem ulgę, że MissWorm wreszcie został skonsumowany. To już powinno się stać dawno temu, ale z nieznanych mi przyczyn tfurcy tańczyli przez dwa sezony wokół tego wątku jak Indianie na około ogniska. Zarówno Missandei jak i Robak to są takie postacie, których nie ma zbytnio za co nie lubić. Z drugiej strony nie ma też ich za co lubić, ale jak na ten serial to wystarczy, żeby do nich nie czuć nienawiści. Więc wyszło to nawet całkiem zgrabnie. Sama scena łóżkowa jak na DeDekowskie standardy była utrzymana w granicach dobrego smaku. Właściwie nie mam się o co gniewać, zwłaszcza, że naga Nathalie Emmanuel to widok bardzo miły dla oka.
Narada wojenna była całkiem znośna. Tylko Olenna jest już mocno męcząca z tymi swoimi mądrościami.

Oldtown było całkiem spoko. Zwłaszcza, że w grupie postaci nie zohydzonych mi przez DeDeków, oprócz Varysa znajdują się również Sam i Jorah. Więc tym fajniej było zobaczyć ich razem. Trochę to dziwne, że sposobem na wyleczenie szarej łuszczycy jest jej zeskrobanie. Najwidoczniej geniusz tkwi w prostocie. DeDeki też tak uważają, dlatego kierują się tym przysłowiem przy produkcji serialu.

W stolicy niewiele się działo. Cersetka nawet rację miała podczas przemowy do lordów Reach. Tylko trochę to dziwne, że jacykolwiek lordowie chcieli z nią rozmawiać, po tym jak wysadziła Mace'a i jego dzieci w powietrze.
Fajnie, że Jaime wspomniał o bitwie pod Ashford. Takie małe nawiązanie do sagi to całkiem miła odmiana od bezustannego plucia na nią. Trzeba się umieć cieszyć z małych rzeczy.
Ta scena w podziemiach z subtelnością szarżującego nosorożca zapowiada śmierć jednego ze smoków.

W Winterfell stara bieda. Sansa nadal podważa autorytet Jona co czyni ich rozmowę z poprzedniego odcinka trochę bezcelową. No ale wszystko się skończyło rodzinnymi hepiendem, bo Jasiek zostawił władzę w rękach Sansy. Na pewno nikt się tego nie spodziewał. Jak kamera najechała na Littlefingera i jego enigmatyczny uśmieszek to nawet parsknąłem śmiechem. Szkoda, że wąsa nie miał dłuższego, żeby go sobie podkręcić. Podczas tej sceny w kryptach nawet mi się go trochę szkoda zrobiło. No bo miał rację z tym, że Jon i resztka jego wojska zawdzięcza mu życie. Niby pozostaje niesmak, że jego knowania są tak subtelne jak podchodzenie do dzieci na placu zabaw i mówienie, że się im pokaże małe kotki w piwnicy. No ale to przecież nie jego wina, że jest tak pisany.

Arya niby spoko. Fajnie było znowu zobaczyć Gorącą Bułkę. Ale trochę niekomfortowe jest to, że Arya dość losowo zmienia się z głównej bohaterki Kill Billa wymierzającej krwawą zemstę z uśmieszkiem na ustach, w miłą i dość zwykłą dziewczynę, która również się uśmiecha. Zbyt duży to dla mnie rozdźwięk.

No i wielki finał. Najpierw trzeba było przypomnieć widzom jak okropne są piaskowe wensze i ich mama. Myślałem, że nic nie pobije "bad pussy" w kategorii najbardziej czerstwego i żenującego tekstu w historii, ale "a foreign invasion is underway" jest co do tego mocnym kandydatem. Już wyczuwam kolejną nagrodę Emmy za scenariusz. Nie wiem czy w branży porno są jakieś rozdania nagród. Ale gdyby były i była kategoria honorująca najlepsze dialogi, to tym tekstem GoT mogłoby powalczyć. Podejrzewam, że zbytnio by nie odstawali od reszty.
Euron wzorem swojego poprzednika Ramsaya też jest mistrzem sztuk walki. Po zamordowaniu wenszów moja sympatia do niego wzrosła z poziomu ujemnego na zerowy. Mam wrażenie, że tfurcy zdawali sobie sprawę z tego, że Sandowe Fejki delikatnie mówiąc nie cieszą się wśród widzów sympatią. Stąd taka celebracja ich uśmiercenia i długie ujęcie na ich zwłoki. Muszę przyznać, że podziałało, bo humor mi się poprawił. Mam nadzieję, że bad pussy i mamusia też jak najszybciej zaliczą możliwie jak najbrutalniejszego zgona.
Co do samej bitki, to była trochę chaotyczna i mało czytelna. Krótko mówiąc, szału nie było. Mam nadzieję, że się poprawią i nadchodzące rozwałki będą bardziej okazałe. No bo to właściwie jedyne co ten serial ma do zaoferowania.

Podsumowując, kolejny standardowy odcinek. Przez większość czasu raczej śmieszył. Było kilka momentów, w których bawiłem się nieironicznie. Lecz co najważniejsze nie było takich momentów, po których musiałbym gotować bigos na uspokojenie. Po scenie ataku Danki na Varysa byłem tego bliski, ale łysy bardzo fajnie ją zgasił i mi przeszło. Zobaczymy co nam fortuna przyniesie za tydzień. Obawiam się, że teraz są te lepsze momenty, a te gorsze jeszcze przed nami. No ale to się jeszcze okaże.

dnia: 20 Lipiec, 2017, 01:40:19 34 Uniwersum The Walking Dead / The Walking Dead: Game / Odp: Sezon 3

Pojawił się też filmik od twórców na ten temat
Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się

dnia: 18 Czerwiec, 2017, 17:45:18 35 Pozostałe / Filmy i Seriale / Odp: Wiedźmin

Żeby nie było, zdaję sobie sprawę z tego, że szanse na czarnego Geralta są bliskie zeru. Nie jest też tak, że jakoś przesadnie ściskam kciuki za takim rozwiązaniem. Dla mnie jest ważne tylko to, żeby wcielił się w niego uzdolniony aktor o odpowiedniej prezencji. A czy to będzie aktor biały, czarny, indianin, arab, Chińczyk czy Samoańczyk nie ma dla mnie zbyt wielkiego znaczenia.
Mój wcześniejszy komentarz miał też na celu pokazanie tego, że jeśli Netflix by się zdecydował na niebiałego Geralta, to spokojnie dało by radę to zrobić, a rzeczywistość nie zapadła by się pod ciężarem tej decyzji. Saga Wiedźmińska tylko czerpie elementy z różnych legend, wierzeń i podań, a sama w sobie jest dziełem kultury jak każde inne. A te można interpretować i adaptować na najróżniejsze sposoby.
Jednak tak jak już wyżej wspomniałem, szanse są na to mizerne. I to raczej nie z powodu chęci wiernego zekranizowania sagi. Netlfix nie ma chyba tyle odwagi, żeby wstawić czarnego protagonistę do rozbuchanego serialu fantasy z dużym budżetem i docelowo co najmniej kilkoma sezonami. Nawet jeśli dysponowaliby pierwszoligowym aktorem jakim jest Idris. Już nie wspominając o tym, że szanse na jakiegokolwiek pierwszoligowego aktora są dość marne ze względu na pokaźne gaże i konieczność wiązania się wieloletnimi kontraktami. Więc Geralt, Yennefer, Ciri, Jaskier czy Triss pewnie będą biali. Za to wcale bym się nie zdziwił gdyby jakieś drugoplanowe postacie były grane przez czarnoskórych. Na przykład jakaś Angouleme, któraś z czarodziejek albo Driady. Co do Nilfgaardczyków to jest bardzo prawdopodobne, że będą obsadzać aktorów pochodzenia arabskiego, hinduskiego czy latynosów. Pożyjemy, zobaczymy. w każdym razie nie ma się o co spinać. To tylko serial fantasy.

Jedna rzecz mnie jednak nigdy nie przestanie dziwić. Przy jakichkolwiek adaptacjach filmowo/serialowo/growych gdy tylko pojawi się jakaś prawdziwa lub nie, informacja o zmianie koloru skóry jakiejś istniejącej postaci, bądź też stworzeniu nowego bohatera o niebiałym kolorze skóry, którego w oryginale nie było, zawsze dzieje się to samo. Od razu pojawia się jakaś niezdrowa egzaltacja i włącza się syndrom oblężonej twierdzy typu: NIE NO CZYMAJCIE MNIE BO NIE WYCZYMIE, WSZENDZIE TYCH MUDŻYNÓW WCISKAJO, PSZEKLENTA HURR DURR POLITYCZNA POPRAWNOŚĆ. No i w tym przypadku też było podobnie. Może nie w samym wątku, ale jak popatrzyłem sobie na shoutbox, właśnie to samo ujrzałem. No i ja bym rozumiał święte oburzenie gdyba jakaś ważna, historyczna postać miała w ekranizacji zmieniony kolor skóry. Chociaż to też się działo, ale raczej w drugą stronę gdy biali aktorzy pomalowani brązową farbką grali jakiegoś Czyngis Chana czy innego Ramzesa. Ale gdy mamy do czynienia z postaciami fikcyjnymi osadzonymi w fikcyjnych światach, nie rozumiem jak to kogoś może oburzać. Ciężko mi traktować Robin Hooda czy legendy Arturiańskie jako jakieś kroniki historyczne, skoro już tyle razy zostały przemielone i wyplute przez popkulturę. A już buldupienie z powodu czarnego Heimdalla w filmowym Thorze gdzie Asgardczycy są zaawansowaną technologicznie rasą kosmitów z innego wymiaru uzbrojoną w laserowe dzidy, umyka mojemu pojmowaniu. Albo gdy w trailerze do sequela Shadow of Mordor mignął na chwilę czarnoskóry Gondorczyk, co budziło dzikie oburzenie, a troll dzierżący miotacz ognia nie budził oburzenia żadnego. Nawet jakiś fejkowy screen z nowego Call of Duty przedstawiający czarną kobietę w niemieckim mundurze zmobilizował internetową husarię do zaciekłej walki. No i niby nic w tych śmiesznych rantach nie jest złego. Tak się przecież rodzą copypasty. Zawsze można zerknąć i poprawić sobie humorek. Jednak ta paranoja urasta do niebotycznych wręcz rozmiarów. Radziłbym więc zluzowanie. Głupio by było, żeby komuś żyłka pękła z tak błahego powodu jak obecność czarnoskórej postaci w serialu fantasy z potworami, elfami, krasnoludami i podróżami międzywymiarowymi.

Wracając jednak do Wiedźmina i artykułu, który otworzył tą jakże gorącą dyskusję. Mnie bardziej od tego czy wszystkie główne postacie będą ku chwale ojczyzny białe jak mleko, martwi inna rzecz. Obawiam się, że w tych wspomnianych w artykule inspiracjach Grą o Tron mogą pójść trochę za daleko. No i w konsekwencji może z tego wyjść super edgy, pseudo mroczny serialik wypełniony bardzo wysmakowanymi żartami o defekacji, kopulacji oraz męskich i żeńskich narządach płciowych. Także mam nadzieję, że będą stawiać sobie GoT za wzór tylko w kwestiach realizacyjnych, a nie co do konstrukcji fabuły i prowadzenia postaci.

Cytuj
To samo można powiedzieć o TWD. Więc może zamiast głupich twórców co zniszczyli i zgwałcili TWD dać by trzeba kogoś kompetentnego i wymienić całą obsadę na czarnych. Czarna Riczita, Daryl, Carl i Gubernator. Za to Pączek czy taka Michonne powinni być biali dla odmiany. Mnie pasuje.
Po finale 7 sezonu, wcale nie uważam TWD za serial wyraźnie lepszy, więc mogło by być i tak. Zwłaszcza, że w komiksie kolor skóry postaci nie ma żadnego znaczenia i nikt się do tych kwestii nie odnosi. Chociaż mimo marnego poziomu, TWD z większym szacunkiem odnosi się do materiału źródłowego. Rick nie kazał przecież spalić Carla żywcem, a Glenn nie zgwałcił Maggie.
Chociaż jeśli chcemy być tak bardzo dokładni, komiksowy Gubernator był w połowie Meksykaninem co zresztą po jego wyglądzie widać. Więc obsadzenie w tej roli rodowitego Brytyjczyka też nie jest w stu procentach zgodne, a mimo to żadnego oporu nie budziło. Jestem niemal pewny, że gdyby Gubek w komiksie wyglądał jak David Morrissey, a w serialu zagrał go Danny Trejo, to niektórzy fani nie nadążaliby z gotowaniem bigosu na uspokojenie. Dobra, kończę już bo offtop mocno.
Muszę przyznać, że oczy mi się trochę spociły podczas czytania. Ale nie ma się co dziwić. Podczas mojej chyba już pięcioletniej przygody z komiksem trochę się z tymi postaciami zżyłem. Sam sposób odejścia Andrei jest na swój sposób wyjątkowy. Pokazuje, że główni bohaterowie nie są nieśmiertelni i mogą umrzeć nawet w taki zwyczajny sposób. No i chyba żadna postać jak dotąd nie miała szansy odejść w spokoju, otoczona przez najbliższych. To wyszło całkiem fajnie.
Ale zasadność śmierci Andrei to już inna sprawa. Ciężko w tym momencie stwierdzić czy jej zgon był całkowicie niepotrzebny. W sumie wszystko zależy od Ricka. Jeśli dalej będzie on tym samym spokojnym i mającym dobre intencje liderem, to śmierć Andrei pójdzie na nic. Jeśli jednak Grimes stanie się trochę bardziej bezwzględny i brutalny na przykład pacyfikując Zbawców, albo tropiąc pozostałych Szeptaczy, to decyzję Kirktrolla zrozumiem. No bo jeśli charakter Ricka się jakoś znacząco nie zmieni to chyba faktycznie Robercik skasował Andreę tylko dlatego, żeby zrobić Richonne w komiksie. W sumie Marvel i DC też starają się czasami upodobnić komiksowe postacie do tego, co jest w filmach i serialach, więc nie byłoby to nic nowego.
No i abstrahując od wątku Andrei, mam nadzieję, że Dwight nagle nie stanie się zły, bo Rick zabił Sherry. Trochę zbyt proste by to było.
Epizod był okej. Ale tak jak i epizody poprzednie, nie budził żadnych większych emocji.
Trudno o jakiekolwiek emocje, skoro z postaciami ciężko sympatyzować. Kate i Gabe ostro wkurzali mnie już wcześniej. Teraz do tego grona dołączyli również Tripp i Eleanor. Całkiem fajnie wypadł wątek Davida i to, że możemy utrzymać braterską przyjaźń jak i pokłócić się z nim na amen. Ale jego zachowanie podczas zaakceptowania propozycji Joan było skrajnie nieodpowiedzialne. W sumie nawet jeśli odstrzelimy Joan, to David i tak leci za tym ziomkiem z rady, który właściwie nic mu nie zrobił.
Fajnie, że Conrad w dalszym ciągu może przeżyć. Może Telltale będzie konsekwentne i pozwoli mu dożyć do końca sezonu. Skoro koleś może trzykrotnie uniknąć śmierci to głupio byłoby go teraz uśmiercać na dobre.
Wybór z Lingardem był nawet ciekawy. Ale był taki dlatego, że dotyczył wątku, który jako jedyny bardziej mnie interesuje, czyli małego Alvina.
Retrospekcja z Kennym trochę rekompensuje durny sposób jego uśmiercenia. No i wyjaśnia dlaczego właściwie zmierzali oni na Florydę. Retrospekcja z Jane też była całkiem fajna. Po niej to całe samobójstwo wydaje się jeszcze bardziej naciągane i bez sensu.
No i to by chyba było wszystko. Kolejny przyjemny epizodzik, ale nic ponad to. W sumie ciekawy jestem jak się ta historia zakończy, ale bardziej interesuje mnie to czy Clem znajdzie wreszcie Alvina.
To było okropne. Spodziewałem się, że nie będzie najlepiej, ale to co zobaczyłem przerosło moje oczekiwania. Sam jestem zaskoczony tym co piszę, ale to było równie złe co finał trzeciego sezonu. Wszystko co w tym serialu nie gra, znalazło się w tym odcinku. To takie małe opus magnum Gimple'a, które podsumowuje jego osiągnięcia jako showrunnera.

Ten odcinek sam w sobie jest bardzo zły, ale jest też również zwieńczeniem całego sezonu. No i w oderwaniu od tego nie można na epizod patrzeć. Te wszystkie durnowate decyzje, które zostały podjęte przez cały sezon, tutaj miały swój finał. Więc odcinek ma mnóstwo problemów jako zamknięta całość, ale na dodatek dostaje kilka w spadku.

Kolejny raz wydłużono czas trwania epizodu i znowu bez żadnej potrzeby. To, że epizod będzie trwał dłużej, nie będzie automatycznie oznaczać tego, że jest dobry. Właściwie jest wręcz przeciwnie. Gdy tylko tfurcy decydują się na wydłużenie odcinka, automatycznie znajdują się w nim retrospekcje i zaburzona chronologia. Kilka razy wyszło to słabo, a oni dalej w to brną.

Odnośnie tych wyżej wspomnianych retrospekcji i zaburzonej chronologii, był to zdecydowanie najgorszy element tego odcinka. Miałem ochotę zrobić sobie krzywdę, gdy tylko wjeżdżały te scenki z Sashą w trumnie, które przechodziły w kolejne części rozmowy z Rudym. Najgorsze jest to, że absolutnie nic one nie wnosiły. Niczego nowego nie dowiedziałem się o Sashy, Abrahamie i ich związku. Nic się nie zmieniło w moim postrzeganiu tych postaci. Jeszcze bardziej bezsensowne były te króciutkie scenki pokazujące Saszkę i Maggie patrzące na słońce. TWD niemal od zawsze było trochę pretensjonalne i na siłę szukające głębi tam gdzie jej nie ma. Ale nauczyłem się to akceptować, bo było utrzymane w jako takiej normie. Jednak teraz zdecydowanie przesadzono. Przesadzono do tego stopnia, że często przymrużałem oczy w zażenowaniu.

Jedyny element, który mi się w miarę podobał to Morgan. A konkretnie jego rozmowa o tym, że utknął gdzieś pomiędzy swoimi dwoma fazami. Lennie się tutaj postarał. Tak jeszcze odnośnie tej sceny, trochę dziwi mnie to, że Ezekiel cały czas używa swojego dziwnego słownictwa. W tej przeniesionej z komiksu rozmowie z Karolką w ogrodach, mówił, że królowanie to ściema, więc już powinien sobie to odpuścić. Wracając do Morgana, podobała mi się krótka scena, w której siada na schodach razem z Karolką i wymieniają spojrzenia. Dzięki temu miałem wrażenie, że cała wielka drama pomiędzy tą dwójką ciągnąca się jeszcze od poprzedniego sezonu, do czegoś prowadziła.

Scena z Dwightem też była w miarę okej. Tylko trochę śmieszyło mnie to sapanie Daryla. Nie wiem czy to w założeniach ma brzmieć groźnie, czy po prostu Reedus zadyszkę złapał. No i Tara nie była zbyt przekonywująca wychodząc ze swojego trybu śmieszkująco-pogodnego. Ale sam Dwight na plus. Jego motywacja trzyma się kupy.

No i została tylko wielka finałowa bitka. Podejrzewam, że po zrobieniu CGI Shivy, zostało ze sto dolarów na resztę sezonu. Dlatego miały miejsce śmieszne jelonki i inne cuda. Jednak trzeba im przyznać, że pieniądze nie zostały wyrzucone w błoto, bo tygrysica wygląda przyzwoicie. Z tych stu dolarów, na samą epicką potyczkę zostało chyba tych dolarów pięć, bo całość wygląda okropnie. Tak okropnie, że aż komicznie. Pomijam tutaj zasadność (a raczej jej brak) istnienia złomiarzy i ich zdradę, bo nie ma co kopać leżącego. Chociaż w sumie to jest jeszcze durniejsze niż myślałem, bo z odcinka wynika, że złomiarze za wsparcie Negana mieli dostać dziesięciu ludzi chyba jako niewolników. Super umowa. Ale wracając do samej sekwencji, montaż jest bardzo pokraczny. Właściwie co chwilę parskałem śmiechem. Rick stoi na tym podeście, a w około wre walka. Potem Rick zostaje postrzelony i spada. No i wtedy już wszyscy Aleksandryjczycy klęczą rozbrojeni z lufami przyłożonymi do głów, a na ziemi leżą jakieś dwa martwe randomy. Albo Ricki nagle postanowiły się poddać, albo Rick długo spadał i zdążyła im się skończyć amunicja. Sama rozmowa Negana z Rickiem była nawet spoko. Sam Rick jako postać jest na tyle głupi i nie budzący sympatii, że nawet trzymałem stronę Negana. No bo Grimes zbytnio nie przejął się tym, że Negan zaraz zabije mu syna. Dziwne to, biorąc pod uwagę jak bardzo mu na Carlu zależało w otwarciu tego sezonu.
Zatrzymam się tu na chwilę bo wypadało by napisać kilka słów o przeniesieniu na ekran słynnej komiksowej sceny z Andreą na wieży. Wyszło beznadziejnie. Przede wszystkim dziwne jest to, że jakaś randomowa kobita niemal zabija Michonne. Tą samą Michonne, która wcześniej była chodzącym terminatorem. Na dodatek pokraczny montaż całkowicie zabija jakiekolwiek emocje. Śmiesznie to wyglądało jak pani random bije głową Mich o ziemię. No i sam finał z krzykiem, który miał sugerować śmierć Michonne też był komiczny.
Wracając do głównej bitwy. Bardzo rozbawiła mnie ta idealna koordynacja Królestwa i Hilltop. No bo podejrzewam, że "armie" obydwu osad nie wiedziały o sobie nawzajem. W każdym razie nie było to nigdzie powiedziane. Tak czy inaczej, "nasi" atakują dokładnie w chwili zamachnięcia się Lucille przez Negana. Sposób w jaki dostali się oni na teren Aleksandrii, też jest mocno zagadkowy. Sama szczelanina jak to szczelania. Tylko Zbawcy nagle zamieniają się w szturmowców z Gwiezdnych Wojen.

Finałowa przemowa Maggie była do porzygu wręcz słodka. Jeszcze brakowało tego, żeby uśmiechnięta buzia Glenna pojawiła się na niebie pośród chmurek. No i apropos finałowych przemów jestem rozczarowany, że nie pojawiła się przemowa Negana o olbrzymim penisie kręcącym się z prędkością śmigła helikoptera, który zmiecie Ricków z powierzchni ziemi. Przynajmniej rozładowałoby to, przekraczające wszelkie normy stężenie patosu.

No i tak, to było to. TWD w pigułce. Odcinek pełen patetycznych, pretensjonalnych dialogów, flashbacków i pomieszanej chronologii, pokraczny montaż, bieda realizacyjna. Podobało mi się kilka scen na krzyż. Morgan, Judżin i od bidy jeszcze Dwight byli spoko. Reszta była wręcz obraźliwie zła. Niestety kolejna już po Grze o Tron adaptacja którą kiedyś lubiłem, chyba na dobre sięgnęła dna. Wielka szkoda.
Kolejny standardowy odcinek zapychacz. Niczym szczególnym się nie wyróżnia, ani na plus, ani na minus.

Sceny dziejące się w Sanktuarium były nawet całkiem spoko. Fajnie, że się pojawił motyw z niedoszłym gwałcicielem. Nawet niektóre dialogi zostały przeniesione w całości z komiksu. Szkoda tylko, że Negan podszedł do sprawy raczej na luzie. Wolałbym, żeby się wściekł tak jak w komiksie. Chociaż z drugiej strony nie ma się co dziwić, bo ten serialowy Negan generalnie nie jest zbyt wybuchowy.

Wątek Saszki rozważającej samobójstwo wyszedł znośnie. Mimo tego nadal mi się to kłóci z jej charakterem. No i nadal nie podano jakiegoś lepszego uzasadnienia, dlaczego w ogóle Saszka postanowiła uratować Rositkę.

Myślałem, że to na Sashy skupi się cała uwaga. Ku mojemu zdziwieniu nie do końca tak było, bo całe szoł skradł dla siebie Judżin. Już wcześniej kupowałem jego podejście, a ten odcinek jeszcze mnie w tym utwierdził. Nawet zostało wyjaśnione to z czym wcześniej miałem problem. Chodzi o ciągłe tchórzostwo Judżina, mimo wcześniejszych prób robienia z niego badassa. No i Porter bardzo ładnie to wyjaśnił mówiąc, że oszukiwał sam siebie i tak na prawdę nigdy nie przestał być tchórzem. Nawet mimo kilku momentów odwagi. Pamiętam, że mocno się krzywiłem na zapowiedź przejścia Judżina na stronę Zbawców, odkąd się o tym dowiedziałem ze spoilerów. A tutaj bardzo miła niespodzianka, bo okazało się, że to najlepszy wątek w tym mocno średniawym półsezonie. Chciałbym być częściej zaskakiwany w taki sposób.

Kolejny świetny plan Ricków i kolejny durnowaty. Nie mam pojęcia po jaką cholerę oni użyli tego dynamitu. To znaczy domyślam się, że zrobili to aby zagonić wszystkie mieszkanki Oceanside w jedno miejsce. Tylko czy potrzebny był do tego dynamit. Oddanie kilku strzałów w powietrze czy pod nogi też by wystarczyło. Tak się Ricki namęczyły przy zdobyciu tego dynamitu, a zmarnowały go na taką błahostkę. Do tego narobili dużo hałasu przez co musieli się męczyć z tymi zombiakami. Sensu tutaj nie widzę za grosz.

Próby Tary aby nakłonić Oceanside do oddania broni po dobroci, były całkiem fajnie. No ale wszystkie wątki, w których czynny udział bierze Tara są fajne. Ten też się wpisuje w tradycję. Więcej Tary, mniej Rositki i byłbym bardzo szczęśliwy.

Oczywiście można by z tego całego wątku zdobywania broni czerpać więcej przyjemności, gdyby nie pozostająca z tyłu głowy świadomość, że Rick zamierza oddać te wszystkie spluwy tym pomyleńcom ze złomowiska. Jeszcze większy dyskomfort powoduje ślepa wiara wszystkich Ricków co do genialności tego planu. Rozumiem, że sam Grimes jest kretynem. Ale jakiś Gabriel, Aaron czy Tara mogliby się wykazać zdrowym rozsądkiem i zakwestionować wspaniałą strategię Ricka.

Jeszcze na koniec mi się przypomniało, że Aaron i Eric dostali bardzo fajną wspólną scenkę. Raczej wskazuje ona na to, że dni Erica są policzone. Ale i tak każda scena podbudowująca ten związek jest przeze mnie mile widziana.

Podsumowując, następny zapychacz średniej jakości. Znowu wystawiam szóstkę. Chociaż i tak było lepiej niż przez ostatnie kilka odcinków, więc można do tej szóstki dopisać mały plusik. Co do finału nie mam żadnych oczekiwań, więc się przynajmniej nie rozczaruję. Zobaczymy za tydzień.
Kolejny typowy dla tego półsezonu znośny odcinek. Nawet przyjemnie się oglądało, ale nic ponad to. Każdy wątek coś tam wnosił. Tylko niestety nie każdy z tych wątków był logicznie poprowadzony.

Mimo w miarę pozytywnego wrażenia, jakie wywarł na mnie odcinek, nie mogę powiedzieć, żeby był on udany. A to przez główny wątek tego epizodu, czyli wyprawę Saszki i Rositki. Mój podstawowy problem polega na tym, że nie ma to żadnego sensu. Obydwie panie zdają sobie sprawę z tego, że to misja samobójcza. Więc skoro wcześniej były kreowane na twarde babki, to nie powinny do tego samobójstwa dążyć. Kompletnie nie kupuję tego motywu szukania śmierci przez ten uroczy duecik. Jezus i Enid mieli w tym przypadku całą rację, próbując Saszkę odwieść od tego pomysłu. Z kolei jej tłumaczenie to bulszit kompletny. Saszka musi się zabić, bo Rosita chce się zabić. Skoro jej tak bardzo zależy na Maggie i całej społeczności, to może niech się nie decyduje na samobójstwo.
Kolejny problem objawia się w podejściu Saszki i Rositki do zabicia Negana. Są one święcie przekonane, że jego śmierć cokolwiek zmieni i rozwiąże wszelkie problemy. Patrząc na strukturę dowodzenia u Zbawców, po śmierci Negana władzę przejąłby zapewne Simon. No i albo wypowiedziałby Rickom wojnę z miejsca, albo tak by im patrzył na ręce, że nic by nie mogli zrobić. Nawet jeśli Simon nie podołałby roli przywódcy, całe to skłonne do przemocy towarzystwo, które trzymał za mordę Negan, zostałoby spuszczone z łańcucha wraz z jego śmiercią. No i wtedy Zbawcy mogliby wpaść na pomysł, żeby doszczętnie splądrować wszystkie osady. Jak by na to wszystko nie patrzeć, Ricki na śmierci Negana mogłyby więcej stracić niż zyskać.
Czerpanie jakiejkolwiek przyjemności ze śledzenia tego wątku utrudniała mi Rositka. Espinosa już wcześniej była strasznie nieznośna, ale w tym odcinku wspięła się na wyżyny irytowania. To uczucie zostało trochę złagodzone tą pojednawczą rozmową z Saszką. Nawet całkiem spoko było to inspirowane komiksem backstory Rositki. Jednak mimo tego mojej sympatii sobie nie zaskarbiła. Zdecydowanie trzymałem tutaj stronę Saszki. Myślę, że to zasługa tego iż Martin-Green trochę przewyższa Serratos warsztatem aktorskim. Szkoda, że to akurat Rositce udało się uciec. Gdyby to ode mnie zależało, w tej sytuacji zamieniłbym panie miejscami. No ale to Sonequa, a nie Christian dostała angaż w Star Treku, więc tak być musi.
Kolejny zgrzyt jaki się w tym wątku pojawił to sama realizacja tego świetnego planu. Wydawało mi się, że Saszka miała w miarę czysty strzał zanim Negan zbliżył się do Carsona. No ale mniejsza z tym. Dalszy ciąg zdarzeń jest już trochę durnowaty. Ja wiem, że to Saszka musiała uratować Rositę, a nie odwrotnie, bo Sonequa musi opuścić obsadę, ale mogło to wszystko trochę bardziej wynikać z rozmowy jaką panie odbyły chwilę wcześniej. Niby Rosita bardziej dążyła do samobójstwa, więc Sasha chciała ją powstrzymać, ale i tak mi się to nie dodaje. Judżinowi się wcale nie dziwię, że nie skorzystał z okazji. Szanse ucieczki miałby dość marne. Nawet jeśli nic by go nie zeżarło, to pewnie schwytaliby go Zbawcy. No i w tym przypadku Negan mógłby nie być zbyt łaskawy. Rositka i Saszka uznały, że to dobry dzień by umrzeć. Ale nie oznacza to, że Judżin musi pójść w ich ślady.

Hilltop wypadło podobnie jak ostatnim razem. Ponownie cały wątek oparł się na cudownym trio Xander Berkeley, Tom Payne i Steven Ogg. No i po raz kolejny panowie to udźwignęli.
Czekałem na oficjalne potwierdzenie orientacji serialowego Paula i wreszcie się doczekałem. No i fajnie, że wszystko jest tak jak pan Kirktroll powiedział. Mocno szanuję Robercika za ten uber trolling, jaki zrobił w komiksie. Wprowadził gościa o ksywie Jezus. Jakby tego było mało, jest on największym koksem w całym uniwersum. No i tak się akurat składa, że również jest gejem. Trolling potrójny. Fajnie, że w serialu to zostaje bez zmian.
Ten cały wątek obejmowania przez Maggie przywództwa jest już bardzo męczący. Głównie dlatego, że jest on bardzo subtelnie wpychany widzom butem do gardła przy każdej możliwej okazji. W komiksie wyszło to o wiele lepiej.
To wielkie pojednanie Daryla z Maggie wyszło nawet znośnie. W sumie to nie zaśmiałem się przy płaczącym Dixonie, a to już jest już nie lada wyczyn. Oczywiście wolałbym, żeby Maggie jednak jakieś pretensje do Daryla miała. Coś na kształt krótkotrwałego obwiniania Ricka o śmierć Glenna przez komiksową Maggie. Już nie mówię, żeby Dixon od razu dostał w mordę, ale Greene jakieś wąty mogła do niego mieć.

Podsumowując, w miarę przyzwoity odcinek. Szóstkę wystawiam, co już się pomału robi tradycją w moim przypadku. Naczelny wątek odcinka miał za dużo zonków, żeby ocenę podnieść. Ale tak czy inaczej, tragedii nie było.
Odcinek trochę mnie zaskoczył. Myślałem, że kluczowym wątkiem odcinka będzie zmiana podejścia Ezekiela do Zbawców. A okazuje się, że centralną postacią w tym epizodzie był Morgan. Z jednej strony to dobrze, bo Morgan wreszcie ruszył z miejsca, ale z drugiej to źle, bo decyzja Ezekiela o dołączeniu do Ricków została przedstawiona po macoszemu.

Generalnie na wszystkie wątki w drugim półsezonie patrzę w kontekście tego, czy przy ich oglądaniu można zapomnieć o tym, że są zapychaczami, które pojawiły się tylko dlatego, iż Gimplowi się jeszcze nie chce robić All out War. Jak dotąd cały rozległy wątek Królestwa oceniałem w tej kategorii pozytywnie. Można od biedy uwierzyć, że Królestwo w takiej formie mogłoby się pojawić w TWD nawet wtedy, gdyby tfurcy mieli jakieś ambicje robienia dobrego serialu. Po tym odcinku mógłbym to zdanie podtrzymać, gdyby nie jedna rzecz, która mi się bardzo rzuciła w oczy.

Chodzi tutaj o Ezekiela. W takiej formie on był tutaj całkowicie zbędny. Wszystkie ważne rzeczy działy się bez jego udziału. No i teoretycznie to nie powinno być problemem, skoro taką wizję miał Gimple. Jednak jest to problem i to w dodatku bardzo poważny. Podczas wizyty Ricka w Królestwie pokazano, że Ezekiel jest kluczową, podejmującą decyzje osobą. Zasugerowano, że cały wątek Królestwa będzie się kręcił wobec zmiany zdania Ezekiela odnośnie Zbawców. Więc komicznie to wygląda, gdy Zeke podejmuje tą bardzo ważną decyzję offscreen. Gdyby wcześniej pokazano, że jest on takim drugim Gregorym, czyli ma się za ważniaka, a wszyscy mają go gdzieś, to spoko. Ale wcześniej przedstawiono go jako Króla, który długo rozważa wszystkie swoje decyzje, a ludzie bardzo go szanują. Śmieszne jest to gdy po kilku odcinkach dumania, Ezekiel nagle stwierdza, że zmienił zdanie bo tak. Ja rozumiem, że skupiono się na Morganie, ale Ezekielowi też trzeba było poświęcić trochę czasu. Można było pokazać jak wpłynęła na niego śmierć Benjamina. W końcu był dla niego takim jakby ojcem. Właściwie nie trzeba było poświęcać na to zbyt wiele czasu. Wystarczyło, żeby końcowa rozmowa z Karolką była dłuższa. Wtedy Ezekiel mógłby wyjaśnić, dlaczego zmienił zdanie. Niestety tego nie było i całość wyszła głupkowato, co rzutuje na cały wątek.

Skupienie się na Morganie nie było jednak czasem straconym, bo jego przemiana wyszła całkiem fajnie. Co prawda troszkę kłuje w oczy jej nagłość. Morgan trochę zbyt gwałtownie przełącza się z trybu pokojowego na tryb morderczy. Tak samo było zresztą podczas jego wizyty u Eastmana, tylko w drugą stronę. Można to od biedy tłumaczyć tym, że Morgan jest aż tak rozchwiany emocjonalnie. No i dlatego tak mocno trzymał się tego aikido, bo pozwalało mu się wyciszyć i panować nad sobą.
Śmierć Richarda wyglądała dość głupio z powodu bierności Ezekiela i jego ludzi zarówno podczas mordu jak i po jego dokoaniu. Już lepiej by to wyglądało, gdyby udusił go w jakimś ustronnym miejscu. Fajne było za to drobne nawiązanie do komiksu, gdy Morgan pomylił Benjamina ze swoim synem, tak samo jak komiksowy zrobił to z Carlem.
Z Morganem miałem od zawsze taki problem, że nie mogłem w pełni kupić tej jego przemiany. No i ten stan dalej obowiązuje. Jednak jest jedna rzecz, która mi akceptację tego wątku ułatwia. Tą rzeczą jest gra aktorska Lenniego Jamesa. Świetnie oddał to szaleństwo i wściekłość.

Cały wątek Richarda trzyma się nawet kupy, jeśli się na niego z góry popatrzy. Oczywiście trochę to wrażenie psuje wyżej wspomniane zachowanie Ezekiela. Gość był gotowy poświęcić swoje życie, żeby Króla do działania zmotywować, a ten podejmuje decyzję w sumie nie wiadomo dlaczego. Jednak sam Richard jak i Benjamin swoją obecność w serialu zaznaczyli. Wcześniej myślałem, że to będą jacyś randomowi rycerze z Królestwa, a poświęcono im całkiem sporo czasu. Może nawet więcej niż samemu Ezekielowi.

Podsumowując, odcinek oczywiście lepszy od poprzedniego, chociaż o to trudno nie było. Przemiana Morgana spoko, reszta już nie bardzo. Szóstkę wystawiam.
Generalnie kopanie leżącego nie sprawia mi zbyt wiele przyjemności, więc zawsze staram się szukać jakichś pozytywów. Jednak ten odcinek mi to uniemożliwia, bo znaczących pozytywów nie uświadczyłem. Wielkiego zaskoczenia niby nie powinno być, bo od dawna było wiadomo, że ten półsezon będzie ssał ostro. Ale mimo tego, "Say Yes" zbliżył się na bardzo niebezpieczną odległość do Darylowo-Beciowej libacji alkoholowej. Aż zacząłem mieć flashbacki z tamtego odcinka. Jednak aż tak tragicznie nie było z jednego prostego względu. O wiele przyjemniej mi się patrzyło na Andrzeja, Danai, Alannę czy Setha niż na duet  :daryl:& :beth:

Już wiele razy to pisałem, ale się powtórzę. Lubię Richonne. Od dawna kibicowałem temu szipowi i bardzo się cieszyłem gdy wreszcie stał się on faktem. Wszystkie wspólne sceny Ricka i Mich gdy już zostali parą, były całkiem przyjemne. Co prawda nie było ich zbyt wiele, ale dobrze tę relację przedstawiały jednocześnie nie przesładzając. Jednak mimo bycia fanem Richonne, uważam ten odcinek za całkowicie zbędny. Jest tak dlatego, że nic nowego do tej relacji nie wnosi. Fajnie było przez chwilę popatrzeć jak Rick i Michonne świetnie się bawią i kochają się mocno. Ale ciągnięcie większości odcinka na tej nucie to przesada. Już pomijam to, że czas jest raczej nieodpowiedni na robienie sobie miesiąca miodowego, a olewczy stosunek Ricka do wszystkiego, bo chciał sobie pobyć z ukochaną, nie stawia go w zbyt dobrym świetle. Dziwna jest też ta zmiana nastroju Michonne z heheszkowego na smutny bez większego powodu. Stało się tak chyba tylko dlatego, żeby Rick mógł wspomnieć o Glennie. Sama wspominka mi się podobała, ale można było do niej doprowadzić bardziej płynnie.

Ten słynny jeleń wyglądający jak wyciągnięty z jakiejś gry z pierwszego Playstation stał się już hitem internetu. Myślałem, że greenscreen złomowiska jest szczytem możliwości szpecy od efektów, ale jeleń wygrywa pod każdym względem. Może następnym razem nawet nie będzie im się chciało robić modelu w 3D, tylko wstawią jakiegoś gifa. Ja rozumiem, że budżet jest dość ograniczony i nie ma się co spodziewać efektów na poziomie GoT, ale jakieś pozory przyzwoitości mogliby zachować. Chociaż właściwie zarówno TWD jak i GoT są serialami mocno upośledzonymi. Tylko w GoT ten niedorozwój objawia się bardziej przy fabule i postaciach, a w TWD przy efektach. Nie można mieć wszystkiego.

Wąty Rositki do Gabriela nie mają nawet cienia sensu. Ma pretensje o to, że ksiądz odradzał jej próbę zabicia Negana, mimo tego, że i tak to zrobiła. O co jej właściwie chodzi? Domyślam się, że nie planowała strzelać, ale zdecydowała się na to w ostatniej chwili po śmierci Spencera. Tylko skąd stuprocentowa pewność, że zamach by się powiódł jeśli byłaby przygotowana do niego od samego początku. No i skąd to przeświadczenie Rosity, że zlikwidowanie Negana rozwiązałoby wszystkie problemy, a Zbawcy zabiliby tylko ją i sobie odjechali. Można przypuszczać, że rozstrzelali by wszystkich mieszkańców Aleksandrii na miejscu. No chyba, że wcześniej by się zdecydowali na jakieś gwałty albo tortury.

Ten świetny plan Ricka polegający na tym, aby oddać kilkadziesiąt sztuk broni ludziom nie wyglądającym na zdrowych psychicznie, których dopiero co poznał, jest durnowaty nawet jak na Gimplowskie standardy. To się nie broni na żadnej płaszczyźnie. Po czymś takim Rick nie może być postrzegany inaczej niż jako debil. Serialowy Grimes nigdy nie był zbyt lotny, ale to jest już przesada. W kontekście tego zachowania, rozkminy Michonne o tym, że Rick będzie się nadawał na lidera wszystkich społeczności, brzmią śmiesznie. Dziwne jest też to, że wszyscy inni Aleksandryjczycy również są w stu procentach przekonani do tego cudownego planu. Nikt nie ma nawet drobnych wątpliwości.

Poświęcanie całego odcinka na poszukiwania broni mogłoby się bronić w dwóch przypadkach. Gdyby jakoś ciekawie rozwinął relację Ricka i Michonne, albo gdyby Ricki zbierały tę broń dla siebie, a nie dla tych ziomków ze złomowiska. Niestety obydwa punkty nie zostały zrealizowane, więc odcinek wyszedł słabo. Wystawiam czwórkę. Przynajmniej następny odcinek się zapowiada w miarę interesująco.
Dość długo zwlekałem z obejrzeniem tego odcinka. Jego temat mnie jakoś nie przekonywał. Jednak wreszcie się zmobilizowałem i obejrzałem. No i nawet nie było tak źle.
Mam duży problem z tym półsezonem. Uwidacznia on to, że prowadzenie fabuły i postaci nie ma na celu opowiedzenia jakiejś ciekawej historii. Widać, że priorytetem jest doczołganie się do końca sezonu bez zaczynania wojny. Co prawda niektóre wątki wychodzą całkiem sprawnie, ale to się dzieje trochę przy okazji. Ten odcinek niestety mojego zdania nie zmienił, a wręcz przeciwnie. Jeszcze mnie w nim utwierdził. Wątek Judżina był fajny, ale poświęcanie całego odcinka na Sanktuarium niezbyt się broni.

Z tym Judżinem to jest ciekawa sprawa. Po zapoznaniu się ze spoilerami, byłem bardzo niezadowolony z takiego obrotu spraw. Głównie za sprawą komiksowego Judżina. Bardzo mi się podobało co Kirkman z Porterem w komiksie zrobił, więc chciałem w serialu zobaczyć coś podobnego. Na dodatek ta akcja z uratowaniem Tary i kreowanie relacji z Abrahamem dawały delikatnie do zrozumienia, że serialowy Judżin taką właśnie drogą podąży. Dlatego byłem taki niezadowolony. Jednak stwierdziłem, że nie ma co się negatywnie nastawiać i spróbowałem zapomnieć o komiksie i serialowego Judżina traktować jako zupełnie autonomiczną postać. No i to podejście pomogło w docenieniu tego wątku. Co prawda nadal w głębi serca trochę żałuję, że Judżin poszedł taką drogą. Ale z drugiej strony Josh McDermitt jest aktorem komediowym i granie komiksowego badassa raczej zbyt dobrze by mu nie wychodziło. Wcześniej obawiałem się, że Porter zostanie fanem Negana od tak sobie, aby jakoś zapchać odcinek. Jednak ku mojemu zdziwieniu było to bardzo dobrze umotywowane. Bardzo dobrze Judżina rozumiem i co ciekawe, nadal go lubię, a moja sympatia do niego wcale nie zmalała. Fajnie wyszło to, że Porter już nie stara się zwalczyć w sobie tchórzostwa, tylko po prostu poradzić sobie w nowej sytuacji. Negan bardzo skutecznie do Judżina trafił, gwarantując mu bezpieczeństwo i jako takie uznanie. Coś czego nie umiał mu zapewnić Rick. No bo właściwie z całego grona żyjących jeszcze Ricków, tylko Tara darzyła go szczerą przyjaźnią. Reszta traktowała go jako lekko upośledzonego. Jest to spowodowane kultem siły preferowanym przez samego Grimesa jak i jego lekko prymitywnym sposobem myślenia. Każdy kto nie umie się bić, jest ciężarem. Porter nie dostał takiej samej szansy na poczucie się potrzebnym, jaką dostał Gabriel. Oczywiście Judżin wie, że z nikim się wśród Zbawców nie będzie przyjaźnił, ale odrobina szacunku i zapewnienie drobnych wygód to i tak więcej niż by dostał od Ricka. Bardzo mi się też podobało wciskanie Neganowi i jego żonom tego samego kitu, jaki wcisnął Abrahamowi. Bardzo fajne nawiązanie do przeszłości. Skoro już wspomniałem o Abrahamie, to jest jedna drobna rysa na tym elegancko poprowadzonym wątku. Mianowicie, Porter powinien mieć do Zbawców pretensje o śmierć Rudego. Zwłaszcza po tym, jak w szóstym sezonie poświęcono całkiem sporo czasu na rozbudowanie ich relacji. Panowie nawet na koniec pojednali się, więc tym bardziej powinno to teraz powrócić. Może to trochę naciągane, ale ja to sobie tłumaczę tak, że Porter jest po prostu zbyt przestraszony, żeby to jakoś okazać. Dodatkowo mógł sobie na zimno wykalkulować, że wyraźne chowanie urazy nic dobrego mu nie przyniesie. Niemniej jednak Porter mógłby się do śmierci Abe'a odnieść przynajmniej w minimalnym stopniu. Może w przyszłych odcinkach. Ta drobna uwaga nie zmienia faktu, że wątek Judżina przechodzącego na stronę Zbawców został przedstawiony w bardzo interesujący sposób, a co najważniejsze, ze zrozumieniem tej postaci i w obrębie jej charakteru niczego nie naciągając. Propsuję mocno.

Pod którymś z odcinków pisałem, że jedynym plusem z tego rozciągania fabuły jest bardziej szczegółowe pokazanie Królestwa. Teraz doszedł już drugi plus jakim jest zrobienie tego samego z Sanktuarium. Fajnie, że pokazano życie w tej społeczności od podszewki. W sumie sytuacja wygląda teraz odwrotnie niż w komiksie. Tam oprócz Aleksandrii, najwięcej czasu poświęcono na przedstawienie Hilltop. Królestwo i Sanktuarium były zaś trochę poszkodowane. W serialu jest odwrotnie. Na miejscówki Ezekiela i Negana rzucono więcej światła, a Hilltop jest konsekwentnie olewane.

Drugi filar tego odcinka, czyli wątek Dwighta już tak dobry nie był. Głównie dlatego, że z mojej perspektywy plan Dwighta jest mocno bez sensu, a Carson umarł niepotrzebnie. Gdyby Sherry została złapana to i tak miałaby przekichane. Serialowy Negan jest na tyle nieobliczalny, że mógł ją zabić już za samą ucieczkę. Więc oczyszczenie jej z zarzutów o uwolnienie Daryla nie wiele daje. Nawet jeśli Carson domyślił się, że to Sherry uwolniła Dixona i podzieliłby się tą wiedzą z Neganem, to nic by to nie zmieniło. Dwight nic na tym wrobieniu nie zyskał, a niewinny człowiek stracił życie. Jeśli już chcieli uwikłać Dwighta w jakiś dylemat moralny, to wystarczyłaby rozkmina typu "powiedzieć, że jej nie znalazłem, czy skłamać, że nie żyje". No bo jeśli Zbawcy by Sherry znaleźli to Dwight byłby trupem, więc to dość ważna dla niego decyzja. Co do samego Dwighta i tego całego backstory i przemiany opisanej w liście. Było to trochę pretensjonalne, ale trzymało się w dopuszczalnych dla tego serialu normach. Nawet się to kupy trzymało. W sumie nie wiadomo jaki będzie następny krok Dwighta, co całkiem dobrze rokuje na przyszłość.

Tak przy okazji, scena śmierci Carsona to chyba pierwsza ofiara tego zapowiadanego ograniczania brutalności. Cała sekwencja była dość pokracznie zmontowana, więc dość mocno się to rzucało w oczy.

Podsumowując, kolejny znośny odcinek. Zaskakująco dobry wątek Judżina i akceptowalny wątek Dwighta. Żadnych większych zonków nie uświadczyłem. Oczywiście poza świadomością, że to kolejny przeklęty zapychacz. Siódemkę wystawiam i czekam na Richonne.
Gdybym miał podsumować ten odcinek jednym słowem, byłoby to słowo bałagan. Takiego nagromadzenia wątków dawno nie było. Niestety zadziałało to raczej na niekorzyść. Nie dosyć, że nie nadało to odcinkowi zbyt wiele dynamiki, to jeszcze wprowadziło chaos, przez który epizod przypominał potwora Frankensteina posklejanego z różnych pomysłów.

Na temat otwierającej odcinek sceny z Gabrielem się na razie nie wypowiadam, bo za cholerę nie mogę rozgryźć o co w niej właściwie chodziło. Nie wiem tylko czy to w założeniu miało być takie niejasne, czy może zostało w tak nieudolny sposób zrealizowane.

Rozmowa Ricków z Gregorym bardzo fajna. Głównie za sprawą Xandera Berkeleya, który błyszczy w każdej scenie ze swoim udziałem.

Wizyta w Królestwie też nawet przyjemna była. Szkoda tylko, że kosztem maksymalnego rozciągnięcia fabuły cierpi postać Ezekiela. W komiksie to był badass, który od razu chciał rozwalić Zbawców. A tutaj zrobili z niego dość strachliwego gościa. Podobnie jak i w odcinku drugim, w fajny sposób pokazano samo Królestwo. Widać tutaj pewną konsekwencję. Wątek Benjamina był trochę zbędny, ale jak na zapychacz, nawet nie był taki zły. Zwłaszcza, że prawdopodobnie będzie miał rozwinięcie w odcinkach przyszłych.

Ta scena z dynamitem to jeden wielki burdel na kółkach. Jakoś nie mogłem się połapać, jaki jest plan i co właściwie te Ricki robią. Próbowano z tego zrobić super emocjonującą sekwencję, ale trochę nie wyszło. No ale trzeba przyznać, że koszenie zombiaków przy pomocy druta było bardzo efektowne. Z drugiej strony trochę mnie zdziwiło, skąd Rositka nabrała skilla w obchodzeniu się z materiałami wybuchowymi. Chyba jakiś kurs saperski skończyła.

Apropos Rositki, to strasznie mnie wkurzała w tym odcinku. Strasznie irytująca była ta super opryskliwa edgy postawa wobec wszystkich. Niby dobrze, że Rosita ma w ogóle jakąś osobowość, ale mogłaby być bardziej miła.

Wizyta Simona w Aleksandrii na plus. Oczywiście wszelkie zasługi wędrują do Stevena Ogga. Szkoda, że koleś pojawia się tak rzadko, bo świetny jest. W sumie nie obraziłbym się gdyby Simona było więcej niż samego Negana.

W tym odcinku panował taki chaos, że nawet wspólna scena Aarona z Ericiem znalazła swoje miejsce. Szkoda, że to dopiero druga taka scena. No może trzecia jeśli liczyć wizytę Daryla na kolacji. Sama scena mi się podobała. Był to lekki remiks podobnej rozmowy z komiksu. Bardzo żałuję, że tego typu sceny nie pojawiają się częściej. Przez olewanie tego całkiem ważnego wątku, można już było zapomnieć, że panowie są w związku.

To natknięcie się na Złomiarzy trochę z tyłka wzięte. No ale o całym odcinku można to samo powiedzieć. Co z tego, że było sporo wątków, skoro nie były one zbyt umiejętnie posklejane do kupy, a żaden do niczego ciekawego nie prowadził. Obawiam się o ten drugi półsezon. To dopiero pierwszy jego odcinek, a zapychacze wynikające z wadliwej struktury całego sezonu już się rzucają w oczy. Aż strach pomyśleć, co się będzie działo za kilka tygodni. Temu odcinkowi wystawiam szóstkę i bez większego entuzjazmu czekam na tych Złomiarzy.
Gdy dotarła do mnie informacja o tym jak Telltale rozwiązało kwestię kilku zakończeń, bardzo negatywnie się nastawiłem do sezonu 3. To uczucie minęło gdy już sam zagrałem. Scenki retrospekcyjne były bardzo słabe, ale reszta nie była taka zła.

Chyba trzeba potraktować zakończenie sezonu 2 z samotną Clem jako kanoniczne, żeby nie psuć sobie humoru. Telltale chyba też uważa to zakończenie za najbardziej słuszne bo retrospekcja z nim związana jako jedyna nie ssała.

Już sam nie wiem, która scenka była najgorsza. Śmierć Kenny'ego może jeszcze by się broniła gdyby została zrealizowana lepiej. Sam pomysł, żeby Ken oddał życie ratując Alvina, nie jest głupi i pasuje do jego charakteru. Jednak ten niezły pomysł pokazano w tak głupi sposób, że wyszło to komicznie. Można było dać więcej tych zombiaków, żeby wyglądało to bardziej dramatycznie, coś jak ta akcja z dobiciem Bena z sezonu 1. Skoro jednak było tam ze trzy zombiaki na krzyż, to w założeniu heroiczna śmierć wyszła śmiesznie. Jeszcze reakcja Clem była dziwna. Kenny mówi, że się poświęca, a Clem na to: "a to spoko, na razie". Bardzo gryzie się to z zakończeniem sezonu 2, w którym Clem nie chciała zostawić Kenny'ego więc odpuściła sobie Wellington, czy też zaangażowanie z którym chciała uratować Sarę. Trochę mi się gryzie też ten plan Kenny'ego o dostaniu się na Florydę. W drugim sezonie cały czas powtarzał o Wellington i nie przeszkadzały mu zimowe warunki. Jednak gdy w Wellington nie ma miejsca, Ken nagle olał temat i postanowił wyruszyć na Florydę bo tam jest cieplej. Z resztą oni już na tej Florydzie praktycznie byli w pierwszym sezonie, bo Savannah znajduje się bardzo niedaleko półwyspu.

Uśmiercenie Jane jest chyba jeszcze gorsze. O ile przy Kennym to wszystko jako tako zgadzało się z jego charakterem, to przy Jane nie zgadzało się w ogóle. Samobójstwo naprawdę nie pasuje do tej postaci. Przecież Jane wlekła za sobą swoją siostrę przez pół Ameryki i nie mogła zaakceptować, że ta ma już dosyć i chce umrzeć. Do tego w drugim sezonie kreowano Jane na taką osobę, która przetrwa wszystko. Więc to samobójstwo nie ma kompletnie żadnego sensu. Warto jeszcze wspomnieć o tym, że wybór czy wpuścić rudego gościa z rodziną był tak ważny, że na jego temat pojawia się jeden dialog.

Retrospekcja związana z zostaniem Clem w Wellington też była bardzo słaba. Wcześniej tę osadę kreowano na bezpieczną przystań i szansę na normalne życia dla Alvina i Clem. Determinacja z jaką chciał tam dotrzeć Kenny jest na prawdę godna podziwu. Szkoda tylko, że to wszystko na nic. Pod bramę podjeżdżają jacyś kolesie, włażą do środka i wszystkich zabijają. Koniec, już po Wellington. Trudno uwierzyć, że tak dobrze zorganizowana i ufortyfikowana osada nie jest w stanie obronić się przed kilkoma kolesiami.

Ja generalnie nie mam problemu z tym, że postanowiono odstawić na bok zakończenia drugiego sezonu kosztem opowiedzenia nowej historii. Zresztą można się było spodziewać, że Kenny czy Jane nie będą pełnić w sezonie 3 prominentnej roli. Nie od dziś wiadomo, że każda postać, która ma status "determinant" ma podpisany na siebie wyrok śmierci. Jednak przeszkadza mi to, że sprawę olano i zrobiono te scenki retrospekcyjne na odwal się. Widać to po wielokrotnie już wspomnianych modelach postaci. Kenny wygląda jakby mu brodę w paint'cie domalowali, a Jane spuchła jakby ją pszczoły pogryzły. Jeszcze śmieszniej to wygląda jeśli się te modele porówna do ładnych i dopracowanych modeli Clem czy Javiera. To, że Telltale chciało wyrzucić zakończenia sezonu 2 do kosza, nie oznacza, że musieli to robić po linii najmniejszego oporu. Omid i Christa też byli dla twórców chcących opowiedzieć nową historię ciężarem. Jednak ich się pozbyto z większą gracją. No może tylko Omida, bo zniknięcie Christy pozostawia wiele do życzenia. Skoro Telltale nie miało w planach jakoś tych różnych zakończeń rozwijać to trzeba było sobie je całkiem darować. Można było w finale sezonu 2 uśmiercić zarówno Kenny'ego jak i Jane i uczynić zakończenie z samotną Clem jedynym i kanonicznym. No bo jedyna rzecz, która po tych zakończeniach pozostała to brakujący palec, blizna nad okiem, blizna na policzku, albo tatuaż na dłoni.

Tak jak pisałem na początku, jeśli się oddzieli sprawę spapranych retrospekcji to dwa pierwsze epizody były nawet spoko. Chociaż spokojnie można było z nich zrobić jeden epizod, bo razem trwają dwie godziny z hakiem.

Javier mnie pozytywnie zaskoczył. Spodziewałem się trochę takiego Luke'a 2.0, a dostałem ciekawego protagonistę. Fajnie wypada ten przewijający się motyw rodziny i niejasna przeszłość Javiera. Łatwo jest z gościem sympatyzować i się z nim utożsamić. Jednak wczucie się w postać utrudniają trochę wybory. Nie wiem czy decyzje o tym czy priorytetem jest dobro Clem czy rodzina Javiera jest dobrym pomysłem. Pewnie taki był zamysł, ale trochę dziwnie wygląda to, że momentami Javiemu bardziej zależy na dziewczynie, którą poznał kilka godzin temu niż na swoich bliskich. No bo przecież wiadomo, że dla większości graczy ważniejsza jest nasza kochana Clem niż jakieś postacie, które znamy od kilku minut. W sumie podobnie wypada akcja z Jezusem. Przecież bycie nieufnym względem Paula nie ma z punktu widzenia gracza żadnego sensu. Ja wiem, że Clem i Jezus są spoko, ale Javier tego nie wie, więc powstaje taki dziwny dysonans.
Relacja pomiędzy Javierem, a Clem działa jak należy. Jest fajna chemia w dialogach. Tylko czasami wygląda to tak jakby Clem i Javi znali się od zawsze i byli najlepszymi przyjaciółmi, a przecież znają się od kilku godzin.
Fajnie wyszło to kształtowanie relacji z bratem w flashbackach w kontekście jego powrotu w finale drugiego odcinka. Ciekawe jak to się rozwinie.

Sama Clem to oczywiście największy plus trzeciego sezonu. Jeśli się porówna tego badassa z przestraszoną dziewczynką siedzącą w domku na drzewie, robi to olbrzymie wrażenie. Dochodzi do tego uczucie, że grający się po części przyczynił do tego, jaka Clem teraz jest. Mimo wszystko nadal wolałbym grać Clem, ale ten motyw z obserwowaniem jej oczami innej postaci całkiem fajnie działa. Bardzo ciekawa jest ta tajemnica związana z członkostwem Clem w New Frontier i niewiadoma co do losów AJ'a. Mam nadzieję, że dzieciak jest cały, a Clem była zmuszona go zostawić uciekając.

Nowe postacie bez szału, ale nawet dają radę. W sumie ekipę z drugiego sezonu polubiłem dopiero po jakimś czasie, więc mam nadzieję, że tutaj będzie tak samo.
Kate i jej relacja z Javierem i dzieciakami jest nawet ciekawa. Ciekawe jak to się rozwinie gdy jej mąż wrócił do gry.

Zgon Mariany nie ruszył mnie zbytnio. Może dlatego, że headshot z zaskoczenia to już bardzo zgrany motyw jeśli chodzi o TWD.

Gabe jest na razie bardzo wkurzający. W sumie takie trochę połączenie Bena i Sary. Ciekawe tylko czy z tej jego nieporadności coś wyniknie jak u wyżej wymienionej dwójki. Jestem ciekawy jak będzie wyglądała jego relacja z ojcem.

O Trippie i Eleanor ciężko cokolwiek powiedzieć poza tym, że są w porządku. Nawet fajnie się rozwinęła sytuacja z Conradem. Ciekawe czy od razu padnie w 3 odcinku jeśli przeżył. Tak przy okazji to podobał mi się design Prescott. Miała ta lokacja taki falloutowy klimat.

Z Jezusem miałem ten wyżej wymieniony problem. Niby jako Javier powinienem mu nie ufać, ale wiem, że nie ma to sensu bo Jezus jest spoko. Poza tym Paul został przedstawiony bardzo dobrze. Swoje robi też dobrze dobrany głos. Jako fan Mass Effecta ucieszyłem się, że znowu mam okazję usłyszeć mojego starego kumpla Garrusa. Tak swoją drogą wygląd Jezusa sugeruje, że akcja trzeciego sezonu ma miejsce gdzieś podczas timeskipu po All out War. Paul nie ma jeszcze tej stylówy na samuraja, którą miał w New Beginning.

Podsumowując, całkiem spoko ten nowy sezon jak na razie, abstrahując od skopanego rozwiązania kwestii zakończeń. Z kapci mnie nie wyrwało, ale jeśli Telltale utrzyma poziom to dostaniemy coś na miarę drugiego sezonu, a może nawet coś lepszego. Następny epizod zapowiada się naprawdę interesująco. Ciekawe co wyniknie z faktu, że David jest liderem A New Frontier i jak się w to wszystko wkręci Clem jeśli pozwoliliśmy jej odejść. Mam nadzieję, że Telltale uwinie się szybko z następnym epizodem.
Strony: 1 2 [3] 4 5 ... 19